02 December 2016

Downton Abbey


Soap opera w edwardiańskich kostiumach. Jeden z najdroższych seriali w brytyjskiej telewizji. Wdzięk Jane Austen i humor a la Jerome Jerome. Wszystko w jednym. Plus angielski skarb narodowy, czyli Maggie Smith. Wspaniały, błyskotliwy serial o ludziach z upstairs i downstairs, czyli Downton Abbey. Tak, pewnie już dawno go widzieliście i ten post jest jak musztarda po obiedzie, ale tym, którzy może przypadkiem jeszcze nie zdążyli, gorąco polecam. Pomysłodawca i twórca scenariusza  Julian Fellowes (obeznany w  temacie upper class i ich służby, bo swego czasu był scenarzystą kapitalnego Gosford Park Roberta Altmana) dał nam 18 postaci i dokonał niezwykle wnikliwej obserwacji każdej z ich. Żywa jest interakcja pomiędzy służbą a (jaśnie) państwem. 
Akcja zaczyna się w 1912 - w pierwszych minutach nasi bohaterowie dowiadują się o katastrofie Titanica, z której dla nich wszystkich pośrednio wypływają (nomen omen) skutki. Na statku giną bowiem spadkobiercy posiadłości, w której wszystko się rozgrywa (zdjęcia kręcono w posiadłości Highclere Castle, której właścicielem był lord Carnarvon - odkrywca grobu Tutenchamona, polecam TEN post Anny Marii z bloga "Backwards in high heels"). Lord Granthama ma bowiem trzy córki i według prawa nie mogą być one spadkobierczyniami zamku i fortuny. Przydałby się syn. Majątek ma przypaść dalekiemu, ubogiemu kuzynowi, który przybywa do posiadłości wraz ze swa matką. Sam Earl of Grantham zaczyna sobie zdawać sprawę ze zmieniających się gwałtownie czasów i obyczajów. Co z kolei dzieje się ku rozpaczy jego matki, autorki najbardziej znanego cytatu z tego serialu "What is a weekend?" (w tej roli Maggie Smith właśnie - na sfgate.com napisano o tej roli "delicius Dame Maggie Smith at her Dame Maggie Smithiest). 


Otóż ubogi krewny ma czelność - o zgrozo - pracować. Nieważne, że to kancelaria adwokacka.  Są kręgi w 1912, w których praca jest hańbą niemalże. Córki lorda chcą się natomiast uczyć i mają dość czekania na zamążpójście jako jedynego celu w życiu. Szybko uświadamiają sobie istnienie złotej klatki.  
Ale wielki dom to nie tylko upiornie bogaci właściciele, ale także liczna służba, harująca od rana do wieczora - pokojówki, lokaje, kucharze, kamerdyner, szofer i ochmistrzyni. Oni też mają troski, obawy i tajemnice. Kryją je przed sobą nawzajem i przed tymi na górze. Poza tym wiedzą o nich więcej niż tamci o nich. Każdy prowadzi tu jakąś mniej lub bardziej niewinną grę o przetrwanie. No i są pomiędzy nimi prawdziwi socjaliści, których zaczyna denerwować sztywny podział klas i szeregowanie na podstawie urodzenia. 
Serial jest rozkosznie angielski. Ogląda się tak jakby się czytało książkę - coś pomiędzy "Emmą" a "Małymi kobietkami". Intrygi, kłamstwa, kopanie dołków pod sobą - wszystkie ludzkie przywary w pięknych wnętrzach i z mimo wszystko z czułością. Tych ludzi da się lubić, prawie wszystkich. I to nie tylko tych biednych i ciężko pracujących. 
P.S. Warto zajrzeć też TU
P.P.S. A od jutra będę na dawać na Instagramie stąd:


25 November 2016

Światło między oceanami

Derek Cianfrance po raz kolejny udowadnia, że potrafi w absolutnie mistrzowski sposób upleść historię skomplikowanej miłości. Wątek i osnowa splatają się ze  sobą ciasno, dużo tu (emocjonalnych) supełków i węzełków. A wszystko w surowej scenerii maleńkiej wyspy, z której prosto w ołowiane niebo wyrasta latarnia morska. 
Prolog jest nieśpieszny.  Jest rok 1918. Tom Sherbourne (Michael Fassbender) właśnie wrócił z frontu świeżo zakończonej pierwszej wojny światowej. Walka w okopach dokonała spustoszenia we wnętrzu naszego bohatera i Sherbourne pragnie izolacji, samotności i ucieczki. Posada latarnika na odległej od głównego lądu wyspie Janus zdaje się niemal spadać z nieba. Mamy zatem raz po raz ujęcia fal z rykiem roztrzaskujących się o przybrzeżne skały, łoskot wichru wyjącego wokół latarni i wielkiego, szarego nieba nad pustką oceanu. Niespokojne morze jest odbiciem niespokojnego wnętrza Toma. Poza tym jest coś mistycznego w idei bycia latarnikiem. (To jeden z najpiękniejszych motywów w kulturze i jakaś moja własna, cicha tęsknota, by znaleźć się daleko od ludzi). 
Wtedy pojawia się Ona. Śliczna, ciemnooka, uśmiechająca się jednym z najpiękniejszych filmowych uśmiechów Isabel (w tej roli moja nowa ulubiona aktorka   - Szwedka Alicia Vikander). Uczucie, które zaczyna łączyć tych dwoje jest potężne i szczere (Poza tym, kto nie marzy o tym, by być kobietą, na którą mężczyzna patrzy tak jak Fassbender na Alicię, to ja go nie chcę znać ;-)). Ona wygładza jego kanty, on przemienia dziewczynę w kobietę. A potem okazuje się, że nie mogą mieć dzieci i że nie ma silniejszego instynktu niż instynkt macierzyński. Dlatego kiedy do brzegów wysepki dociera łódka, w której znajdują niemowlę, On pozwala Jej je przygarnąć i potraktować jak własne. Od tego momentu my widzowie wiemy, że zaczyna tykać zegar i klepsydra odmierzająca szczęście pary, przesypuje piasek. Ziarenko po ziarenku. Bezlitośnie. To szczęście, ta idylla, ta wizja rodziny z dala od wszelkiego zła tego świata będzie miała swój smutny kres. Bo co jeśli nasze szczęście budujemy na czyimś cierpieniu? 


Stylistyka filmu (na przykład skoki pomiędzy planem ogólnym a zbliżeniami i detalem)  co i rusz przypominała mi "Piknik pod Wisząca Skałą" Petera Weira. Także zmysłowością, tajemniczością. Zdjęcia Adama Arkapaw przywołują nazwisko Svena Nordqvista. Jest tu i surowość krajobrazu, ale bez rozmachu i zadęcia oraz intymny, piękny portret obu wiodących postaci. Całość spaja muzyka Alexandra Desplata (bezsprzecznie mój ulubiony kompozytor ostatnich lat), która potęguje,wzbogaca romantyzm całego obrazu. Piękne, fortepianowe kawałki korespondują z religijnym, moralnym aspektem całej akcji, podkreślają udręczanie głównego bohatera, jego stan duchowy na granicy samospalenia.
Fassbender po raz kolejny odkrywa przed nami swój bezgraniczny chyba talent. Jego Tom miota się pomiędzy bezradnością a nadzieją, wierzymy mu, współczujemy i rozumiemy. Vikander zaś jako młoda kobieta, która nie umie, nie chce ujarzmić pragnienia posiadania dziecka jest do nie opisania cudowna. Ci aktorzy unoszą tę historię wyżej niż kategoria "melodramat". 
"Światło między oceanami" to wzruszająca (nawet rzekłabym, że czułam się jako widz mocno zmanipulowana do płakania) opowieść o potępieniu i wybaczeniu. To wybaczenie okazuje się być tytułowym światłem. Choć sama historia nie ma - jednak - aż takiej siły rażenia jak historia rozpadającego się małżeństwa w "Blue Valentine" tego samego reżysera. Tu wszystko jest raczej przewidywalne, nie zaskakuje nas ten film. Oczywiście, że warto, pomimo tego. 

22 November 2016

Najlepiej w życiu ma twój kot. Listy.

Tego w wierszach Szymborskiej nie ma - takiej frywolności stylu, takiej lekkości bytu i unoszenia się nad ziemią ze szczęścia. Korespondencja między Noblistką a Filipowiczem jest, chciałoby się rzec, przeurocza. Ale to prawda. Nie ma tu cienia infantylizmu, żadnych "dzióbków" i "serdeniek", ale jest to bardzo swobodna wymiana myśli i uczuć ludzi, którzy nadają na tych samych falach, "cwałują obok siebie" - jak określiła to sama poetka w telewizyjnym wywiadzie. Czy można w 2016 "cwałować obok siebie"na fejsiku? Pozwolicie, że pozostawię bez odpowiedzi to pytanie. 
Wisława Szymborska i Kornel Filipowicz nigdy razem nie mieszkali. Ale przez ponad dwadzieścia lat tworzyli bardzo mocno związaną ze sobą parę, udowadniając, że tym, co nas łączy z drugim człowiekiem, nie jest wspólny adres. Poznali się w latach 40., ale ich związek zaczął się rozwijać dopiero w drugiej połowie lat 60. Byli za sobą do czasu śmierci Filipowicza w 1990r. Przez te lata wymienili ze sobą setki listów - często bywali osobno. Ona w sanatorium, on na rybach

 ("Panie Filipowicz! Osoba, z którą się Pan zadajesz, to nawet nie wie, gdzie ryba ma głowę, a gdzie ogon. Zastanóf się Pan, czy taka znajomość nie kąpromituje uczciwego rybaka. Przyjaciel)

w rozjazdach, odjazdach, na spotkaniach tu i tam. Stąd ta korespondencja. Zabawna, inteligentna, mądra, z głębi serca. Listy są uzupełnione o wyklejanki i wycinanki oraz rysunki i komiksy. Ironiczne i purnonsensowe - oboje byli fanami purnonsensu. W listach często też wcielali się w wymyślone przez siebie postaci - ona była hrabiną Lanckorońską a on wypełniającym jej rozkazy Eustachym Pobóg-Tulczyńskim. 

"Droga Wisławo!

Proszę o możliwie szybką odpowiedź: czy będziesz ze mną chodziła
na piwo do Gospody Zamkowej? Nadszedł właśnie transport
piwa butelkowego, pełnego. Niestety schody prowadzące do lokalu
są fatalnie oblodzone, co daje się we znaki zwłaszcza przy opuszczaniu
Gospody Zamkowej!
Uściski – K."


Żal ściska, że dziś już nikt tak nie pisze, że po nas zostaną tylko bezduszne cyfrowe hałdy. Żal, że nikt już nie jeździ zwyczajnie powędkować i pomieszkać pod namiotem, tylko wszyscy ten Egipt i ta Costa Brava. Z drugiej strony zastanawiam się cały czas, czy to jest to, czego chciałaby sama Szymborska, która tak chroniła swoją prywatność. Nie wylewała z siebie opowieści o swojej miłości i życiu osobistym do gazet.To było coś najdroższego, tylko ICH, nie na sprzedaż. O wielkiej stracie, jaką byłą śmierć Filipowicza, mówił wiersz "Kot w pustym mieszkaniu" (o tym, notabene słynnym, kocie sporo w ogóle w listach).  Teraz mamy ten skarb, tę miłość, te listy w postaci książki. Czy zasłużyliśmy? Co z tym zrobimy? Upchniemy w tym samym rzędzie, w którym jest Kim Kardashian i Kanye West? 

Zdj. z Wysokich Obcasów