March 30, 2017

Misty Copeland

Misty Copeland
Członkini American Ballet Theatre. Pierwsza w 75-letniej historii tego zespołu Afroamerykanka, która została primabaleriną. Cudowne dziecko z baletu, które z baletem nie miało nic wspólnego aż do 13 roku życia. 
Rok temu wzięła udział w pięknej sesji dla magazynu Harper's Bazaar, w której fotografowie Ken Browar i Deborah Ory odtworzyli znane obrazy Edgara Degasa z Misty w roli głównej. Już dawno miałam Wam je pokazać, ale ciągle coś. :-)

Zdjęcia z Pinterst:







Plus filmik z tej sesji:

March 29, 2017

Jak się kochają w niższych sferach?

Jak się kochają w niższych sferach?
Jakiś czas temu zabrałam męża do teatru. Ponieważ wiem, że nie znosi umartwiania się na scenie, w grę nie wchodziło nic dramatycznego, jedynie komedia. Padło na spektakl "Jak się kochają w niższych sferach?" wystawiany przez warszawski Teatr Kamienica, należący do aktora Emiliana Kamińskiego. 


I, niestety, jestem zawiedziona. Zawiedziona, bo współczesne sztuki są teraz robione jakby na jedno kopyto, jakby z jednej fabryki wyjeżdżały. Ma być głównie niezobowiązująco. Ale nie powinno być na tyle, że już w szatni, gdy odbierałam płaszcz, ledwo pamiętałam, co widziałam. Bohaterowie nic a nic mnie obeszli. Zagrani byli przez świetnych, znanych artystów - był i Rafał Królikowski, i Piotr Polk, i Grażyna Wolszczak. Ale nie było chemii. I już. 
"Jak się kochają w niższych sferach" jest angielską komedią omyłek. Jej autorem jest Alan Ayckbourn, niezwykle płodny komediopisarz. Imponująca liczba tekstów (75!) siłą rzeczy mówi, że nie wszystkie są równie błyskotliwe. Ten był raczej ledwo ciepły, ze zdecydowanie żwawszą częścią drugą. 
Najciekawsze było rozwiązanie miejsca akcji - trzy pary, dwa domy, ale jedna scena. Czasem rzeczy działy się w dwóch domach własnie, ale przy jednym stole na scenie, w dwóch różnych planach czasowych. Wymagało to żonglerki uwagą zarówno od aktorów, jak i od widzów. I to sceny przy stole należały do najlepszych. 
Całość traktowała o miłości i zdradzie - są to tematy stare jak literatura, trudno tu o coś zaskakującego, ale wolę zdecydowanie dowcip nie wprost. Tym bardziej nie rozumiem peanów zachwytu nad tym spektaklem, bo zanim kupiłam bilety, przeczytałam stos hiper pozytywnych recenzji. Oczywiście może oznaczać to, że jestem malkontentem, jakich mało, ale może też, że sztuka nie jest jednak aż taka wspaniała. Kilka razy zwyczajnie się nudziłam. 

March 27, 2017

Irena Tuwim. Nie umarłam z miłości. Biografia.

Irena Tuwim. Nie umarłam z miłości. Biografia.

Na drugim roku polonistyki z wypiekami na twarzy biegałam na zajęcia z dwudziestolecia międzywojennego. Cały jeden semestr poświęcony było Skamandrytom, a konwersatorium prowadził doktor, który znał osobiście Iwaszkiewicza i nawet przez płot na Stawisku skakał, by poecie pokazać swoje własne wiersze. Dlatego ten świat jest mi tak bliski. 
Kilkanaście dni temu ukazała się książka Anny Augustyniak (której serdecznie dziękuję za propozycję przeczytania książki) o siostrze Juliana Tuwima - Irenie.Nie jest to opowieść o życiu w cieniu wielkiego, starszego brata. To opowieść o niezwykłej kobiecie, jaką była Irena Tuwim, pisarka i tłumaczka, o rodzinie Tuwimów i o niezwykłej, pięknej więzi z "Julkiem". 
Książka zaczyna się na cmentarzu. Jest tuż po wojnie i rodzeństwo wymienia między sobą listy dotyczące pochówku zamordowanej przez hitlerowców w 1942r. matki (była pacjentką szpitala psychiatrycznego  w Otwocku, wyrzucono ją na bruk przez okno). W chwili jej śmierci żadnego z dwójki dzieci nie było wtedy w Polsce - gnani strachem o własne życie uciekli na Zachód, nie mogąc zabrać Adeli Tuwimowej ze sobą. Do końca życia i Julian, i Irena żyli w głębokim poczuciu winy. Choć relację córki z matką trudno nazwać ciepłą. Adela, zanim pogrążyła się depresji i chorobie psychicznej, hołubiła syna. Małą Irką zajmowała się służąca Antosia Rokosik, która w łódzkim domu Tuwimów dowodziła i pełniła funkcję pokojówki, piastunki i kucharki. Atmosfera przy pasażu Szulca 5 pod numerem 13 była raczej zimna. Sama Łodź w tamtym okresie nie była przyjaznym miastem - okopcona, brudna, rozjaśniania wybuchającymi co noc pożarami. Ojciec pogrążony w książkach zajmował się głównie wspominaniem minionych lat młodości i podróży, matka - trwogą przed tym, co może nadejść. Obydwoje byli zasymilowanymi Żydami. Już dziadkowie Ireny i Juliana czuli się Polakami, oni sami nie będą znali ani słowa w jidysz. 
Kiedy opuszczają rodzinne strony i przeprowadzają się do Warszawy - Julian zaczyna od razu odnosić wielkie sukcesy. Jego debiutancki tomik "Czyhając na Boga" jest cytowany przez większość młodych warszawiaków. Ale nikt nie cieszył się z tych laurów, które spłynęły na niego bardziej niż Irena. 
Pozostają ze sobą w bliskim kontakcie, pomimo iż każde z nich dosyć szybko żeni się i wychodzi za mąż. Mieszkają w stolicy, widują się niemal codziennie. Kiedy się nie widzą - piszą do siebie listy. 
Irena pisze wiersze, wydaje u Mortkowicza (jeśli nie znacie historii tej niezwykłej rodziny wydawców, polecam gorąco książkę Joanny Olczak Ronikier "W ogrodzie pamięci"). I tłumaczy. Z angielskiego i rosyjskiego. To Irenie Tuwim zawdzięczamy kongenialny przekład "Kubusia Puchatka", którego w zasadzie jest jakby współautorką - oryginał tekstu Milne'a nie jest możliwy do dosłownego tłumaczenia ze względu na niuanse językowe (za pierwszym razem Irena odmówiła nawet wzięcia się za te robotę). Jej  są powiedzenia, które weszły na stałe do naszego języka - "małe co nieco", "Las Stumilowy". Nawet sam Kubuś jest w oryginale przecież dziewczynka - Winnie. Oprócz Kubusia Tuwim przetłumaczyła także "Mary Poppins", "Szczęśliwego księcia", "Pięcioro dzieci i coś". Sztandarowe nazwiska autorów literatury dla dzieci - Travers, Norton, Nesbit - przechodziły przez ręce Ireny.
Jej twórczość osobista w miarę upływu lat coraz bardziej zbliżała się do prozy. Sama także pisała dla dzieci (pamiętacie z dzieciństwa pingwina Kleofaska?), choć sama ich nigdy nie miała, ku wielkiemu żalowi. Bywała porównywana do Marii Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej i często zarzucano jej, że pisze i drukuje, bo nazywa się "Tuwim". Bardzo ją to bolała, zwłaszcza po śmierci Juliana, kiedy oczekiwano, że spisze wspomnienia i wyda je, odkrywając przed światem najcenniejszą relację, jaką miała w życiu. 
Irena Tuwim przed 1949r., zdjęcie ze strony tuwim.org

Bo życie osobiste Ireny Tuwim nie było usłane różami - pierwszy mąż Stefan Napierski był homoseksualistą i małżeństwa było tylko przykrywka. Kiedy Irena opuszcza męża (choć rozstają się w przyjaźni), w Warszawie wybucha skandal.  Pomieszkuje u Juliana i jego żony (z którą nigdy nie zaprzyjaźniła się), następnie uzyskuje i rozwód i wychodzi za mąż za Juliana Stawińskiego. Pisarza i tłumacza, w życiu prywatnym - choleryka, który nie zaakceptował społecznej emancypacji kobiet. Oczekiwał obiadów na stole i pieczeni na talerzu. Irena nie była z nim szczęśliwa. 
Książka Anny Augustyniak unika budowania biografii z chronologicznie ułożonych faktów i dat. Jest ułożona problemowo - dzięki temu życie Ireny Tuwim jest trójwymiarowe, nie jest płaską postacią z kartki, żyje. Niesamowicie ciekawa kobieta, ogromnie utalentowana, której przyszło żyć w trudnych czasach. Nie oszczędzało jej życie, znikała zatem często w swoich tekstach, oddając palmę pierwszeństwa literackiego bez szemrania bratu. Ale bardzo się cieszę, że z rozrzuconych w listach i wspomnieniach fragmentów ktoś tę Irenę poskładał i opowiedział jej historię. Zasłużyła na to. 

Bardzo dziękuję Wydawnictwu Trzecia Strona za recenzencki egzemplarz. :-)

Anna Augstyniak
"Irena Tuwim. Nie umarłam z miłości. Biografia"
Wydawnictwo Trzecia Strona,  2016
oprawa twarda, 272 strony

March 24, 2017

Big Little Lies

Big Little Lies


W scenerii sielskiego miasteczka nad Pacyfikiem spotyka się kilka żon i matek. Od samego początku robi się gęsto i atmosfera chcąc nie chcąc przypomina tę z "Gotowych na wszystko". Tam też były śliczne domki, ale ich śliczne gospodynie wiodły tylko pozornie doskonałe życie. Tak jest i tym razem i szczerze mówiąc dokładnie takiego serialu od czasów pamiętnych "Desperate  Housewives" mi brakowało. Tyle że tym razem bohaterki (grane przez Reese Witherspoon, Nicole Kidman, Shailene Woodley, Zoe Kravitz i Laurę Dern) są chyba jeszcze bardziej "desperate", a ich sekrety są bardziej mroczne. Główne tematy poruszone w tej serii to - gorzkie rozczarowanie życiem i macierzyństwem, rywalizacja pomiędzy kobietami  - żonami obecnymi i eks żonami, skrywana przemoc domowa, rodzicielstwo na pokaz i rodzina jako symbol status społecznego, rozwód. I pieniądze - jakżeby inaczej. Tym razem wnętrza są większe, jaśniejsze i z widokiem na ocean. Na bogato. Bardzo, bardzo bogato. Nie martwcie się - żadnej z kobiet występujących w serialu pieniądze nie dają szczęścia, choć pozwalają na niezwykle komfortowe życie.
Autorem świetnego scenariusza jest David E. Kelly, ojciec sukcesu serialu "Ally MacBeal" przed laty (prywatnie mąż Michelle Pfeiffer). Jest to nazwisko gwarantem jakości. "Big Little Lies" zgrabnie lawiruje pomiędzy gatunkami i brawurowo łączy elementy czarnej komedii, opery mydlanej i serialu detektywistycznego. Bo jest i morderstwo. Konstrukcja miniserialu (zaledwie siedem odcinków - całość na podstawie głośnej powieści Liane Moriarty pod tym samym tytułem) odwraca jednak konstrukcję klasycznego serialu kryminalnego, w którym najpierw dowiadujemy, kto nie żyje i dopiero potem szukamy mordercy. O tym, że ktoś nie żyje dowiadujemy się w pierwszej scenie. Ale do samego końca narracja (świetny montaż) jest prowadzona tak, że zachodzimy w głowę kto i kogo zabił. Tropy są mylne i prowadzą w stronę czterech głównych bohaterek - każda z nich ma powód, by kogoś zabić. Każda równie dobrze może być ofiarą zbrodni.
Olśniewają aktorki. Każda z nich reprezentuje fantastyczne rzemiosło (bardzo dobra rola Kidman), ale tez i każda z nich jest sama w sobie symbolem luksusu, w jakim obracają się grane przez nie bohaterki. Wszystkie są szczupłe, piękne, reprezentują nieosiągalny dla zwykłych śmiertelniczek, hollywodzki typ urody. 
Na uwagę zasługują też świetne zdjęcia (serial kręcono w północnej Kalifornii, to malownicze wybrzeże Big Sur - piękne są kadry z oceanem w tle) i kapitalna muzyka. Rozglądam się za soundtrackiem.

March 21, 2017

Jak pokochać centra handlowe

Jak pokochać centra handlowe


Znam obie strony medalu, jakim jest macierzyństwo. Euforię, zachwyt, wicie gniazdka i przeczesywanie sieci w postaci pięknych skandynawskich zabawek. Ale też i niewyspanie, frustrację, poczucie uwięzienia we własnym domu, poirytowanie od rana do wieczora i marzenie o ucieczce od nich wszystkich jak najdalej. 
O awersie jest dużo. Wszędzie. Z okładek pism zerkają uśmiechnięte mamy, 99% z nich łączy etat z domem i kuchnią Pięciu Przemian z wdziękiem motyla. Do tego blogi parentingowe, gdzie królują wylizane do czysta piękne mieszkania, jasne i przestronne, gdzie dzieci są zawsze uśmiechnięte i ubrane w najdroższe ubrania z ekologicznej bawełny, gdzie promuje się minimalizm i życie zgodnie z rytmem Ziemi/duszy/kosmosu (niepotrzebne skreślić) za jedyne 10 000 tysięcy miesięcznie. Kasza jaglana i jagody goji, wakacje na Big Sur, kawa parzona w chemexie. To dlatego, między innymi, przestałam prowadzić bloga o moich dzieciach. Bo nie pasowaliśmy do schematu. Moje dzieci nie chodzą w kaloszach Hunter, bo zwyczajnie mnie na nie nie stać. 
O rewersie nieco mniej, choć od jakiegoś czasu pojawiają się przebłyski (zajrzyjcie TUTAJ), puszcza kra na tej rzece konwenansów, bo nie sposób w dzisiejszych czasów, kiedy nurt społeczny żwawy, siedzieć w miejscu i udawać, że nic się zmieniło. Bo rodzicielstwo jest najpiękniejszym i najtrudniejszym, co może człowieka spotkać. I tak jak jest czarujące i intensywne, bogate w czułość, miłość i radość, tak bywa wyczerpujące i frustrujące. Nie ukrywam - brakowało i brakuje mi nadal jakiegoś kawałka siebie. 
Książka Natalii Fiedorczuk jest o tej ciemnej stronie. O nudnych porankach, o braku kasy, o chronicznym niedospaniu, o tęsknocie za tym, co się utraciło. Nie, nie jest to lament umęczonej Matki Polki. Jest to bardzo niewypolerowany, szorstki, szczery zbiór myśli wszelakich kobiety po Wielkiej Zmianie. Ale każdy zapis odkrywa karty, jakie dostajemy w tym rozdaniu. Bądź szczupła, nie bądź zmęczona, nie karm dzieci słodyczami i parówkami, serwuj obiad z trzech dań z produktów od znajomego rolnika, dbaj o siebie, nie zapuść się, bo mąż znajdzie kogoś ładniejszego i sympatyczniejszego. I tak dalej. 
Fiedorczuk jest niezwykle ironiczna, ma też niebywałe "ucho" na melodię języka potocznego. Gęsto tu od mroku depresji, totalnego wypalenia domem, ale jest o tym z dystansem jednocześnie, na chłodno, bez umartwienia. A każdy, kto choć raz zanurzył stopę w morzu o nazwie "życie rodzinne", wie, o czym ona pisze. Nawet bez osobistego epizodu depresji poporodowej. Bohaterka "Jak pokochać centra handlowe" nie budzi współczucia.To raczej ktoś, z kim chciałoby się pójść na piwo i raz jeszcze macierzyństwo w XXIw. obgadać. 
Okładka (piękna!) książki to fragment obrazu Nigela van Wiecka "Q Train", który jest duchowym spadkobiercą Edwarda Hoppera. Realizm i melancholia. I taka właśnie jest książka Natalii Fiedorczuk. 

March 19, 2017

Piękna i Bestia

Piękna i Bestia


Drugi po "Kopciuszku" (recenzja TUTAJ) film fabularny na podstawie oryginalnej animacji, jaki widziałam. (Wcześniej Disney wypuścił jeszcze "Maleficient", ale nie był on do końca fabularną wersją scena po scenie bajki o "Śpiącej Królewnie"). "Piękna i Bestia" ze śliczną Emmą Watson w roli Belle zniewala muzyka, kostiumami i scenografią. I jest o kilkanaście minut przydługa, o czym za moment. 
O ile "Kopciuszek" w cudowny sposób pogłębił animację, tym razem mam wrażenie, że tak się nie stało. Nie znaczy, że jest źle.  Jest pięknie i pełno tu Disnejowskiego czaru, ale zbyt dosłownie animacja sprzed 26 lat (aż tylu???) ożyła na ekranie. Scenariusz i piosenki - te same. Większość kadrów - ta sama. Dla widzów w moim wieku, to znaczy tych, którzy rzewnie łkali na oryginalnej wersji, to miła dla oka uczta. Ale z drugiej strony spodziewałam się jednak czegoś bardziej świeżego. Zdecydowanie panuje w Hollywood obecnie moda na nostalgię. 
Absolutnie nie chciałabym was tu zniechęcić do pójścia do kina. Wręcz odwrotnie. To piękna, dwugodzinna iluzja, po seansie której człowiek lepiej się czuje i jeszcze chwilę wierzy, że świat może być piękniejszy. Każdy detal w tym obrazie jest doszlifowany i dopieszczony. Zaczynając od kolorów nieba, kończąc na sukniach Belli. Emma Watson (która odrzuciła rolę w "La La Land" dla "Pięknej i Bestii) ze swoim inteligentnym błyskiem w ciemnych oczach, Dan Stevens jako Bestia (naprawdę aktorski majstersztyk, Bestia staje się kimś, w kim rzeczywiście można się zakochać), Kevin Kline jako ojciec,  Ewan McGregor jako Płomyk, Emma Thompson jako Pani Imbryk. Plejada najlepszych z najlepszych. Najmniej chyba podobał mi się Luke Evans, który przerysował Gastona i zrobił z niego karykaturę większą niż w bajce z 1991r. 
Dodano do tej fabuły kilka scen, których w pierwowzorze nie było. Dowiadujemy się, dlaczego książę był taki rozpuszczony, dlaczego Maurycy wychowywał Bellę sam. Poza tym po raz pierwszy w filmie Disneya pojawia się wątek gejowski - prawa ręka Gastona, komiczny Le Fou ewidentnie kocha swojego pana w szczególny sposób. Jest to przełamanie wielkiego tabu i na pewno wymagało odwagi ze strony producentów. 
Tak czy siak jest to romans, opowieść o miłości ponad wszystko. Łzy wzruszenia wiszą na rzęsach i zasadniczo o to chodziło. Plus ośmiolatka i pięciolatek zachwyceni. 

Zdj. thecosmopolitan.com

March 15, 2017

Ciemniejsza strona Greya

Ciemniejsza strona Greya
Poświęciłam się dla Was. I obejrzałam drugą część z serii "Przygody sadysty i maniaka w skórze Jamiego Dornana". (Recenzja części pierwszej TUTAJ). W porównaniu z częścią drugą, część pierwsza wydaje się zupełnie niezła. Naprawdę. Tym razem również garść myśli złotych, które w głowie błysnęły w czasie seansu.


1. Fabuła filmu nie ma sensu. Napięcie pomiędzy bohaterami opada po jakichś dziesięciu minutach - pod koniec poprzedniego filmu pokłócili się bardzo, on zapuścił ze smutku brodę nawet - a tu rachu ciachu i już. To po co pozostałe 100 minut? 
2. Między innymi po to, żeby pokazać Dakotę Johnoson (jeszcze ładniejszą niż poprzednio) w różnych fajnych kieckach. Mogli nam zrobić przed seansem innego, dowolnego filmu pokaz slajdów, byłoby szybciej. 
3. Jamie Dornan usiłuje być poważny i poważnie grać. W każdej scenie jednak - przysięgam - wygląda jakby miał poprosić o setę, zanim wygłosi swoją kwestię. Fatalny scenariusz. 
4. Christian Grey ma oprócz Czerwonego Pokoju również i pokój ćwiczeń. A jakże. Ochoczo w nim harcuje od bladego świtu. W pokoju ma kozła (takiego do gimnastyki, nie zwierza, choć w jego przypadku nigdy nic nie wiadomo;-). Kiedy do niego podszedł, bardzo, bardzo się bałam, że zrobi coś takiego: 


Zamiast tego zrobił tak jak premier Kanady, tylko bardziej mu wyszły żyły:

5. Łódka. W pierwszej części był szybowiec, tu jest łódka i helikopter. Zabawki dużych chłopców. I Ana, która bierze w ręce ster i bez mrugnięcia okiem prowadzi taaaaaaaaaaaaaaaaaaaki jacht.Szkoda, że w tle nie leci piosenka Jessie J "Do it like a dude". 

6. A tak w ogóle, to cała historia rozgrywa się, bo on jest bogaty. Jakby mieszkał w dwudziestometrowej kawalerce w Pcimiu Dolnym, nie byłoby tematu. 
7. Nurtuje mnie najbardziej jedno pytanie. Czy gdyby facet powiedziałby mi, że jest ze mną, bo przypominam mu jego matkę i dlatego pragnie zadawać mi ból, czy nie zastawiłabym się przez minutkę, przez pół, że hasło 'Run, Forrest, run" jest nadal bardzo na czasie? 
8. Najzabawniejsza scena? Seks pod prysznicem. W UBRANIACH. W thrillerze erotycznym. Kurtyna. 

March 11, 2017

Dziewczynka i byk

Dziewczynka i byk
To jest hit dekady, a może nawet czegoś więcej niż dekady. We wtorek pod budynkiem nowojorskiej giełdy stanęła taka oto rzeźba:


"Fearless girl", bo tak nazywa się owo dzieło z brązu, nie stoi w tym miejscu oczywiście przypadkiem. Jej adwersarzem jest słynny byk, który stanął na Wall Street nocą, po kryjomu, w 1989r. Jego autorem jest Arturo di Modica, który chciał przy pomocy rzeźby szarżującego zwierzęcia upamiętnić wyrwanie się z dołka po załamaniu rynku w 1987r. Byk stał się symbolem giełdy i Wall Street w ogóle. Ale nie jest już sam. 
Prosto w oczy, odważnie i wyzywająco patrzy mu mała dziewczynka, z rozwianym kucykiem i pewnością siebie na buzi. Ma obok siebie napis "Know the power of women in leadership. SHE makes the difference". "Nieustraszona dziewczynka" została zainstalowana przez firmę State Street Global Advisors (autorką statui jest Kristen Visbal) celowo w okolicach Międzynarodowego Dnia Kobiet. State Steer chciało w ten sposób zwrócić uwagę na ogromną potrzebę włączania kobiet między szeregi członków zarządów i rad nadzorczych firm. Rzeźba pojawiła się po cichu, ku zaskoczeniu nowojorczyków. Ale jej pojawienie wywołało lawinę informacji i zdjęć. Twitter oszalał i nie było chyba nikogo, kto nie mieszka w NYC i nie chciał natychmiast sfotografować się z dziewczynką. Ba, sama chętnie bym się z nią sfotografowała, gdybym mieszkała na Manhattanie. 
Dziewczynka wniosła coś niesłychanego do atmosfery, którą chcąc nie chcąc organizowała postać z oszalałego z wściekłości byka. Pełnego testosteronu, symbolizującego siłę fizyczną, nadęte ego i przemoc. I przeciwko temu wszystkiego pojawia się ktoś kruchy z pozoru, ale bardzo odważny. Dziewczynka równoważy samczość byka. I mam nadzieję, że zapoczątkuje zmiany w firmach, że doczekam czasów, gdy będziemy tyle samo co faceci zarabiać, gdy nie trzeba będzie po pracy w biurze odrabiać etatu w domu. Już jestem fanką tej rzeźby i jedyne, co mogę powiedzieć, to "Go, girl!". 


Zdj.The Boston Globe

March 07, 2017

Czarna trasa

Czarna trasa


Był czas, kiedy czytałam bardzo dużo kryminałów. W zasadzie już w dziecięctwie zaczytywałam się Joanną Chmielewską i Agathą Christie. A potem, już po sukcesie Larssona i Lackberg, zaczęły mi się wydawać mdłe. Na jedno kopyto. Bez głębi. Bez wyrazu. Ukoronowaniem rozczarowania była zeszłoroczna "Dziewczyna z pociągu" - jedna z najgorzej napisanych, najgłupszych książek, jakie miałam w rękach, i która jest dowodem, że o sukcesie czasem nie decyduje talent, ale ktoś, kto miesza palcem wskazującym w wydawnictwie. Dlatego kryminałów raczej nie czytuję. Naprawdę rzadko. Jeśli już - to muszą być wakacje, leżaczek i cień wielkiego drzewa. 
Kiedy dostałam propozycję przeczytania i zrecenzowania kryminału od Wydawnictwa Muza, nieco się zdziwiłam - na moim blogu nie ma recenzji Bondy, nie ma recenzji Nesbo (choć ci dwoje akurat to pierwsza liga, naprawdę bardzo dobre książki). Ale w sumie, czemu nie? I Włoch Antonio Manzini, autor przeczytanej przez mnie "Czarnej trasy", dostał zielone światło. Zresztą, bądźmy szczerzy - raz na czas jakiś człowiek ma ochotę rzucić w kąt reportaże i poczytać coś, co w sumie też jakoś zaświadcza o smutnej kondycji ludzkiej (ach, ci zwyrodniali mordercy!), ale jest fikcją literacką i trzyma w napięciu. Lubię bardzo być trzymana w napięciu i ten stan, kiedy żal oderwać się od każdej linijki i siłą woli trzeba się powstrzymywać od zajrzenia na ostatnią stronę, by nie sprawdzić, kto zabił. 
Czy Manzini doskoczył do mojej osobistej literackiej wysokiej poprzeczki? I tak, i nie. Jako kryminał sprawdza się zupełnie nieźle. Rzeczywiście odpowiednio dawkuje emocje, idąc według przepisu Hitchcocka, że całość powinna zacząć się mocnym wejściem, a dalej atmosfera powinna już być tylko coraz gęstsza. Powieść zaczyna się zmasakrowanym przez ratrak trupem. Jest ciemna, mroźna noc gdzieś w górach, klimat grozy iskrzy śniegiem i lśni krwią od pierwszych akapitów. I dobrze, to właśnie tak ma być. Akcja traci co prawda impet po kilkudziesięciu stronach, finał nie jest jakoś bardzo zaskakujący, ale Manzini w ramach gatunku porusza się dosyć sprawnie jak na debiutanta. 
Następnie na scenę wchodzi główny bohater, czyli wicekwestor (dawniej byłby komisarzem) Rocco Schiavione. Jak większość książkowych policjantów jest niepokorny, doświadczony, bystry, wulgarny i niekonwencjonalny. I chociaż zyskał od autora włoski sznyt (jest zesłańcem z Rzymu, nadal tęskni za wiecznym Miastem jego jedzeniem, słońcem, ciepłem), markowe buty, skłonności do działania na lewo, zabrakło w nim jakiejś silnie indywidualnej rysy, czegoś, co mogłoby go odróżnić od dziesiątek tego typu postaci w rozmaitych skandynawskich dziełach. Ale ponieważ to nie tylko pierwsza książka z serii przygód Schiavione,  ale w ogóle pierwsza Manziniego, mam nadzieję, że Rocco jeszcze się rozkręci. Zresztą cała fabuła - wszystko to już gdzieś, niestety, było.
Najbardziej podobał mi się w "Czarnej trasie" drugi plan. Manzini jest, zdaje się, wnikliwym obserwatorem społeczeństwa, w którym żyje. Jest w jego w powieści i o różnicy pomiędzy włoskim południem a włoską północą, i o jakości życia politycznego (mizernej, co rozumiem doskonale jako mieszkanka kraju o podobnym stopniu politycznej degrengolady), i o imigrantach. Jakiś cień włoskiego neorealizmu zdecydowanie przemyka po kartach tej książki i mam nadzieję, że Manzini właśnie ten element wykorzysta szerzej w kolejnych częściach. 
Czyta się tę książkę szybko, jest tu dużo dialogów, a nieco słabsze partie opisowe są na szczęście króciutkie.  Jest to zdecydowanie element, nad jakim pisarz powinien popracować, bo nieustannie porównywanie śniegu na stokach do bitej śmietany jest jednak pretensjonalne. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Muza SA. :-)

Antonio Manzini
Czarna trasa/ oryg. Piasta nera
ISBN: 9788328705272
Wydawnictwo Muza, 2017

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger