24 August 2016

Lalki w ogniu

Podróżniczka i dziennikarka "Rzeczypospolitej" stworzyła kilka lat temu (rok wydania: 2011) rzecz niebywałą - książkę o Indiach, którą chyba z powodzeniem mógłby napisać Ryszard Kapuściński. Uwiódł mnie język tego zbioru reportaży - malowniczy, soczysty, sensualny. Indie wybuchły przede mną feerią barw, smaków, zapachów. Ale nie są to wakacyjne pocztówki z Bengalu, Pendżabu i Kerali. Nie jest to płytki zachwyt zachodniego turysty, który przyjechał na Goa pomedytować nad swym luksusowym życiem i poszukać guru. To rzetelny obraz egzotycznego kraju, na który składają się nie tylko smak curry, muzyczne widowiska rodem z Bollywod, ale także bieda, analfabetyzm, przeludnienie, pełne napięcie trwanie pomiędzy diadą tradycja- nowoczesność. 
Wilk zaczyna jak Hitchock w filmie - od wstrząsu. Pierwszy rozdział opowiada o hinduskich kobietach. O tym, że stanowią tylko tło dla życia, że nie mogą o sobie decydować, że bycie kobietą w Indiach bywa zwyczajnie niebezpieczne i może kosztować życie. A potem są kolejne wystrzały petard - rozdział o latrynach, defekacji i toaletach, rozdział o kuchni, o wierzeniach, o kastach, o tym, jak czas w Indiach nie płynie linearnie, tylko zapętla się w ogromne koło życia i tak sobie trwa dawne z nowym tuż obok siebie. 
Świetny jest język autorki - poezja i malarstwo wkradają się do indyjskiej codzienności ("kiedy topnieją śnieżne kołnierze Himalajów...", "Hinduska wędrująca przez pola ze srebrnym dzbanem na głowie to najpiękniejsza z indyjskich ikon. Przesuwają się w oddali sylwetka, smukła i dystyngowana,wygląda jak płonąca świeca. Ciało okryte jaskrawym sari fantastycznie odcina się od pastelowego tła ziemi i pół. Tuż nad głową migocze jasny, niemal biały płomień - odblask słońca w brzuchu pękatego naczynia".) Bardzo lubię, kiedy ktoś tak czaruje słowem, pokrywa surowość krajobrazu i obrzędów powłoką metafor. 
Przejrzałam pobieżnie kilka recenzji  i zdumiałam się, że wiele osób zarzuca autorce niepełny obraz kraju. Że tylko o biedzie, zacofaniu i kalekach. Moim zdaniem jest zupełnie odwrotnie - mamy tu panoramę, na która składa się nie tylko Tadż Mahal, ale i zbiorowe gwałty, nie tylko Waranasi, ale i ledwo nadpalone zwłoki gnijące w Gangesie. Z fragmentów rzeczywistości, z kawałków potłuczonego lustra Wilk cierpliwie zbiera całość i opisuje jeden z najludniejszych krajów świata, kraj, w którym ani razu pod publiczną dyskusję nie poddano kontroli urodzeń i problemu przeludnienia. Kraj dumny z prastarych tekstów literackich i religijnych, ale nie potrafiący odprowadzić ścieków w swoich miastach, bo nie ma w nich oczyszczalni i ulice toną w fekaliach. 
Książka Pauliny Wilk to nie folder biura podroży. Na każdej stronie czuć, że to miejsce, które ona sama przemierzyła wzdłuż i wszech, zna od podszewki, wydreptała tu własne ścieżki. Prowadzi nas nimi, ukazując całe bogactwo kulturowe Indii - w jego egzotyczności, ale i okrucieństwie. 
Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Carta Blanca.
Świetna lektura. Plus seria zdjęć autorstwa dziennikarki w środku.

23 August 2016

Warłam Szałamow


Dziś Europejski Dzień Pamięci Ofiar Stalinizmu i Nazizmu. Stąd krótka notka na temat Warłama Szałamowa, autora wstrząsających "Opowiadań kołymskich". Był dwukrotnie więźniem Gułagu. Za pierwszy razem spędził dwa lata na północy Uralu, za drugim - czternaście na Kołymie, gdzie pracował przy wyrębie lasu i w kopalniach złota. Po amnestii w 1956 odzyskał dobre imię, ale nigdy wrócił do zdrowia. Do końca życia rozpaczliwie bał się zimna i głodu, chowając chleb pod materac swojego łóżka. 

"Opowiadania kołymskie" są jedną z najtrudniejszych lektur, jakie miałam w rękach w całym swoim życiu. Właściwie można by cytować każde zdanie i płakać nad losem tych, które ono opisuje. I o ile Gustaw Herling-Grudziński ratował ludzką godność w "Innym świecie", pomimo całego okrucieństwa świata wokół, o tyle Szałamow nie ratuje nic, bo nic nie da się uratować. Zezwierzęcenie w łagrach, doprowadzanie ludzi na krańce wytrzymałości, poza linię cierpienia, współczucia i miłości nie miało już żadnych punktów stycznych z godnością.


"W łagrze, aby stać się „dochodiagą” – cieniem człowieka, młody, zdrowy człowiek rozpoczynający swą karierę w wyrobisku na „czystym powietrzu” potrzebuje nie mniej niż dwadzieścia do trzydziestu dni przy szesnastogodzinnej pracy bez wolnych dni, przy stałym głodzie, porwanej odzieży i noclegach w dziurawych brezentowych namiotach na sześćdziesięciostopniowym mrozie; bijący dziesiętnicy, bijący starostowie-kryminaliści, bijący konwojenci – przyspieszają nieco ten proces." (cyt. za Wikipedią)


Pierwszy raz z Szałamowem zetknęłam się jeszcze w liceum i pamiętam, jak polonistka czytała nam jedno z tych opowiadań na głos. Łamał jej się głos. Kilka lat później, kiedy sama miałam tom w rękach, zrozumiałam, że czytanie tego nam wtedy to był wyczyn. Sto trzy opowiadania są jak sto trzy ciosy w brzuch. Przejmuje do szpiku północne zimno, lodowate podmuchy wiatru, świat, gdzie splunięta ślina zamarza w połowie drogi na ziemię. Zamienia żołądek w kamień opisywany tu głód. Głód, którego nie można niczym zaspokoić i który budzi gniew. Zawsze gniew. 

U Szałamowa piękny jest język - język nie tak suchy, nie tak analityczny jak język Sołżenicyna. Nie ma tu danych, liczb, skali. Są wykute w lodzie i wiecznej zmarzlinie przeżycia jednego człowieka, jego perspektywa, jego emocje. To sprawia, ten pojedynczy ludzki pryzmat, że jest to książka głęboko humanistyczna. Rozdzierająco wręcz. Jakby Szałamow dopisał dalszą część "Piekła" Dantemu. Jakim cudem udało się zachować autorowi resztki wrażliwości na słowo, na przyrodę - nie wiem. Ale są "Opowiadania kołymskie" smutnym, pięknym kilimem ludzkiej pamięci, która pozostaje jedynym narzędziem ocalenia tysięcy istnień pochłoniętych przez magadańskie zimy. Wszyscy inni pomarli. 

20 August 2016

Mój przyjaciel smok

Dajcie się obcej kobiecie zachęcić do pójścia do kina. Zgarnijcie potomstwo, jeśli je macie i idźcie. Bo dziś mało takich filmów jak Disneyowski "Mój przyjaciel smok". I to najlepsza chyba fabuła tej wytwórni od dobrych paru lat (choć remake filmu z 1977r.). 
Co mnie tak urzekło? Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że gruncie rzeczy wszystko. Nieśpieszna, bardzo oldchoolowa narracja, będąca ukłonem w stronę babcinych opowieści, gdzie nie działo się sto tysięcy rzeczy na sekundę (w tym wypadku to narracja "dziadkowa" - aksamitnym głosem Roberta Redforda opowiedziana), wątek przyjaźni, rodziny, więzi z drugą istotą, muzyka, aktorstwo, mistrzowskie efekty specjalne. W związku z tymi ostatnimi - bardzo dawno nie miałam wrażenia, że rolą efektów jest nie tylko wydobycie z naszych gardeł wielkiego "Wow", ale także maksymalnie przybliżenie, oswojenie opowiadanej historii. Tytułowy smok jest zatem oczywiście smokiem komputerowym, wykreowanym przez dziesiątki specjalistów od CGI, ale jednocześnie w każdej sekundzie zapominamy, że jest nieprawdziwy, bo z pikselami podarowano mu duszę, osobowość, emocje. Elliot (tak smok ma na imię, co jest mrugnięciem okiem do fanów kina Stevena Spielberga, autora pierwszego tegorocznego letniego hitu dla dzieci, świetnego nawiasem mówiąc "BFG"; pamiętacie, że bohater filmu "E.T." miał własnie na imię Elliot?) jest sympatyczny jak Falkor z "Niekończącej się opowieści" i równie "psi". Parska jak pies, gania własny ogon jak pies, ma oczy mądre jak pies. (W czasie projekcji myślałam sobie, że w jakimś sensie ten smok symbolizuje też każdego dużego psa, jakiego mieliśmy w dzieciństwie i który wydawał się większy niż był naprawdę). Ale jak przystało na prawdziwego smoka jest też zielony i potrafi latać.
Cała historia jest w sumie prosta - mały Pete jedzie z rodzicami na wakacje gdzieś wśród lasów Pacific Northwest. Auto wpada w poślizg, rodzice giną w wypadku, Pete zostaje sam w wielkim, ciemnym lesie. Skradają się do niego wilki i wtedy zjawia się Elliot. Smok-legenda. Podobno go widziano w tej okolicy. Podobno. (Zresztą w tych okolicach podobno bywa też Saskquacz, Wielka Stopa, czyż nie?). Nie jest to pierwsza Disneyowska sierota (i na pewno nie ostatnia, skojarzenia z Mowglim jak najbardziej wskazane), której dane jest przeżyć Wielką Przygodę. W każdym razie chłopiec i smok żyją razem w lesie przez sześć lat, dopóki przypadkiem nie zostają zauważeni przez leśniczkę. Na horyzoncie pojawiają się dobrzy i źli ludzie. Źli to ci, którzy reprezentują współczesne, konsumpcyjne społeczeństwo - drwale chcący wyrąbać cały las i ci, którzy chcą zarobić na smoku. Bo jest. 
Świetne zdjęcia oddają całą magię lasu - drzewa szumią, trzeszcza, ptaki śpiewają, poświstuje w gałęziach wiatr. A kiedy pomiędzy choinkami pędzi smok i jego przyjaciel - wstrzymujemy oddech. Scena ze skokiem z klifu (z trailera, warto podejrzeć) jest wspaniała, pęd powietrza dudni w uszach. Siedmiolatka (zalewająca się w odpowiednich momentach łzami) i czterolatek dwie godziny przesiedzieli wpatrzeni w ekran jakby ich ktoś zaczarował.
Ale oprócz nuty ekologicznej, proprzyrodniczej, która jest bardzo ważna, jest to też ten film o rodzinie. I o dojrzewaniu. I o tym, że zmiany są konieczne. I - przede wszystkim - o pięknej przyjaźni. Brawa dla reżysera Davida Lowery'ego (którego to dopiero drugi film!), ale i ekipy przed kamerą - od wspomnianego Roberta Redforda, przez ciepłą Bryce Dallas Howard po Oonę Laurence. Wzruszające kino familijne.Warto zaopatrzyć się w chusteczki do nosa.

Zdj.movies.disney.com