February 21, 2017

Idź, postaw wartownika

Idź, postaw wartownika
Harper Lee jest jednym najciekawszych i najbardziej tajemniczych "przypadków" w historii literatury. Jest autorką jednej książki - "Zabić drozda", która przyniosła jej Nagrodę Pulitzera w 1960. Przez ponad 50 lat milczała i nagle, dwa lata temu, "opublikowała" drugą - "Idź, postaw wartownika". Z tymi samymi bohaterami i akcją dziejącą się 20 lat później w stosunku do, nazwijmy to na wyrost, części pierwszej.  Słowo "opublikowała" nie przypadkiem pojawiło się w cudzysłowie, bo w zasadzie trudno stwierdzić, co takiego zadziało się, że "Idź, postaw wartownika" ujrzało światło dzienne, choć na sto procent nie zostało napisane przez blisko dziewięćdziesięcioletnią Lee (od roku świętej pamięci), tylko dużo, dużo wcześniej. W latach 50, jeszcze przed "Zabić drozda". 
Harper Lee ostatni rok swojego życia spędziła w domu opieki, po tym jak doznała wylewu krwi do mózgu. Raczej mało prawdopodobne wydaje się, że decyzję o wydaniu książki stworzonej przed pół wieku podjęła właśnie ona. Stąd pytanie - czy powieść powinna w ogóle się ukazać, skoro przez ponad 50 lat autorka trzymała ja w szufladzie? 
Czy szuflada była najlepszym miejscem dla tego rękopisu? I tak, i nie. Jest to powieść zdecydowanie słabsza niż "Zabić drozda"  - słabsza pod względem konstrukcji i narracji. Niektóre fragmenty niemiłosiernie się dłużą. Z drugiej strony jednak jest to książka o wiele bardziej prawdziwa, bliższa temu, jakie życie naprawdę jest. A pełne jest rozczarowań. Atticus Finch, ten ideał ojca i prawnika, obrońcy praw czarnoskórych, staje się cieniem swego blasku. 
Alabama lat 50. jest podzielonym stanem - biali kontra czarni, biedni kontra bogaci, wykształcenie kontra niewykształceni. Jean Louise, czyli Skaut, ma teraz lat 26 i wraca na dwutygodniowy wypoczynek w rodzinne strony. Na co dzień mieszka na Wschodnim Wybrzeżu, w Nowym Jorku. I pomimo ciasnej, dusznej atmosfery Maycomb, tylko tam czuje się naprawdę jak w domu. Do czasu, kiedy odkrywa, że jej ojciec, ten, który wychował ją w wierze w równość i wolność, nie jest tym, kim jej się wydawało, że jest. Bywa oportunistą, nie wierzy w sens nadania wszystkich praw obywatelskich czarnej społeczności. Kiedy Jean dowiaduje się o tym, cały jej świat, wszystko, w co wierzyła, na czym opierała swoje ideały, rozpada się jak domek z kart. Jak poskładać roztrzaskane odłamki? 
Jedynym pomocnikiem okazuje się tytułowy "wartownik". Co nim jest? Sumienie. O tym, gdzie wartownika postawić, jakich granic ma strzec - każdy musi zadecydować sam. To oznacza brak istnienia zewnętrznych, niezbywalnych praw i wartości. I to jest najsmutniejsze w tej książce, ta konstatacja, że świat nie jest czarny lub biały, że nie jesteśmy w wersji "albo albo". To boli o tyle, że po lekturze cukierkowego "Zabić drozda" człowiek wychodził ze świata przedstawionego do realu nieco pocieszony. Że istnieje gdzieś jakiś Atticus Finch, który jakby co pomoże i zrozumie. Figa z makiem. 

 "Wyspą każdego człowieka, (…), jego "wartownikiem" jest sumienie. Nie ma czegoś takiego, jak zbiorowa świadomość"

February 19, 2017

Podlasie zimą

Podlasie zimą
Coś ciągnie mnie do ściany wschodniej. Spędzam tam wakacje dość regularnie. Na Podlasiu - po raz trzeci.
Cerkiewki, pierogi ruskie, chleb na zakwasie. Drewniane domki z piecami kaflowymi, cmentarzyki wśród drzew, kapliczki. Kawa po tatarsku,miód spadziowy, konie. Narewka, dęby, puszcza.
...
Dużo zdjęć. Dla cierpliwych.

























February 10, 2017

Jackie

Jackie


Tydzień po zabójstwie JFK jego żona Jackie udzieliła wywiadu dziennikarzowi Theodorowi White'owi z magazynu "Life". I wokół tego tygodnia i tego wywiadu oscyluje akcja filmu Pablo Larraina. 
Bardzo czekałam na ten film, ale wyszłam z kina z mieszanymi uczuciami. Tak, Natalie Portman jest w tym obrazie genialna, fantastyczna po prostu. Można rzec, że ona w zasadzie stała się Jackie Kennedy. To wyzwanie dla każdego świetnego aktora - wcielić się w rolę w kogoś znanego, kogoś ikonicznego, zmierzyć się z jego fizjonomią, psychiką, sposobem mówienia, blaskiem i cieniem. Portman co prawda nie musi udowadniać, że jest kapitalną aktorką (i do tego jeszcze jak na standardy Hollywood bardzo dobrze wykształconą), ale rola żony prezydenta, który zginął w Dallas, ma szansę stać się jej życiowym dokonaniem. Chociaż mam wrażenie, że twórcom tak bardzo zależało na oddaniu postaci Jackie, że chyba trochę...jakby to powiedzieć...przedobrzyli. Stroje, fryzura, akcent. 100% Jackie w Jackie. Wydmuszka, portrecik, witrażyk. A wystarczy przypomnieć sobie Michelle Williams, która zagrała równie ikoniczną Marylin Monroe w filmie "Mój tydzień w Marylin" - pozwoliła nam uwierzyć, że jest Marylin jednocześnie karząc nam pamiętać, że ona ją jedynie gra. Chociaż Portman i tak jest najmocniejszą stroną obrazu. Ale nie wychyla się z ikonicznej ramki, w której Jackie Kennedy tkwi od lat. Za dużo tu odtwarzania znanych z fotografii i telewizji scen. 
Sam film ma trudny, ciężki rytm. Jest to opowieść o kobiecie w morzu wpływowych, ważnych mężczyzn. O tym, jak niechcący stała się elementem legendy o Camelot. Piękna kobieta w fantastycznie skrojonych garsonkach, żyjąca długo i szczęśliwie w pięknym Białym Domu jak księżniczka na zamku u boku króla Artura. Nic z tego nigdy nie było prawdą. Wiemy to dziś. Ale w pierwszym po śmierci męża wywiadzie Jackie zaczyna budować mit wspaniałego prezydenta. I nie pozwala opublikować najszczerszych swoich wypowiedzi. A jednak w błyskach wspomnień bohaterki, które pojawiają się na ekranie widzimy, jak niejako prowadzi ją smutne przeznaczenie. "Nothing's ever mine. Not to keep" - mówi Jackie w pewnym momencie i te słowa jakoś profetycznie określają jej los. 

Zdj. elle.uk
Najważniejsze wydają mi się w tym filmie zbliżenia. Najtrudniejsza walka rozgrywa się w środku Jackie. I Portman najbardziej jest wymowna wtedy, kiedy nic nie mówi. 
Nie znajdziemy w tym filmie pocieszenia, nie kończy się on ślubem z greckim miliarderem. To co pękło, zostaje złamane. Najtrudniejsze siedem minut jej życia -  kiedy jechała z umierającym mężem na kolanach przez miasto zalane słońcem - stanowić będą ponurą cezurę. Nie dlatego, że zginął prezydent. Dlatego, że zginął mąż i ojciec. Jednocześnie jednak nie do końca potrafimy (ja w każdym razie nie potrafię) się tym przejąć.  

February 09, 2017

Sekretne życie drzew (część 2)

Sekretne życie drzew (część 2)
Na początku XX w. Kenneth Graham opowiadał w książeczce dla dzieci,  "o czym szumią wierzby". Dziś w książce reprezentującej nurt popularnonaukowy niemiecki leśnik Peter Wohlleben próbuje na to pytanie "O czym szumią wierzby?" wyczerpująco odpowiedzieć. 
Tak, jest to niezwykle interesująca książka. Jest o tym, by trwać w ukłonie przed Matką Naturą (czego nie robimy od bardzo dawna) i o tym, by chociaż starać się rozumieć świat wokół. Świat drzew przede wszystkim. Wohlleben udowadnia, że życie leśnego ekosystemu może równie pasjonujące jak życie dzikich zwierząt (czy też zwierząt w ogóle). Jest o tym, jak drzewa się komunikują, jak radzą sobie w trudnych warunkach, jakie mechanizmy wytwarzają, by przetrwać, przeżyć, czy też pomóc potomstwu (czyli młodym siewkom) dorosnąć. 
Trzeszczy jedynie miejscami sposób opowiadania (trudno mi powiedzieć, czy to wina lekkiej egzaltacji samego Wohllebena, czy też może tłumacza). Mam także wrażenie, że nieraz autora ponosi wyobraźnia i nadaje drzewom cechy, których one (chyba) jednak nie posiadają. Zdecydowanie są najmniej docenionym cudem natury, bo najbardziej powszednim. Ale przecież równie doskonałym, fascynującym i pięknym jak śnieżna pantera czy mustangi. 
Pomijając jednak te mankamenty, "Sekretne życie drzew" jest istotne z jednego punktu widzenia - otóż na naszych oczach drzewa umierają (a "drzewa umierają stojąc" jak pisał Gałczyński), lasy umierają. Ostatnia w Europie pierwotna puszcza idzie pod topór, a w świecie na potęgę niszczy się całe hektary lasów tropikalnych pod zasiew palm na olej palmowy. Jest zatem książka Wohllebena głosem wołającego - nie na puszczy, ale na pustyni. Kiedy wytniemy już wszystkie drzewa w miastach, kiedy nagrzejemy się latem w betonowych kanionach między piętrowymi blokami do niemożliwych temperatur, kiedy znikną ptaki i owady, wtedy zamarzymy o przytuleniu się do szorstkiej kory dębu i zapachu lip. Nie doceniamy drzew. Stały się dla większości z nas jedynie czymś, co można wyciąć albo przyciąć. Zamieniamy puszcze na lasy gospodarcze niszcząc delikatną równowagę w biosferze. Z tego punktu widzenia Wohlleben jest ważniejszy obecnie niż Szekspir. Bo gdybyśmy czytali dzieciom w szkołach takie książki, może co czwarte z nich w dorosłym życiu zastanowiłoby się, zanim wzięłoby do ręki piłę. Albo siekierę. Historia naszej planety pomału dobiega końca, jestem o tym przekonana. Każdy unicestwiony w imię pieniędzy i "zrównoważonej gospodarki leśnej" hektar lasu jest gwoździem do naszej wspólnej trumny. 
P.S. Przepiękna jest okładka tej książki. Zielona rycina przedstawia drzewo pełne życia- jego konary wrastają w litery tytułu, a między korzeniami znajduje się coś, co na oko wygląda jak mandragora. Kiedy mandragorę wyrywa się  z ziemi, wydaje ono podobno ludzki krzyk. W świetle tego, co robimy całej Przyrodzie, wydaje się to bardziej niż prawdopodobne.
P.P.S. Moja edycja "Sekretnego życia drzew" okraszona jest zdjęciami z polskich lasów autorstwa Adama Ławnika i Krzysztofa Onikijuka. One też pokazują świat, którego już prawie nie ma.



Leopold Staff, "Wysokie drzewa"
O, cóż jest piękniejszego niż wysokie drzewa,
W brązie zachodu kute wieczornym promieniem,
Nad wodą, co się pawich barw blaskiem rozlewa,
Pogłębiona odbitych konarów sklepieniem.

Zapach wody, zielony w cieniu, złoty w słońcu,
W bezwietrzu sennym ledwo miesza się, kołysze,
Gdy z łąk koniki polne w sierpniowym gorącu
Tysiącem srebrnych nożyc szybko strzygą ciszę.

Z wolna wszystko umilka, zapada w krąg głusza
I zmierzch ciemnością smukłe korony odziewa,
Z których widmami rośnie wyzwolona dusza...

O, cóż jest piękniejszego niż wysokie drzewa!

February 06, 2017

Sekretne życie drzew (część 1)

Sekretne życie drzew (część 1)
Jutro opowiem Wam, dlaczego książka "Sekretne życie drzew" Petera Wohllebena wydaje mi się niezwykle ważna w dzisiejszych czasach. Być może ważniejsza chwilowo niż Szekspir. Ale to jutro. Dziś - preludium. Przekopałam sieć w poszukiwaniu pięknych zdjęć pięknych drzew. Oto one:

Ingeun Nam, Las bambusowy koło Kioto, Japonia


Brian Young, Wisteria w Ashikaga Flower Park, Japonia


Paul Pichigin, Korzenie na czerwonych liściach

Mark Requidan, Dąb w Charleston

Christopher Schoenbohm, Jesień w Central Parku

Michael Nichols, Sekwoje

Og Gael, Droga w Australii

Oleg Znamensky, Dragon blood tree, Jemen

Horst Kiechle, Korzenie w miejskiej dżungli

Todd Gustafson, Baobaby na Madagaskarze

Ponad stuletni rododendron w Kanadzie, autora nie udało mi się ustalić.

Drzewa na nowozelandzkim Slope Point. Autor nieznany.

Jeszcze raz sekwoja w obiektywie Michaela Nicholsa.

Stephen Emerson, Północna Irlandia


February 05, 2017

Przełęcz ocalonych

Przełęcz ocalonych


Oderwane od ciał ręce. Lub nogi. Krew, dużo krwi. Wybuchy. Krzyk. Poparzone twarze. To tylko kilka pierwszych minut najnowszego filmu Mela Gibsona. Dobrze koresponduje scena otwarcia z "Szeregowcem Ryanem" Spielberga, w którym zdjęcia Janusza Kamińskiego do lądowania w Normandii wbijały w fotel i rzucały w środek walki od samego początku. 
Gibson, trudno ukryć, lubi filmować przemoc. Najmniej było jej w "Braveheart", ale już "Pasja" i "Apocalypto" były czystym gore. Brutalna "Przełęcz ocalonych" skupia się na dwóch ulubionych przez reżysera tematach - przemocy i religii. Nie, lata separacji od Hollywood (po antysemickich wyskokach i historiach z domową przemocą Gibson stanął na szczycie wrogów numer jeden w L.A. - oto jak fortuna kołem się toczy) nie rozmiękczyły go. Ale to co dzieje się na ekranie "Przełęczy ocalonych" jest jednak nieco historycznie usprawiedliwione. To historia szturmu na japońską Okinawę, który uchodzi za najkrwawszy w czasie całej drugi wojny światowej. Sama opowieść - oparta na faktach - jest niezwykle ciekawa, ale na pewno nie uczyliście się o niej na lekcjach historii. 

Desmond Doss zgłosił się do armii, choć jego własne przekonania moralne i religijne (Kościół Adwentystów Dnia Siódmego) nie pozwalały na to, by być prawdziwym żołnierzem. Takim z karabinem w ręku. Postanowił jednak zostać wojskowym medykiem i  - nie bez przeszkód - wyruszył ze swoją kompanią na podbój Japonii. Bez pomocy broni palnej udało mu się ocalić kilkudziesięciu rannych kolegów od pewnej śmierci. To jest taka bardzo nośna, bardzo amerykańska historia. O uporze, o wierze, o ocaleniu. Wojna jest tak brutalnie pokazana jak powinna. To co mi tu nie gra?

Ano na przykład nieznośny sentymentalizm. Taki łopatologiczny w zasadzie - kiedy akcja sofa się o kilkanaście lat, zmienia się światło, wszystko tonie w złocie, miękkim, rozproszonym świetle (no ile, ile razy można tego zabiegu jeszcze użyć?), przeszłość staje w glorii chwały, a cała wojna jest tylko po to, by "make America great again". Poza tym wiara w dobrego Boga jest tak ostentacyjna w tych ciężkich warunkach, gdzie szczury obgryzają ludzkie resztki, że aż dziw bierze, że nie spływa na niego zwątpienie, nawet na moment. Nie lubię religijnej nachalności, a u Gibsona po raz kolejny jest ona pisana wielkimi literami. Jakby widz miał być niewierzący i głupi jednocześnie. Wojna to piekło, ale trzeba ją od czasu do czasu prowadzić. Takie jest przesłanie tego filmu. 

Dlatego nie ratują go w moich oczach na zdjęcia, ani bardzo dobry Andrew Garfield w roli Dossa. 

January 30, 2017

Manchester by the Sea (Uwaga, spoiler!)

Manchester by the Sea (Uwaga, spoiler!)

Są takie filmy, które zapadają w ciebie, zostają pod powiekami i ćmią jak lekka migrena. Są takie filmy, które oglądane w kinie sprawiają, że nie liczy się nic tylko ekran. "Manchester by the Sea" Kennetha Lonergana  (znanego scenarzysty, autora m.in.: 'Depresji gangstera" i "Gangów Nowego Jorku") jest jednym z nich.
Smutek tego filmu jest przeogromny. Równoważony jest kilkoma humorystycznymi sytuacjami, ale to raczej opowieść o tym, że czasem po prostu nie da się żyć. Żałoba bywa tylko dla niewielkiego procenta z nas jakimś katalizatorem do działania, jakąś  siłą sprawczą. Na ogół jest jednak czynnikiem destrukcyjnym i paraliżującym. Jeśli śmierć dotyczy Twoich dzieci, które w dodatku zginęły z twojej winy, reszta życia staje się drogą potępieńca. Czy potrafiłbyś wybaczyć sam sobie? Czy chciałbyś? 
Film Lonergana jest historią Lee (fantastyczny Casey Affleck, młodszy brat Bena, który nareszcie wyszedł z jego cienia), z którego zostaje po niewyobrażalnej tragedii tylko skorupka, wydmuszka, fasada. Coś tam robi, gdzieś pracuje. Ale jest pustym Elliotowskim "wydrążonym człowiekiem". Kiedy umiera jego brat i zostaje on prawnym opiekunem bratanka, nie umie już wykrzesać z siebie żadnych emocji. Ani łez, ani strachu, ani żalu. Gdy spotyka na ulicy byłą żonę (doskonała w każdym geście Michelle Williams), która próbuje sobie ułożyć życie na nowo, ma jej do powiedzenia tylko trzy słowa "There's nothing there". "Nic już we mnie nie ma". 
Wszystko w tym obrazie jest surowe. Surowa zima w Massachusetts, nagi krajobraz nadmorskiego miasteczka chłostanego styczniowym wiatrem, surowe emocje, surowa, minimalistyczna gra aktorska i surowy, oszczędny scenariusz. Żadnych ozdobników, wygładzania powierzchni. Jest chropowato, szorstko. Przeważa biel i szarość. Narracja jest rwana i o tajemniczym związku Lee z miasteczkiem Manchester dowiadujemy się jako widzowie bardzo powoli, składamy sobie puzzle jego życia po kawałku. 
Lonergan w bardzo prosty sposób pokazuje relacje między bohaterami. To była kiedyś kochająca  się rodzina. On wraca w połowu, ona leży zasmarkana w łóżku, po domu plączą się dzieci. Jest przytulanie, głaskanie po głowach i wyjmowanie niemowlaka z łóżeczka tylko po to, żeby go pomiziać. Zwykły urok zwyczajnego dnia zwykłej rodziny. I ten czar pryska, pnie się w stronę niebytu snopem iskier i siwym dymem. W filmie docieramy do tego momentu warstwa po warstwie. I nie umiemy złożyć później tego, co zostało rozebrane w całości. Tak jak nie umie tego Lee. 
Ciężar tego filmu byłby nie do zniesienia, gdyby nie postać Patricka - nastoletniego bratanka, który przeżywa sam żałobę po ojcu, ale którego dręczą też problemy przeciętnego nastolatka  - z pragnieniem odbycia stosunku z dziewczyną włącznie. I to też jest życie. Splot dobrego i złego, szczęścia i niefartu, radości i smutku. 
Śnieg zalegający na mało urokliwych ulicach miasta stopnieje kiedyś. Czy cokolwiek roztopi Lee od środka? Nie wiem. Ostatnia scena niesie jakieś pocieszenie - wyrusza z bratankiem na rejs rodzinną łodzią, tak jak robili to kiedyś. 
Ten film łamie serce, scena spotkania z Randi, matką dzieci, sprawia, że wbijamy paznokcie w wewnętrzną część dłoni, by zdjąć z tej pary chociaż trochę ich bólu.Kurczę, lubię takie kino. Naprawdę nie trzeba fajerwerków, wystarczy historia wzięta z życia, kilku świetnych aktorów i ktoś, kto zepnie całość. "Manchester by the Sea" to mój Oscarowy faworyt. 

Zdj. nytimes.com

January 30, 2017

Sundance Film Festival

Sundance Film Festival

Zdj. businessinsider.com
Nie ukrywam - nigdy nie byłam, ale bardzo, bardzo bym chciała. Bardziej niż do Cannes i do Wenecji. To największy festiwal filmów niezależnych i wielu artystów na pewno nie umiałoby znaleźć słów wdzięczności dla Roberta Redforda, który stworzył go w Park City w 1978r. Pokazuje się tam filmy z całego świata - nie tylko amerykańskie. Fabularne i dokumentalne, krótki i długi metraż. Najnowsza edycja zakończyła się wczoraj, a ja chciałabym dziś powiedzieć Wam o kilku tytułach z różnych lat, które właśnie w Sundance zostały pokazane po raz pierwszy, i które bardzo mi się podobały. Niektóre z nich na pewno znacie, ale może nie wszystkie?

"El Mariachi" reż. Robert Rodriguez
Żonglerka westernem, telenowelą i kinem akcji.  


"Clerks" reż. Kevin Smith
Zanim napisałam prace magisterską o twórczości Jana Jakuba Kolskiego, przymierzałam się do pracy o dziełach Kevina Smitha. "Clerks" był jednym z nich i do dzisiaj to jeden z moich ulubionych filmów. 

"Pi" reż. Darren Arronofsky
Zanim Arronosfky został Bardzo Znanym Reżyserem, zrobił pewien kapitalny, surrealistyczny thriller. 


"Biegnij, Lola, biegnij" reż. Tom Tykwer
Niemiecki majstersztyk, w którym podglądamy trzy wersje życia głównej bohaterki. 


"The Believer" reż. Henry Bean
Film, w którym Ryan Gosling stał się Ryanem Goslingiem. Czyli przestał być chłopcem z Klubu Myszki Mickey, w którym partnerował Justinowi Timberlake'owi i Christinie Aguilerze, i stał się bardzo dobrym aktorem. 


"Sekretarka" reż. Steven Shainberg
Zanim powstał mało strawny cukierek pod tytułem "Pięćdziesiąt twarzy Greya", była "Sekretarka" z Maggie Gyllenhaal. 

"Marian łaski pełna" reż. Joshua Marston
Piękna i mocna historia przemytniczki. W czyich żołądkach i jakim kosztem wozi się kokainę z Kolumbii? 



"Do szpiku kości" reż. Debra Granick
Opowieść o matce narkomance i początek kariery Very Farmigi. 


"Murderball" reż. Henry Alex Rubin i Dana Adam Shapiro
Dokument. Pierwszy raz przemknęło mi przez głowę, że użalanie się nad niepełnosprawnymi jest niewłaściwe.



"Rusałka" reż. Anna Melikyan
To chyba mój ulubiony rosyjski film. Coś jak "Amelia", ale z własnym pazurem i z akcją w Moskwie.


"Ja, Earl i umierająca dziewczyna" reż. Alfonso Gomez-Rejon
Coś mam nieprzerobione  z okresu dorastania, bo bardzo lubię filmy o tym etapie życia. A ten jest bardzo dobry.

I takie właśnie jest Sundance. Świeże, różnorodne, dające nadzieje, że kino to nie tylko box office, nie dla wszystkich. Kilka innych tytułów, o jakich pisałam tu na blogu, pojawiło się w zakładce Sundance Film Festival. Zapraszam.
P.S. Lista tegorocznych zwycięzców znajduje się TUTAJ
Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger