September 18, 2017

"Kotolotki" i inne książki dla dzieci

"Kotolotki" i inne książki dla dzieci
"Kotolotki" to niewielka, niezwykła sympatyczna opowieść Ursuli LeGuin o czterech kotkach, które urodziły się ze skrzydełkami. Najbardziej żałuję, że nie znałam tej książki w dzieciństwie, bo to byłaby jedna z tych lektur, które z rozrzewnieniem wspomina się później. Dużo później. Wszystko tu miłe, futrzaste i niezwykłe. Tylko język prosty, niewydumany, w sam raz dla młodszych dzieci (kategoria 5+). 
Piękne są też ilustracje  (S.D. Schindler), dzięki którym "Kotolotki" to pozycja obowiązkowa w każdej rodzinie, która ma w posiadaniu kota (ja od miesiąca się do takowych zaliczam). 


Przyznaję szczerze, że książek Dahla nie znałam, jak byłam mała. Wielka strata, choć już na szczęście nadrobiona. Rodzinnie się Dahlem zaczytujemy. Nie są to ugrzecznione opowiastki dla dzieci na dobranoc, o nie. Dahl się nie bawi w umizgi do czytelnika i za to chyba jest tak kochany. Za szczerość. Jak wiedźma ma być straszna, to jest straszna. Łysa, parchata i naprawdę nienawidzi dzieci. Dlatego "Wiedźmy" tak nam się podobają. To jak z dobrym kinem trwogi - lubimy się bać, a Arcywiedźma jest naprawdę, naprawdę okropna. Polecamy też film z 1990r. z Anjelicą Huston. 



I na koniec jeszcze raz o kotach, ponieważ są w domu na topie. "Mruk" Renaty Piątkowskiej spełnia marzenia miłośnika Mruczków i jego pobratymców o opowiastkach o tych czworonogach. Piątkowska jest nam znana od lat ("Opowiadania dla przedszkolaka"), więc zaufaliśmy w ciemno. "Mruk" jest zbiorem zabawnych opowieści o kocich przygodach i przywarach. Do wieczornego poczytania jak znalazł. 



September 16, 2017

Znaki szczególne

Znaki szczególne


Wydane trzy lata temu "Znaki szczególne" Pauliny Wilk czytałam z ogromną przyjemnością. To autobiografia na tle mojego pokolenia. Autobiografia szczególna, bo to raczej próba prześwietlenia generacji niż opowieść stricte o sobie. Kilka razy się wzruszyłam, kilka razy zaśmiałam do łez. Paulina Wilk opisała doświadczenie wspólne dla wszystkich urodzonych około roku 1980. Czyli moje jak najbardziej też. Znalazłam fragmenty własnego dzieciństwa, dorastania i wchodzenia w dorosłość.  Tak, inne, ale właśnie pewne "znaki szczególne" charakteryzują nas wszystkich, prawie czterdziestoletnich. Jest to osobisty głos autorki, który jest głosem mojego pokolenia. Pokolenia transformacji. Pokolenie nadziei na lepsze, jakie rozbudzili w nas nasi rodzice, którym zmiana systemu usunęła grunt pod nogami. Mieliśmy wkroczyć w Europe dziarskim krokiem i stać się obywatelami świata. Niektórym z nas się to udało. Ale nie wszystkim. Zaciągnęliśmy kredyty i noga w nogę z bankiem zmierzamy w większości w stronę spłacania rat. Gonimy rzeczywistość, której nasi ojcowie i nasze matki już nie rozumieją. Choć próbowali. Moi zawalczyli, ale polegli. Ich firma nie przetrwała i pamiętam czas wielkiego kryzysu finansowego w naszym domu. Długo miałam poczucie winy, że to dlatego się tak wtedy spięli, że myśleli o nas, że uszczkną coś w Wielkiego Tortu dla mnie i mojego młodszego brata. W końcu tylu znajomych zapychało się tym Tortem.
O, tak. Pamiętam moje podwórko z lat 80. I szkołę pokrytą płytkami pcv. Grę w pikuty (olaboga, prawdziwym nożem!!!!) i buty juniorki. Pamiętam banany, które tata przywoził ze Szwecji i które rozdawaliśmy z bratem sąsiadom (po jednym na rodzinę). I pierwszy telewizor włączany pilotem. Na odtwarzaczu kaset video (marki Philips, nigdy się nie zepsuł!) po kryjomu oglądałam "Rambo", "Commando" i "Predatora". Oficjalnie tylko kreskówki z wytwórni Hanna-Barbera ze Scooby Doo na czele oraz kino familijne tj. : "Kochanie, zmniejszyłem nasze dzieci" czy "Goonies". Kiedy podrosłam oplakatowałam pokój - najpierw New Kids on the Block, potem Queen, wreszcie Nirvana. Zbierałam puszki i ustawiałam je w piramidy na regale. Namiętnie grałam w rosyjską gierkę elektroniczną, w której Myszka Miki zbierała jajka do koszyka na czas. Z wcześniejszych lat 80. doskonale pamiętam sklepy mięsne, w których panie sprzedawczynie wielkie połcie szynki ciachały toporkiem na solidnych pieńkach. Nie było żadnych maszyn do krojenia. No i choinki zakładowe z obowiązkowym kakao rozpuszczalnym w prezencie.
W każdym razie ja osobiście nadal tkwię w szpagacie. Jedną nogą w dawnym świecie analogowym, świecie zamawiania rozmów, Levisów z Pewexu, których nigdy nie miałam i świecie cyfrowym, szybkim, błyszczącym stalą nierdzewną i migoczącym ekranami - z jego dorobku korzystam ochoczo. Mam laptop, smartfona, tablet, latam po świecie bez strachu, że celnicy zabiorą mi paszport i gdzieś mnie nie wpuszczą. Moje dzieci znają już tylko ten drugi świat. Trochę mi szkoda. Jak to śpiewa Bogusław Linda z zespołem Świetliki "Nigdy nie będzie takiego lata". Moja córka nie robi "widoczków" z łąkowymi kwiatkami i nie doświadczyła osiedlowych pogrzebów cudzych chomików. Mój syn nie wisi na drzewach. Bo po pierwsze wycięli drzewa, a po drugie nie ma z kim. 
Na pewno do lektury "Znaków szczególnych" wdarł się sentymentalizm i nałożyła się na opowieść Wilk własna klisza wspomnień w filtrze retro.  Ale czyta się tę książkę znakomicie. Autorka włada językiem, ma nad nim pełną kontrolę i lepi z niego kolorowe, soczyste opowieści. To moje drugie zetknięcie z pisarką (polecam reportaż o Indiach "Lalki  w ogniu", o którym pisałam TU) i ne pewno nie ostatnie.

A oto kilka migawek z "tamtych lat". Komu łezka się kręci w oku? 

"Piątek z Pankracym":


"Dynastia". Kto pamięta, jak Fallon porwali kosmici?


Michael J.



"Dirty Dancing". Nigdy potem żadna komedia romantyczna nie zrobiła na mnie takiego wrażenie. 



Papierosy "extra mocne", które tysiącami popalał mój wujek. 
Zdj.wp.pl

:-) "Wiadomości":


Pierwsze reklamy:


I stacja MTV, która uczyła mnie muzyki razem z radiową Trójką dopóty, dopóki nie pojawiła się obrzydliwa, toporna, niemiecka VIVA promująca techno i i gwiazdy takie Scooter, a moja siec kablowa przestała nadawać sygnał z Londynu. Kto dziś wie jeszcze, kto to był DJ Cat???


Na koniec polonez. Biały. Miała go moja ciocia i był znakiem luksusu. Polonez cioci miał różowe, pluszowe siedzenia i plastikową, przezroczystą gałkę od skrzyni biegów. Z wtopionym złotkiem. Ech.

September 01, 2017

Ania z Zielonego Wzgórza by Netflix

Ania z Zielonego Wzgórza by Netflix

Zdawać by się mogło, że w temacie "Ani z Zielonego Wzgórza" wszystko zostało już powiedziane, nakręcone, zaadaptowane. Czyżby platforma Netflix porwała się z motyką na słońce? Nic bardziej mylnego. Nowy, siedmioodcinkowy serial jest bardzo dobry, choć proszę nie nastawiać się na pastelowe kolory i łzy pod powieką. Łzy będą, ale runą w dół nagle i gwałtownie po waszych twarzach, pastele wyostrzyły się, bo TA Ania jest uszyta na miarę XXIw. Czy zabiło to ducha L.M. Montgomory? Nie. Ale nigdy całość tak odarta z naiwności (względem oryginału) nie obroniłaby się, gdyby nie aktorka grająca główną postać.
Sądzę, że znalezienie tej właściwej osoby, takiej, którą pokochaliby zarówno zagorzali fani (fanki?) książkowej Ani Shirley (czyli jednak analogowi romantycy), jak i miłośnicy współczesnych seriali (dobre tempo akcji, błyskotliwe dialogi, you know what I mean). Aktorką tą jest młodziutka Amybeth McNulty i muszę przyznać, że jej Ania jest po prostu genialnie zagrana. Śliczna Megan Follows z kanadyjskiego serialu z lat 80. co prawda zawsze będzie moją Anią, ale aktorsko, obiektywnie, McNulty jest o wiele lepsza, a że jej uroda jest mało regularna, mało klasyczna, bliższa jest prawdziwej bohaterce, której, jak wiemy, daleko było do piękności. Miała za to Shirley to COŚ, co przykuwało uwagę. I ma to McNulty. Zdecydowanie.
Cała zresztą obsada jest w serialu doborowa i widać, że ludzie od castingu naprawdę mocno się naszukali i bardzo wysoko postawili poprzeczkę. Geraldine James jako Maryla jest oschła i despotyczna, jednocześnie zrównoważona i sprawiedliwa. A Mateusz małomówny i nieśmiały (choć co prawda nie aż tak jak Richard Farnsworth, którego jednak wolę).










Z lewej Amybeth McNulty, z prawej "stara" Megan Follows. Zdj. nerdist.com

 A to już Geralidine James jako Maryla Cuthbert.  Zdj. theindianexpress.com

i R.H. Thomosn jako Mateusz. Zdj. cbc.ca

Kluczowe dla samego serialu jest to, że jego scenarzystka Moira Walley-Beckett była współtwórczynią kapitalnego, ale bardzo mrocznego "Breaking Bad". To od początku oznaczało, że nowa "Ania" będzie surowa i bez lukru. Tym razem głośno i wyraźnie mówi się o tym, co zostało niedopowiedziane wcześniej, czego mogliśmy się tylko domyślać. Na przykład traumatyczne dzieciństwo bohaterki - od sierocińca, który był bardziej przechowalnią i wypożyczalnią dzieci niż domem dziecka, po kolejne rodziny zastępcze, u których Ania ciężko pracowała (Kilkuletnia dziewczynka! Tak, to były czasy, kiedy dzieci chodziły do pracy, niestety) za wikt i dach nad głową. Tęczowe niemal Avonlea  nie jest miasteczkiem z bajki, w którym wszyscy się miłują. O, nie! To surowa, protestancka społeczność, która ma ogromny kłopot z zaakceptowaniem "obcej", to społeczność, w której najważniejsze są konwenanse i pozory. Kiedy powieść Montgomery ukazała się w 1908r. , jej czytelnicy doskonale wiedzieli, o czym pisze autorka. Te wszystkie owiane tajemnicą sekrety przeszłości były mniej więcej oczywiste. Dla współczesnych odbiorców, młodych dziewczynek w wieku Ani, zatem jedenastoletnich, myślę, że nie jest to już takie jasne, dlatego cieszę się, że serial uwypukla te elementy. Tej Ani bliżej do traumatycznego dzieciństwa Harry'ego Pottera.
Netflixowa "Ania" jest gorzko-słodka. Nadal to piękna historia o niezwykłej dziewczynce z ogromną wyobraźnią, ale ja po raz pierwszy tak do końca zrozumiałam też tę postać. Jej manieryzm, egzaltacja, dziwactwa, gadulstwo to mechanizmy obronne przeciw światu, który nie był dla tego dziecka łaskawy.
Nie zniknął na szczęście czar Wyspy Księcia Edwarda, która od niepamiętnych czasów jest na mojej wishliście do zwiedzenia (mam nadzieję, że już niedługo). Krajobrazy zapierają dech i są pięknie sfilmowane.

Zdj.indiewire.com

A Gilbert? Jest i Gilbert. Zupełnie inny od tego, którym był Jonathan Crombie. Jak cały serial i tym razem jest to postać bardziej skomplikowana i trudna. Ciężko na razie powiedzieć coś na temat chemii między bohaterami, bo choć sfilmowano raz jeszcze scenę z rozbijaniem tabliczki na głowie, to nie mam zdania w zasadzie, czy Ania i Gilbert tym razem pasują do siebie (ale to też dlatego, że aktorzy są tym razem dużo młodsi!). Poczekam z oceną do następnego sezonu. :-)

Zdj. lorileecraker.com

 

August 30, 2017

10 najlepszych filmów wojennych

10 najlepszych filmów wojennych
Na wstępie zaznaczam, że nie widziałam WSZYSTKICH filmów wojennych. Byc może są lepsze niż te tu poniżej. Na pewno. :-) Do tego ranking jest całkowicie subiektywny, zatem dyskusja mile widziana. 

10. "Tora! Tora! Tora!" reż. Richard Fleischer
Japońskie hasło do ataku na Pearl Harbor przysłużyło się tytułowi tego świetnego filmu z 1970r. , który przedstawia stronę i amerykańską, i japońską. 

9. "Łowca jeleni" reż. Michael Cimino
Chwytający za serce obraz wojny wietnamskiej. Kapitalny De Niro, kapitalny Walken. 

8. "Das Boot" reż. Wolfgang Petersen
Nuda i klaustrofobia łodzi podwodnej przeplatane scenami batalistycznymi. 

7. "Good mornig, Vietnam" reż. Barry Levinson
Komedia o Wietnamie? Bardzo proszę. Plus Robin Williams. 
6. "Black Hawk Down" reż. Ridley Scott
Przepięknie sfilmowana  (Sławomr Idziak za kamerą) wojna domowa w Somalii. Naturalistyczna beznadzieja Rogu Afryki. 

5. "Cienka czerwona linia" reż. Terrence Malick
Samobójcza misja amerykańskich żołnierzy na zajętej przez Japończyków Guadalcanal. Chwyta ze serce. Płakałam jak bóbr.
4. "Czas apokalipsy" reż. Francis Ford Coppola
Czy ja muszę tłumaczyć? 
3. "Dunkierka" reż. Christopher Nolan


2. Seriale "Pacyfik" i "Kompania braci". Obydwa pod nadzorem Spielberga, lepsze od "Szeregowca Ryana", którego, jak widać, brak w moim zestawie, pomimo oszałamiającej pierwszej sceny. Ukłony dla Janusza Kamińskiego. 



1. Werble!
......
 "Pluton" reż. Oliver Stone
O tym, że na wojnie walczy się też samemu ze sobą. 


Nie ma u mnie ani "Pattona", ani "Full Metal Jacket", ani "Ryana", ani "Furii". Nie widziałam "Admirała", "Mostu na rzece Kwai" (serio, nie), ani "Midway" z Charltonem Hestonem, ani "Listów z Iwo Jima". Wszystko do nadrobienia, może ten ranking będzie kiedyś wyglądał inaczej. Co polecacie Wy?

August 24, 2017

Dunkierka

Dunkierka
Nolan ma rękę do filmów. Widziałam większość, bardzo mi się podobały, zatem na "Dunkierkę" czekaliśmy z Panem Mężem od kilkunastu tygodni w napięciu. Bo oprócz tego, że lubimy Nolana, to bardzo lubimy filmowe opowieści wojenne (w najbliższym czasie spodziewajcie się mojego prywatnego rankingu kina wojennego). 
"Dunkierka" to wojenny thriller wysokich lotów. Miałam co prawda pewne obawy co do przedstawienia wojny zbyt "uładzonej" (bowiem twórcom zależało na dotarciu do jak największej grupy widzów i obniżając kategorię wiekową, likwidowali po kolei krwawe sceny), ale zupełnie, jak się okazało, niepotrzebnie. Nie ma krwi, jest za to dużo strachu. Takie wszechogarniającego, obezwładniającego, który mocno udziela się widzom.
Film opowiada historię ewakuacji ponad 300 000 francuskich i brytyjskich żołnierzy spod Dunkierki w 1940. Niemcy są potęgą, ich flota powietrzna ostrzeliwuje flotę marynarki z łatwością gry w "statki". Do bezpiecznego brzegu i jasnych klifów w Dover jest tylko 40 km. Nie można ich pokonać wpław, wróg jest na tyłach. Dunkierka to pułapka na myszy i żołnierze czekają na cud. I o tym cudzie jest film Nolana. 
Zdj. gram.pl
Ciekawe jest to, że film nie ma głównych bohaterów jako takich. Mamy trzy postacie, które raczej stanowią takie punkty orientacyjne dla nas, ale historii żadnej z nich nie poznajemy od początku do końca, niektórzy nawet nie dostają w filmie imienia. Jest żołnierz piechoty (Fionn Whitehead, trzymam kciuki za jego dalszą karierę), którego poznajemy w pierwszej scenie, gdy z nieba lecą ulotki informujące, że alianci są okrążeni; jest znaleziony na wraku łodzi uciekinier z Dunkierki (Cillian Murphy), który za chwilę dowiaduje się, że jacht (Brytyjczycy wysłali po swoich żołnierzy flotę cywilna, kutry i jachty, nie chcieli stracić wszystkich swoich okrętów) płynie z powrotem do oblężonego miasta oraz pilot (Tom Hardy), który osłania ewakuację z powietrza. Są jeszcze właściciele jachtu, który płynie na pomoc - ojciec (Mark Rylance, pamiętny olbrzym  z "Bardzo Fajnego Giganta), syn oraz ich siedemnastoletni znajomy. Wszystkie te postaci mają swoje własne ramy czasowe, które (jak to u Nolana) przeplatają się przez całą akcję. Ponieważ żaden bohater nie jest wiodący, żaden nie staje się super bliski. Albo inaczej. Wszyscy stają się tak samo ważni, a reżyserowi chodziło o to, by przy pomocy równoległych postaci oraz dziesiątek postaci drugoplanowych pokazać skalę przedsięwzięcia. Filmy wojenne zazwyczaj skupiają się na paru bohaterach i poprzez ich losy jakoś humanizują, uczłowieczają wojnę. Pokazują relacje pomiędzy bohaterami, bardzo silne więzi pomiędzy nimi, emocje. Tu tego nie ma. Wojna jest nieludzka, najważniejszy jest strach i pierwotna chęć przeżycia. Wrażenie lęku jest wszechobecne - choć samego wroga nie widać. Ani jeden Niemiec nie jest w filmie pokazany z twarzy. Wróg nie ma twarzy, nie ma imienia. Ale wróg strzela znienacka, zrzuca bomby, czuć jego oddech na plecach.
Film jest wizualnie monumentalny. Szerokie plany - niebo, morze, podkreślają wielka pustkę i poczucie beznadziei. 400 000 ludzi liczących na pomoc, nie wiedzących, że uratować można tylko 45 000 (Summa summarum dużo więcej, ale to był właśnie ten cud). Wojna u Nolana jest pokazana jako matka ślepego trafu. Bach! Bomba! Żyjesz? Tak? Ten facet obok ciebie już nie. Bach! Druga! Trzecia. Cisza. Myślisz, że koniec? Czwarta! Piąta! Nie ma chwili wytchnienia. Zatykasz uszy, bo nie nie możesz dłużej znieść świstów, huku i napięcia. Szósta! Siódma! 

 Zdj. spidersweb.pl
Akcja filmu dzieje się w rytm przypływu i odpływu (które to zjawisko jest kluczowe w pewnym momencie fabuły). Wahadło wychyla się w jedną stronę, my zaciskamy pięści i wstrzymujemy oddech. Bum! Moment spokoju, wahadło sunie w drugą stronę tylko po to, by znów spaść  bez żadnej litości w dół. Psychicznie mnie ten film zmęczył, ale to wielki plus - tak miało być. Całość podkręca muzyka Hansa Zimmera (jakże inna niż zawszę) - motywem, który jawi się jako przewodni, jest tykanie zegara, ale wygrywane na jakby rozstrojonych skrzypcach. Tik, tik, tik, tik, tik. Każde "tik" ciut głośniej od poprzedniego. System nerwowy ledwo daje radę. I o tym jest ten przepiękny film. Że jesteśmy jak piórko na wietrze w obliczu rzeczy poza naszą kontrolą. I że zawsze chcemy przeżyć.

August 22, 2017

Pokot

Pokot
Spóźniłam się do kina na ten film, niestety, ale na szczęście tygodnik "Polityka" wyszedł takim jak ja naprzeciw i dołączył film do ostatniego wydania. Ku mojej wielkiej radości. Radość owa ma kilka powodów  - po pierwsze bardzo lubię kino Agnieszki Holland, po drugie bardzo lubię prozę Olgi Tokarczuk, która nie tylko jest autorką literackiego pierwowzoru ("Prowadź swój pług przez kości umarłych"), ale i współscenarzystką filmu, wreszcie po trzecie bardzo bliska mi jest tematyka zwierząt, przemocy wobec nich, zwłaszcza u nas w kraju, gdzie tak sankcjonuje się myślistwo jako super hobby,
Zacznę od tego, co mi się w tym filmie nie podobało. Zabrakło mi na przykład kryminalnego napięcia. Jednak. Fabuła skupiła się wokół postaci Janiny Duszejko, cały natomiast wątek zbrodni popełnianych na trzęsących małym miasteczkiem kreaturach schodzi gdzieś na bok. Szkoda, bo zamglony klimat Dolnego Śląska mógłby być jako tło zbrodni bardziej efektowny. Holland odpowiada za kilka reżyserię kilku odcinków najlepszych seriali policyjnych i kryminalnych w historii telewizji ("The Wire", "The Killing"), zatem spodziewałam się lepszej kondensacji atmosfery. 
Nie podobał mi się Andrzej Grabowski, który "w koło Macieju" grywa pijących prostaków. Ale ile razy można oglądać kolejną wersję Waldka Kiepskiego?  Taki typ urody i głosu, to prawda, ale Grabowski zaczyna być jak zdarta płyta, która zacięła się w jednym miejscu. 
Co na plus? Cała reszta. Główna postać, starsza pani, taki typ, który każdy z nas przynajmniej raz w życiu spotkał. Tak zwana "stara panna" (nie cierpię organicznie tego określenia), która "zdziwaczała", bo zajmuje się swoimi psami, astrologią i jeszcze donosy na sąsiadów pisze. Tak się przecież nie robi. Tymczasem Janina Duszejko (bardzo dobra i bardzo piękna Agnieszka Mandat) stoi na biegunie przeciwnym niż starsza pani typu "moherowy beret" (też nie lubię tego określenia). I to jest ważny głos w świecie nie tylko filmu, ale społeczeństwa w jakim żyjemy, bo postać kobiety po sześćdziesiątce została tak potwornie "ubabciona", upupiona wręcz (w serialach zwłaszcza), że jakąś normą wydaje się Barbara Mostowiak w fartuchu w kuchni stojąca i zawsze uśmiechnięta. Tymczasem Janina Duszejko reprezentuje te wszystkie panie, które być może nawet fartuchów kuchennych nie mają, a które to fartuchy pełnią funkcję gorsetu utrzymującego ich kobiecość, człowieczeństwo może nawet, w ryzach. Duszejko nie boi się być inna, bo nie boi się być sobą (Mało tego, jeszcze seksy w tym wieku uprawia i to nie z mężem!). 

Zdj. spidersweb.pl

"Pokot" podejmuje także bardzo ważny temat odpowiedzialności człowieka za przyrodę, za inne żywe stworzenia. Myśliwi w okolicach, w których mieszka Duszejko, harcują bezkarnie. Ich życie toczy się według myśliwskiego kalendarza, w którym zamiast imienin przypadających w poszczególne dni miesiąca, zapisane jest, na jakie zwierzęta można polować, na "co" jest sezon. Prawicowe media zarzuciły Agnieszce Holland, że promuje swoim kinem ekoterroryzm. Tak, główni sprawcy przemocy wobec dzików, saren, lisów i psów giną w tym filmie. Akcja jest tak skonstruowana, że jako widzowie chcemy, by spotkała ich kara, chcemy by zginęli. Ale nie o relatywizm moralny tu chodzi, tak mi się wydaje. W kraju, w którym wegetarianizm nadal jest dziwactwem, w którym lobby myśliwskie robi w rządzie, co chce, i w którym Minister Ochrony Środowiska wycina najstarszy w Europie las i wydaje zgodę na strzelanie do chronionych prawem wilków, w którym słowo "ambona" ma dwa przeciwstawne znaczenia, taki film jest niezwykle ważny. We wszystkich mediach przetoczyła się po "Pokocie" dyskusja. Choć jeszcze jej nie dość. Skąd się bierze brak szacunku dla zwierząt? Nie, nie uważam, że wszyscy powinni zostać weganami, ale jakiś przebłysk refleksji w czasie strzelania do łosia powinien się w głowie tego czy owego pojawić. Jaka jest przyjemność odbierania życia dla sportu? Jest to specyficzny stan umysłu nie tylko nas, Polaków, ale wszystkich, którzy uważają, że człowiek ma Ziemię we władaniu (to temat na osobny wpis i to nie ten blog, ale zachęcam gorąco do śledzenia bloga Andrzeja Gąsiorowskiego TUTAJ ), że mu ona podlega. Z tego myślenia, wywodzącego się niestety prosto z Biblii, bierze się połowa tragedii świata. 
Władza w tym filmie (ale przecież nie tylko w filmie!) jest męska - wójt, prezes, proboszcz. Wszystkie szwarccharaktery w "Pokocie" to mężczyźni, sprawcy przemocy, władczy, okrutni, chciwi. Silny akcent feministyczny jest doskonałym pomysłem w tego typu filmie - wszak mścicielami w kinie są przecież w 99% faceci. Duszejko jest mścicielką a rebours. Bez rewolweru, bez kostiumu komandosa. A jednak. 
Na uwagę zasługują także obłędne zdjęcia Joanny Dylewskiej. Akcja trwa rok - zaczyna się mglistą jesienią, kończy miękkim, słonecznym, złotym latem. W obiektywie Dylewskiej wszystkie pory roku na Dolnym Śląsku są magiczne. 

A to zdjęcie z prawdziwego pokotu (powiat pleszewski, 2017 rok). Czyż ta fotograficzna ustawka nad śmiercią nie jest żałosna? Nie jest obrzydliwa? Nie zasługuje na potępienie? 

http://m.rc.fm/news/pleszew-pokot.html

August 21, 2017

Ludzie na drzewach

Ludzie na drzewach
"Małe życie" Amerykanki Hanyi Yanagihary było nie tylko jedną z najlepszych książek, jakie przeczytałam w zeszłym roku, ale w ogóle jedną z najlepszych, jakie czytałam kiedykolwiek. Dlatego jeśli pisarz tak wysoko zawiesi poprzeczkę, istnieje ryzyko, że kolejna książka nie będzie nawet w połowie tak dobra (Chociaż chronologicznie "Ludzie na drzewach" byli pierwszym dziełem Yanagihary). Ale nie ma obaw. Lektura jest doskonała. 
Historię w książce Yanagihary zainspirowała prawdziwa postać laureata Nagrody Nobla Daniela Gajduska, odkrywcy prionów, lekarza z antropologicznym zacięciem, który badał w latach 50. przypadki tajemniczych śmierci u tubylców w rejonie Mikronezji. Gwiazda Gajduska błysnęła co prawda jasno, ale zniknęła w oddali aż za norweskim horyzontem. Naukowiec zmarł w niesławie, odbywszy wcześniej karę więzienia za pedofilię, jakiej dopuszczał się na swoich adoptowanych (z Mikronezji właśnie) dzieciach. Historię Gajduska (którego bronił sam Oliver Sacks) można obejrzeć w dokumencie "The genius and the boys".
Hanya Yanagihara wykorzystała elementy tej historii, tworząc własna opowieść o doktorze Nortonie Perinie (pisana w pierwszej osobie, czytamy niejako wspomnienia Periny, przeredagowane przez jego współpracownika i z jego przypisami), który w 1950r. odkrywa na fikcyjnej mikronezyjskiej wyspie U'ivu plemię, którego członkowie zdają się nie umierać.  Nieśmiertelność zapewnia zaś mięso endemicznego gatunku żółwia.  Perina szmugluje żółwia do swojego laboratorium, prowadzi tam kilkumiesięczne prace. Jego naukowe odkrycie budzi nie tylko zachwyt nad młodym, zdolnym lekarzem, ale też mnóstwo zainteresowanaia maleńkim archipelagiem, na którym dokonano pierwszych spostrzeżeń. Do tego dochodzi jeszcze dziwaczne życie prywatne Periny, który zaczyna adoptować u'iviańskie dzieci, co początkowo jest przyjmowane przez opinię publiczną entuzjastycznie, potem z coraz większym zdziwieniem. Finał ma miejsce w więzieniu - ale wiemy o tym od samego początku, całość jest retrospekcją.
Yanagihara wymyśliła fascynujący rodzaj narracji. Perina nie jest pierwszym literackim pedofilem ("Lolita"), ale to jego głos - suchy, władczy, nieco magalomański - daje nam obraz całej postaci. Ponieważ jest naukowcem to za pomocą jego wiedzy oraz wiedzy podróżującego z Periną antropologa dowiadujemy się mnóstwa rzeczy o U'ivu. Ta wyspa to taka Australia w pigułce w tym sensie, że wszystko tu jest inne niż gdziekolwiek indziej. Inna fauna, inna flora. Ale nie znajdziemy tu opisów przyrody budzących zachwyt. Nie. Język Periny jest suchy, ale jednocześnie szczegółowy i naturalistyczny. Na przykład owoce, którymi żywią się tubylcy ruszają się od buszujących w ich środku tłustych larw homono, a dżungla jest tak gęsta i nieprzyjazna, że U'vianie nie bywają nawet nad brzegiem oceanu. Wszystko jest wrogie, tłuste, śliskie, wijące i niepiękne. Perina przygląda się temu światu z ciekawością i obrzydzeniem, które udziela się czytelnikowi. 
Bohater przygląda się także miejscowym rytuałom i zwyczajom, do których należy między innymi inicjacja seksualna ośmioletnich chłopców przez starszyznę plemienia. To moment przełomowy w życiu Periny, który budzi tłumione w świecie zachodniej cywilizacji potrzeby.  Czyż dzieci nie mają prawa do seksu?
Yanagihara zadaje odważnie wiele pytań. Czy MY badający ICH od strony medycznej, antropologicznej nie zrobiliśmy im większej krzywdy zapraszając do naszego świata niż gdybyśmy zostawili ich w spokoju? Czy zaprowadzając masową turystykę w egzotyczne rejony świata nie zniszczyliśmy prawdziwego Edenu (wystarczy wspomnieć archipelag Tuvalu i jego góry śmieci)? Czy wielcy naukowcy nie nadużywają swojej władzy i wiedzy dla sławy i chwały? (Ależ tak, pamiętamy wszyscy postać Napoleona Chagnon, który celowo zarażał Indian Yanomamo, których badał, chorobami)? I wreszcie, czy wielkim naukowcom mamy wybaczać więcej? Czy suma ich zasług dla medycyny/biologii/antropologii etc, jest większa niż suma ewentualnych szkód, jakich dokonują? Czy ich potencjalne dziwactwa są tylko efektem ubocznym pracy wielkiego umysłu, zatem nie są ważne?  Czy względem wybitnych osobistości obowiązuje moralny relatywizm? 
Tą książką Hanya Yanagihara wskoczyła miejsce mojej ulubionej autorki. 

Za możliwość przeczytania książki przed premierą (13 września) dziękuję serdecznie Wydawnictwu W.A.B.

August 17, 2017

Na linii świata

Na linii świata
W lipcu dostałam o wydawnictwa Znak Literanova (Dziekuję!) tajemniczą przesyłkę. Książkę w czarnej okładce, bez nazwiska autora i tytułu. Jeśli chodzi o marketing, to pomysł zaiste przedni. Sama książka zaś...No cóż, żałuję, że nie została w szufladzie twórczyni po wsze czasy. 
Dziś mogę już wyjawić i tytuł, i nazwisko, dzieło miało oficjalną premierę wczoraj. To powieść "Na linii świata" autorstwa Manueli Gretkowskiej. I jest to najgorsza książka, jaką czytałam od lat. 
Mam problem z Gretkowską. Bardzo podobał mi się jej debiut "My zdies emigranty" (o którym przychylnie mówił nawet Czesław Miłosz), mniej kolejne tomy opisujące życie paryskiej bohemy. Potem ukazał się ciekawy "Światowidz" o podróżach przez świat i trzy części pamiętnika - "Polka", "Europejka", "Obywatelka", w których pisarka przygląda się macierzyństwu (w tym ciąży) i Polsce współczesnej. Ale potem nie było już dla mnie absolutnie nic ciekawego. Pożegnałam się z jej pisaniem po słabej książce "Kobieta i mężczyzna"z 2007r. i nie sięgnęłabym po jej twórczość, gdyby nie sztuczka magiczka Znaku z anonimową książką do recenzji. 
Przez pierwszych kilka stron myślałam, że to debiut. Potem naszło mnie podejrzenie, że czytam, o zgrozo, Witkowskiego. Ale nie. To jednak Gretkowska. Co jest z tą książką nie tak? Wszystko. Zaczynając od strony literackiej, która składa się z prostych, bardzo krótkich zdań, które budują kartonowy świat przedstawiony i sztampowych bohaterów, przez niepotrzebnie wulgarny język i nużące opisy seksu (Czy Gretkowska wie, że każda kura domowa już przeczytała Greya?), kończąc na bezsensownej akcji będącej miksem dywagacji na temat Doliny Krzemowej, satyry politycznej, diagnozy sytuacji współczesnej  w kraju i na świecie, z duchem Dicka (łoj!) i pseudonaukowego wywodu o fizyce kwantowej. Tak. Naprawdę to wszystko tam jest. Bez ładu i składu. 
Jak się czyta na przykład TEN wywiad z pisarką, to nawet trudno się nie zgodzić z niektórymi jej tezami. Tyle że informacje z tej rozmowy zostały zaprzęgnięte w losy dwójki bohaterów i spisane lewą ręka na kolanie. To jest tak źle skonstruowana książka, że nigdy nie powinna była ujrzeć światła dziennego.

August 16, 2017

Korsyka, lato 2017

Korsyka, lato 2017
Niebieskie niebo. Niebieska woda.
Żar. Słońce.
Chłód morskich fal. Przezroczysta głębia.
Labirynty ciasnych uliczek.
Kamienne dachy i powieki okiennic.
Wino. 
Góry i czeluście pomiędzy nimi bez dna.
Kaniony wyschniętych potoków. 
Zapach rozmarynu, kopru i mirtu. 
Pejzaże, od których łzy zawisają słonym ciężarem na rzęsach. 
...
Kiedy tam wrócę. 


























Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger