July 17, 2017

Baśń o perle

Baśń o perle
Kilka tygodni temu dostałam sympatycznego maila od pani Anny Gibasiewicz, pisarki i doktorantki na Uniwersytecie Wrocławskim, także koleżanki po fachu (filologia polska). Autorka przysłała mi (raczej nam, bo głównie jednak dzieciom) do recenzji swoją książkę dla dzieci pt.: "Baśń o perle". Przeczytaliśmy ją bardzo szybko, w kilka czerwcowych wieczorów, jednak recenzja pojawia się dopiero dziś. 
I tu odczuwam potrzebę wytłumaczenia się, dlaczego czasem blog przymiera. Po pierwsze czerwiec w szkole nie pozwala na zajęcie czymkolwiek innym poza szkołą właśnie. Po drugie tym razem potrzebowałam nieco od bloga odpocząć. Poczułam wielkie zmęczenie czytaniem książek, otrzymałam ich do recenzji ostatnimi czasy naprawdę sporo, a ponieważ nie jest to miejsce komercyjne, nie chciałabym, aby stało rodzajem wirtualnego więzienia dla mnie, żeby nagle oznaczało, że MUSZĘ się tu pojawić. Wtedy hobby przestaje być hobby i człowiek staje się niewolnikiem własnej pasji. 
:-)
To teraz kilka słów o "Baśni o perle". Docelowym odbiorcą tekstu są dzieci, myślę, że w wieku 6+. Anna Gibasiewicz wie, jak pisać baśnie, jak żonglować klasycznymi elementami baśniowymi (walka dobra ze złem, realizm przeplatany magią i fantastyką, szczęśliwe zakończenie, zawieszenie akcji z nieokreślonej przestrzeni i nieokreślonym czasie). Bohaterką teksu jest Elwika, córka kupca, który jest spełniającym wszelkie zachcianki ojcem. Dziewczyna wyrasta na samolubnego, zarozumiałego i chciwego człowieka. Oczywiście całość jest o  wielkiej przemianie i o tym, że miłość czyni uda. Jest tu mnóstwo przygód, zwrotów akcji. Tytułowa perła jest motorem zmian. Jej pojawienie się przyczynia się do mnóstwa tragedii i smutku. Ale prawdziwa "perła", czyli Elwika, musi przejść całą, trudną drogę do poznania prawdziwej siebie, by móc zrzucić zewnętrzna skorupę. 
W zasadzie jedyne zastrzeżenie, jakie mam, to sposób wydania. Książeczka ukazała się nakłądem Ludowej Spółdzielni Wydawniczej i nie zachwyca szatą graficzną, kompletny brak ilustracji (w dobie tylu "prężnie rysujących" świetnych ilustratorów książek dla dzieci!). Plus fatalna redakcja - literówki, niechlujstwo interpunkcyjne. rozumiem cięcie kosztów, ale bez przesady. Potrzebujecie tam w tej Spółdzielni korektora? Chętnie się zgłoszę. To że książka jest dla dzieci, nie znaczy, że nie trzeba o nie zadbać jak o sensownych czytelników.  

June 13, 2017

Fajne zdjęcia ślubne

Fajne zdjęcia ślubne

Zdj. iso.500px.com/

Do ślubu (po raz drugi) się nie wybieram, ale ostatnio przejrzałam kilka świetnych blogów i stron poświęconych fotografii weselnej, bardzo trudnej, bo w większości mega oklepanej. Płakać mi się chce na widok fotografii studyjnej z pozami na tle wozu Drzymały. Na szczęście twórczych ludzi nie brakuje, czego poniższe fotografie są tego dowodem. 

Zdj. bajkowesluby.pl

Zdj. fabrykakreatywna.pl/

lmfoto.pl

kamilapiech.com

anitasuchocka.com


May 23, 2017

Kids & fields. Jak robić zdjęcia dzieciom?

Kids & fields. Jak robić zdjęcia dzieciom?


Dziś podzielę się z Wami moim doświadczeniem w temacie robienia zdjęć dzieciom. Wcale nie musicie zamawiać drogich sesji u mniej lub bardziej znanych fotografów. Oto czego nauczyłam się w ciągu ośmiu lat robienia zdjęć mojej córce i synowi. Bardzo rzadko pokazuję zdjęcia swoich dzieci w sieci (od czasów mojego poprzedniego bloga praktycznie wcale), ale dziś zrobię wyjątek. Kto ma dziecko i ma aparat, i chciałby te dwa elementy połączyć w całość - zapraszam do lektury. Ach, i nie, nie uważam, że to najlepsze zdjęcia na świecie. 

1. Nie myśl o tym, by zrobić piękne zdjęcie. Raczej wybierz piękne miejsce, najlepiej gdzieś na łonie natury (maj jest idealny - rzepak, młode zboża, za moment czerwiec i łąki pełne maków). Osobiście nie przepadam za sesjami w studiu. Natura jest niezwykle wdzięcznym tłem dla milusińskich, bo oni się na jej łonie zwyczajnie bawią. Ganiają, śmieją, biegają. Co jest twoim zadaniem? Bawić się z nimi, rozmawiać i od czasu do nacisnąć spust migawki. Podglądaj je przez wizjer. Niech zdjęcie będzie "przy okazji" fajnego wypadu w ładne miejsce. 
2. Nie musisz posiadać najlepszego aparatu na świecie. W przypadku dzieci kluczowe jest tylko jedno kryterium - musi być szybki. Ostrość nie może ustawiać się kilka sekund, bo wtedy "moment" przejdzie koło nosa. To nie pejzaż i nie martwa natura. Migawka i trzask! Bez czekania. Ja robię od kilku lat zdjęcia Nikonem D5100 i używam najczęściej obiektywu Nikkor 55-300mm. 


3. Nie zmuszaj dzieci do pozowania. Fotografie pod tytułem "A teraz, Jasiu uśmiechnij się ładnie" są zazwyczaj rozpaczliwe. Pozwól dzieciom być sobą. Zdjęcie jest dla dzieci, a nie dzieci dla zdjęcia. Atmosfera musi być luźna, niewymuszona. Tylko wtedy będzie widać jakiś kawałek osobowości twojego dziecka. Ja uwielbiam foty z rozwianym włosem. Bo taka właśnie jest Hania. Struś Pędziwiatr. 


4. Pamiętaj, że fotografia to malowanie światłem. Nie ma dobrego światła, nie ma dobrego zdjęcia. Dlatego nigdy przenigdy nie rób zdjęć w samo południe. Nie dlatego, że przyjdzie Gary Cooper i zrobi porządek, ale dlatego, że wysokie słońce daje matowe światło, które spłaszcza obraz. Zdjęcia robimy rano lub po południu. Idealna jest "złota godzina", kiedy promienie kładą się równolegle do ziemi. Świetne jest też zachmurzone niebo - nie, nie będzie ponuro! Chmury rozpraszają światło i zdjęcie jest fantastycznie miękkie. Staraj się też, by model nie stał bezpośrednio w świetle, bo wtedy powstaje duży kontrast pomiędzy rozjaśnieniami a głębokimi cieniami, co sprawia, że tracimy detale. 

5. To ma być przyjemność dla obu stron. Jak ktoś nie chce, żeby mu robić zdjęcia, bo woli leżeć w trawie, uszanuj to. 



6. Unikaj bałaganu. Skoro chcesz, by na zdjęciu było twoje dziecko, unikaj rozpraszania uwagi. Czyli jednolite tło. Jak łąka, to łąka. Jak drzwi stodoły, to drzwi stodoły. Najgorzej jak widać dziecko w środku wszystkiego i nie wiadomo, na czym skupić uwagę. Ma ją przykuwać tylko ono. 

7. Uchwyć prawdę. Jeśli twoje dziecko ma niesforny kosmyk nad czołem - zostaw, nie wygładzaj. Pomyśl, co twoje dziecko lubi robić? Może kopać piłkę? Albo robić babki z piasku?Albo puszczać bańki? Pokaż je w tej czynności, w której zatańczą mu w oczach iskry. To o nie chodzi!
8. Zejdź niżej. I jeszcze niżej. Tak, tak jest dobrze. Czyli na kolana lub w kucki. Po co? Obiektyw ma być na wysokości buzi dziecka, nie chcemy patrzeć na nie z góry zniekształcając obraz. Dzieci są mniejsze, trzeba się pochylić. 
9. W fotografii portretowej najważniejsze są...oczy! 


10. Nabierz dystansu do swoich prac. Twoje dzieci są najpiękniejsze...tylko dla ciebie. Może babci i dziadka. I ulubionej cioci. Nikt nie zachwyci się twoim zdjęciem, tylko dlatego, że jest na nim twoje dziecko. Pamiętaj o tym. Dlatego selekcjonuj foty, naucz się bez sentymentu usuwać nieudane zdjęcia, zapewniam, że nie wrócisz do nich nigdy. I praktykuj. Codziennie. Powyższą sesję zrobiłam w 15 minut.  (Siedem lat temu motałabym się z aparatem po polu z godzinę;-)) Wykonałam ok. 200 zdjęć, z czego 150 poszło do kosza. 
11. Do podstawowej  obróbki zdjęć wystarczy program Photoscape. Nie trzeba znać Photoshopa. 






P.S. Polecam książkę "Mamarazzi. Fotografowanie dzieci" Stacy Wasmuth. 

May 21, 2017

Dmuchawce, latawce...

Dmuchawce, latawce...
"Some see a weed,
some see a wish...."








May 20, 2017

Cisza

Cisza
"Człowiek przez całe swoje życie paple. I wygaduje tyle różnych bzdur... Muszę wziąć przykład z Indian - mniej słów, a więcej znaczących dźwięków, których nie słychać. Więcej ciszy... która mówi.

MORAŁ:
Słuchajcie ciszy...
Usłyszycie Mądrość.
...Odnajdziecie Spokój.
Właściwy dystans do spraw,
ludzi i przedmiotów.
Znajdziecie czas,
którego Wam brakowało.
Słuchajcie ciszy.
I mówcie ciszej.
Ciii...
Sza!"

Wojciech Cejrowski/ Gringo wśród dzikich plemion


Można rzec, że niewiele rzeczy w życiu mi brakuje. W obliczu większości ludzi na świecie mam wszystko. Dach nad głową, ciepłą wodę w kranie, wygodne łóżko. Mam też stałą pracę, kilka par spodni a nawet auto. Do tego rodzinę, przyjaciół i szereg znajomych. Nie jestem chora, mam czas na popołudnia z dziećmi i czytanie książek. Jestem wielką szczęściarą, mam tego świadomość i codziennie staram się być za to wszystko wdzięczna. Na co zatem może narzekać biała kobieta z klasy średniej w cywilizowanym kraju europejskim (mimo wszystko JEST cywilizowany, ostatnio może mniej, ale to minie jak katar)? Nie, nie na żaden brak materialny, chociaż nie mam domu z basenem, ani w ogóle nawet  domu, nie mam koszulek Ralpha Laurena i ani jednego pierścionka z diamentem. Jedyne,co mnie martwi czasem, a czego nie mam, to cisza. To jest coś, za czym zdecydowanie tęsknię. Przypomniał mi się pewien wywiad z Wisławą Szymborską (bardzo chciałam go dla was w sieci znaleźć i podlinkować, ale mi się nie udało) ,w którym mówiła ona, że wszystkiego jest teraz za dużo. Że gdyby się unieść nad powierzchnię planety, to hałas, zgiełk, łomot, paplanina dobiegające z dołu, byłaby nie do zniesienia.  Im jestem starsza, tym bardziej to rozumiem.  I dlatego nie ma mnie dziś na Targach Książki w Warszawie, choć zapisane od tygodni w kalendarzu. Ale....no właśnie za dużo.  Za dużo ludzi, za dużo spotkań, stoisk i książek, które wypadałoby mieć, przejrzeć, znać. Coraz gorzej znoszę takie eventy. Pomimo ich oczywistej społecznej użyteczności i bogatej oferty mózg stymulującej. Zabieram dziś książkę zwyczajnie do parku. 
Tym to przydługim wstępem przystępuję do polecenia wam książki o ciszy właśnie. "Cisza. Opowieść o tym, dlaczego straciliśmy umiejętność przebywania w ciszy i jak ją odzyskać" to niezbyt długie dzieło norweskiego podróżnika i myśliciela Erlinga Kagge (Duńczycy mają hygge, Norwedzy ciszę?).  To jego osobiste refleksje na temat ciszy, zarówno tej, której doświadczył w czasie samotnej wyprawy na biegun południowy, podczas której przez 50 dni z nikim nie rozmawiał, jak i tej, którą mamy w sobie, nawet gdy wokół wrzawa. Czym jest cisza? Gdzie ją znaleźć? Dlaczego jest ona współcześnie taka ważna? Na te trzy pytania kluczowe Kagge odpowiada w kilku krótkich rozdziałach, przytaczając także rozważania znanych filozofów. W świecie, w którym odurzamy się dźwiękiem, zagłuszamy szumem radia, komputera, telewizora, odtwarzaczy muzyki, jest towarem deficytowym (dlatego są miejsca, które już na ciszy robią biznes - jest coraz więcej chętnych, którzy za duże pieniądze zamykają się na kilkadziesiąt minut w dźwiękoszczelnych pomieszczeniach). A przecież to w ciszy możemy odnaleźć drogę do siebie (tak, słyszę, jak to brzmi), zebrać myśli, odpocząć, porozmawiać, być. Hałas narusza nasz system nerwowy, który nie został skonstruowany do przebywania w głośnych miejscach cały dzień.  
Książka Kagge jest bardzo refleksyjna, nienachalna, a do tego choć z filozoficznym zacięciem (Kygge studiował filozofię na Oxfordzie), to bardzo prosta. Nie ma tam recepty, jak znaleźć w życiu spokój, ale lektura książka zatrzymuje w miejscu. Cisza w środku nas jest wartością samą w sobie i można się jej nauczyć. I pięknie wydana. Cisza kosmiczna na okładce mieni się blaskiem niemych gwiazd. 

Wydawnictwu Muza serdecznie dziękuję za egzemplarz książki! 

P.S. W najnowszym numerze "Polityki" rozmowa z autorem o wyprawie po ciszę. TUTAJ. 

May 17, 2017

Dziś nietypowo. O szkole.

Dziś nietypowo. O szkole.


Kilka słów o edukacji z punktu widzenia nauczyciela i rodzica. Przepraszam, że nie o kulturze, ale nie mam gdzie tego z siebie wylać. 

Im bardziej zbliża się kolejny pierwszy września, tym większy czuję uścisk w żołądku. (A jeszcze nawet nie było tegorocznych wakacji!) Zaczynałam pracę w szkole z naiwną wiarą, że zmienię świat. Serio. Że w ciągu kilku lat uda się mnie i mnie podobnym rozbić beton. Oczywiście nie udało się, od walenia głową w mur zostały tylko boleści. Tymczasem w ścianie przede mną nie pojawiła się nawet rysa. Stąd dylemat, czy w ogóle powinnam kontynuować tę przedziwną przygodę. Coraz mniej chęci, coraz więcej frustracji. Czy sfrustrowany człowiek powinien pracować z dziećmi?

Na zdj. Tom Berenger (love!!!) w filmie "Belfer".

Gdybym miała magiczną różdżkę, co bym zmieniła? Czy wszystko? Nie. Ale naprawdę wierzę, że można poprawić jakość polskiej szkoły przy pomocy kilku bardzo prostych pomysłów. I obecna reforma nie jest jednym z nich. Ktokolwiek w nią wierzy, jest zwyczajnie głupi. 
Po pierwsze należy zmniejszyć ilość dzieci w klasach. Co prawda na różnej maści szkoleniach nieustanne przedstawia mi się wyniki jakichś badań, z których niby wynika, że liczba dzieci w klasie nie ma znaczenia. Że nieważne, czy jest ich 35, czy 12. Zawsze rozglądam się wtedy wokół siebie i sprawdzam, czy inni słyszą to samo co ja. Bo jak to nie ma znaczenia? Uczę prawie 15 lat i wiem, naprawdę w i e m, jak pracuje mi się z garstką, a jak z kilkudziesięcioosobowym zespołem. W dużej klasie do listopada uczę się imion, nie ma mowy o indywidualizacji pracy, bo poznanie wychowanków zajmuje mi prawie rok. Buzie bledną w wielkim, anonimowym tłumie.
Po drugie – jako nauczyciel nie mam wsparcia w zasadzie w żadnej instytucji. Gdzieś w szumnych hasłach o integracji, wyrównywaniu szans, wychowaniu i odpowiedzialności zniknął dom rodzinny wszystkich tych dzieci. I znów - po 15 latach wiem, w i e m, że nie da się w ciągu 45 minut wychować cudzego dziecka. Nie da się młodego człowieka oddać do szkoły i oczekiwać, że sklei ona gotowi „produkt” na taśmie i odda go do użytku. To tak nie działa. Nie wierzę w żadne wyrównywanie szans, to mamienie oczu wszystkim dookoła, zwłaszcza tym, którzy nie lubią myśleć i brać odpowiedzialności za wychowanie własnych dzieci i którzy są gotowi uwierzyć w jakąś cudowną instrukcję obsługi człowieka, którą szkoła podobno ma w posiadaniu. Otóż nie ma. I niemożliwe jest wymaganie od jednego człowieka, by zapanował nad procesem dydaktycznym, gdy w klasie ma na przykład dziecko z autyzmem, które pół lekcji krzyczy, drugie pół turla się po dywanie, dziecko z nadpobudliwością, które hałasujący na dywanie kolega rozprasza do kwadratu i jeszcze pozostałe dzieci, którym wypadałoby przedstawić materiał z lekcji, pobawić się z nimi w ramach nauki, ale wolą patrzeć na dywanowe harce chłopca z ławki obok. To przykład z moich zajęć. Jak to ogarnąć? Jak pracować na trzech frontach i jednocześnie realizować podstawę programową, za która ściga niemiłosiernie kuratorium? Zatem życie swoje i papiery swoje – bo w chwili obecnej znacznie ważniejsza jest dobrze opisana lekcja, a nie dobrze przeprowadzona lekcja.

Na zdj. Cameron Diaz w filmie "The Teacher"

Po trzecie – zamiast w kółko reformować, przelewać z pustego w próżne (Och, jak lubię, gdy MEN skupia się tak drobiazgowo na nomenklaturze - czy to jest takie ważne, jak nazywa się ocena? Mierna czy dopuszczająca? Czy to są sprawy, nad którymi trzeba debatować nieustannie i tracić czas cenny?), może lepiej skupić się na tym, jak dzieci się uczą? Może trzeba zaopatrzyć szkoły w laboratoria, mikroskopy, dać im pieniądze na szklarnie, eksperymenty, czy chociaż kserografy w każdym pokoju nauczycielskim? Może w ogóle trzeba z tymi dziećmi wyjść ze szkoły? Dać im komputery, tablice interaktywne i tablety, by im pokazać, że nie tylko do gier służą? Istotna wydaje mi się także decentralizacja  - jedynie słuszna linia nie może sprawdzać się jednakowo dobrze w Warszawie i w Pcimiu Dolnym. Nauczyciel ma właściwie zerowy margines na to, by dobierać treści do swojej klasy. Po wyrobieniu normy z podstawy programowej, zostaje tyle, co kot napłakał. Ważna wydaje mi się niezwykle ta wolność tworzenia lekcji, ta możliwość, by w każdej chwili można było iść nie do sali, tylko do lasu i tam omawiać Kochanowskiego czy ułamki. Szkoła powinna być miejscem, gdzie dziecko jest zaskakiwane, gdzie otwiera się przed nim świat, gdzie zwyczajnie nie ma miejsca na nudę.
Po czwarte  - dyscyplina, kochani. Nie mam żadnego, absolutnie żadnego narzędzia, by ukarać ucznia. Nie laniem w  przysłowiową mordę, choć wierzcie mi, że są tacy, którym naprawdę by się przydało (morze, ogromne morze chamstwa wlało się do szkoły, wlewa nadal i śmierdzi szambem) na otrzeźwienie, ale kary najprostsze i najbardziej dotkliwe dla ucznia - czyli stara, dobra "koza" oraz amerykańskie, cudne "suspension" (zawieszenie w prawach ucznia bez prawa przychodzenia do szkoły). "Koza", realne zagrożenie zostania w szkole do 17 i odrabiania dodatkowych zadań to coś, czego chciałby uniknąć każdy uczeń. Nawet za cenę bycia w miarę spokojnym i w miarę kulturalnym. Tylko tyle i aż tyle. Zawieszenie byłoby już większym problemem dla rodziców, których spora część oczyściła się z odpowiedzialności za potomstwo. Gdyby musieli wziąć urlop, bo nie byłoby co z dzieckiem zrobić przez tydzień lub dwa - w try miga pomogliby gagatka postawić do pionu. A tak filozofia, że każdemu się wszystko należy, że szkoła musi, doprowadziła nas do zguby. Nauka powinna być przywilejem. Bo tylko przywileje się szanuje. 
Na zdj. Michelle Pfeiffer w filmie "Dangerous minds" 

Wreszcie po piąte - szkołę powinni opuścić wszyscy ci, którzy nie powinni w niej pracować. Wiąże się to z likwidacją Karty Nauczyciela i to co piszę, nie jest popularne w moim środowisku, ale trudno. W żadnym zawodzie nie powinni pracować ludzie, którzy się zwyczajnie tego nie nadają. Nie wnikam w okoliczności, które sprawiły, że ludzie wylądowali w szkole i utknęli w niej na lata. Jeśli nie lubisz swojej pracy, jeśli nie lubisz dzieci – odejdź. (Sama niebezpiecznie zbliżam się do limitu wytrzymałości  tym systemie). 
Moja córka jest uczennicą drugiej klasy szkoły podstawowej. Ma to szczęście, że jej wychowawczyni to człowiek z pasją i dzięki temu dziecko biegnie do swojego siermiężnego budynku w podskokach. To nic, że nie wiedziała, jak spuszczać wodę w toalecie, która pamięta Edwarda Gierka, bo wystraszyła się łańcucha, za który trzeba było pociągnąć i to nic, że nie może wejść po schodach na górę dopóty, dopóki nie zbiegnie z niech stado rozszalałych chłopców z klas szóstych, bo klasy młodsze nie mają zajęć w oddzielnej części budynku. Chce iść na lekcje. Bo są ciekawe, zabawne i mądre. Ale nie chce iść na świetlicę – ciemne pomieszczenie w szkolnej piwnicy z niewielkimi okratowanymi oknami. Panuje tam niemiłosierny ścisk i hałas i wszystko można powiedzieć o tym miejscu, tylko nie to, że to miejsce  na odpoczynek po zajęciach. Chodzi tam, bo musi. Ale inne mam wyobrażenie świetlicy, która jest piętą Achillesową większości szkół w tym kraju.

Wreszcie po szóste – jak już zrobimy selekcję pedagogów, zapłaćmy im. Przywróćmy wysoki społeczny status tego zawodu. Niech nam zazdroszczą, niech marzą, by zostać nauczycielem. 

;-)

May 15, 2017

M is for Michelle. Michelle Williams.

M is for Michelle. Michelle Williams.
Zdj. z francuskiego Elle. 

Od lat moja ulubiona aktorka. Pierwszy raz zobaczyłam ją w serialu "Jezioro marzeń", w którym grała Jen, doświadczoną dziewczynę z wielkiego miasta, która przybywa do miasteczka Dawson i tam wchodzi w relacje z rówieśnikami (w serialu tym, w równorzędnej roli, zaczynała karierę także Katie Holmes). Sam serial bardzo lubiłam, był rewersem "Beverly Hills 90210" , w którym wszyscy byli piękni i bardzo bogaci. Tu było o normalnym życiu nastolatków. Ale jeszcze wtedy nie byłam fanką Michelle.
Zwrot nastąpił po obejrzeniu filmów "Wendy i Lucy" i "Drogi Osamo". Wydały mi się niezwykle interesujące, sam pomysł, by w nich zagrać, choć nie były blockbusterami, od młodziutkiej aktorki wymagał na pewno nie lada odwagi. A potem było już tylko lepiej. Dziś zrobiłam listę pięciu, które uważam za najciekawsze. I specjalnie wybrałam te, których, być może, nie znacie. A warto. 

5. Mamut, reż. Lukas Moodyson
Leo i Ellen pochłonięci pracą tracą czas dla siebie i swojej córki. Ale to tylko jeden z wątków, bo całość jest wieloaspektowa, interkontynentalna, w duchu "Babel" Inarritu. 


4. Wendy i Lucy, reż. Kelly Reichardt
Młoda dziewczyna chce dotrzeć na Alaskę.Lucy to jej ukochany pies. Niezwykła podróż przez Amerykę i w głąb siebie. 


3. Meek's Cutoff, rez. Kelly Reihardt
Western. Ale nie w stylu "Rio Bravo". Trzy małżeństwa błądzą po pustyni w stanie Oregon. Tylko jeden człowiek zdaje się wiedzieć,dokąd poprowadzić resztę. Frapujące. 


2. Francuska suita, reż. Saul Dibb
Michelle i Matthias Schoenaerts w jednym filmie. Muszę dodawać więcej? Pisałam o nim TUTAJ


1. Take This Waltz, reż. Sarah Polley
Margot jest znudzona mężem, dlatego z miejsca zakochuje się w Danielu, który nagle pojawia się na horyzoncie. Piękny.


P.S. W 2018 na ekrany wejdzie film, w którym Michelle gra Janis Joplin. Trę piętami. :-)

May 03, 2017

10 powodów, dla których warto obejrzeć serial "Most nad Sundem"

10 powodów, dla których warto obejrzeć serial "Most nad Sundem"


1. To serial duńko-szwedzki. Skandynawowie są mistrzami w budowaniu ciężkiego klimatu dobrego kryminału. Kto oglądał "Forbrydelsen" (amerykańska wersja to "The Killing"), ten wie - zresztą "Most nad Sundem" ma wersję za oceanem również, czyli "The Bridge" z Diane Kruger oraz wersję francusko-angielską pod tytułem "The Tunnel". Całość zaczyna się od duńsko-szwedzkiego trupa (dosłownie, bo góra ciała szwedzka, a dół duński) na moście nad cieśniną Sund. Śledztwo prowadzi policjantka z Malmo i policjant z Kopenhagi. 
2. Powód drugi to właśnie główna para śledczych. Ona z Aspergerem, nie umie odczytywać emocji, jest świetnym detektywem, on zaplątany prywatnie na supeł, poczciwy i dobroduszny. Pełni uszczypliwości wobec siebie (które podkreślają różnice między narodami), ale również sympatii i wsparcia. 
3. Tu nie chodzi tylko o trupa, kto zabił, kto uciekł. O to też, ale to jest serial z Północy, zatem na każdym kroku podkreśla się tu ważne problemy społeczne - równość wobec prawa, sprawiedliwość, uchodźców, bezdomnych, bioterroryzm (druga seria). 
4. Chłód. Kolory, wnętrza, pogoda. Skandynawia w tym serialu daleka jest od naszych o niej wyobrażeń. Żadnych zorzy, uroczych plaż, cynamonowych bułeczek. Zero hygge. Ciągle pada, ciągle jest mroczno, zawiewa śniegiem, a ludzie są skryci, zamknięci w sobie, mało wylewni. Dużo emocji trzyma się tu pod skórą (więc nie mam pojęcia, jak się udało ten klimat przekalkować do wersji amerykańskiej, gdzie całość dzieje się na granicy amerykańsko - meksykańskiej). 
5.Nie ma dynamicznej akcji. Nic nie wybucha. Nie ma pościgów, strzelanin. Wszystko toczy się powoli, zapewne jak w prawdziwym śledztwie, gdzie do sedna dochodzi się z mozołem i bez fajerwerków. Męka policjantów jest naszą męką, bo bardzo chcemy, żeby już odkryli co i jak. I dlatego nie sposób poprzestać na jednym odcinku. A ni na dwóch. "Most nad Sundem" ogląda się na wdechu ciurkiem. 
6. Sam most jest nie lada filmową atrakcją. Filmowany z każdej strony, z samochodu, z pociągu. Jest zabójczo piękny. Mój Tata często nim jeździ i zawsze jest pełen ochów i achów (także dla ceny, jest cholernie drogi). Most ma tu też wielkie znaczenie metaforyczne. 


7. Piosenka z początkowych i końcowych napisów i niesamowity Choir of Young Believers:

8. Sofia Helin. Szwedzka aktorka gra detektyw Sagę Noren i jej jasna uroda, świetnie zagrany brak uczuć jest nie do podrobienia. Saga nie ma rodziny, przyjaciół, faceta. Żyje tylko pracą. 


9. Logika. Wszystko tu się układa w całość kawałek po kawałku. Jak puzzle. Żadnego deus ex machina. 
10. Właśnie leci trzeci sezon. Zatem przyjemności z oglądania jest przed Wami całkiem, całkiem sporo. 

April 30, 2017

Climax Blues Band i inne hity...

Climax Blues Band i inne hity...
...z serialu "Rozwód". Na majówkę coś dla ucha. Na pierwszy ogień one hit wonder z piosenką "Couldn't get it right", której słucham non stop ostatnio.


Gotye:



April Wine:



Little River Band:



Linda Ronstadt:


Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger