June 26, 2018

Nowe miejsce

Nowe miejsce
Do tego bloga na razie nie wrócę. Z braku czasu. Ale zobaczcie, gdzie jestem teraz i czym się planuję zająć. Zapraszam. :-)





February 21, 2018

Żeby nie było śladów

Żeby nie było śladów
Historia kłamstwa w PRL. Stare przysłowie mówi, że ma  ono zawsze krótkie nogi, ale czasami nawet nogi kłamstwu próbuje się uciąć, żeby tylko nikt nie domyślił się prawdy. Tragiczna historia Grzegorza Przemyka, warszawskiego maturzysty pobitego na śmierć przez milicjantów, spisana w nagrodzonej Nike książce Cezarego Łazarewicza jest, powinna być wyrzutem sumienia całej III RP. Sprawa nigdy nie została wyjaśniona, nigdy nie wskazano sprawców, nikt nie poniósł konsekwencji. 
To niedawna przeszłość - wszystko wydarzyło się zaledwie 30 lat temu. Ale to przeszłość zamglona, poprzekręcana, przeszłość, która jest kwintesencją PRL - państwa, w którym można było zatuszować zabójstwo. Bo czyż kłamstwo powtórzone tysiąc razy nie staje się w końcu prawdą? (Goebbels chyba). 
Łazarewicz, pokolenie Przemyka, postanawia zadośćuczynić historii i zagłębia się w papiery i dokumenty IPN, odwiedza ludzi, którzy wtedy brali w wydarzeniach udział. Niektórzy milczą. Dla wielu to w końcu bardzo niewygodne wspomnienia. Ale summa summarum reportaż (bo tym własnie jest ta książka) sprawia, że wrzód pęka. Boleśnie. Bo Przemykowi życia nikt zwróci, tak jak nic nie wynagrodzi cierpienia jego matce (też już zresztą nieżyjącej). Ale drobiazgowo odtworzone wydarzenia nieszczęsnego majowego popołudnia 1983r. oraz kilku kolejnych dni pozwalają na pogardliwe splunięcie w stronę Kiszczaka, Jaruzelskiego oraz najbardziej obrzydliwego z ich - Jerzego Urbana. 
Książka zaczyna się bardzo mocno - ze szczegółami dowiadujemy się, jak straszliwie Przemyk został poturbowany na komisariacie i w jakich męczarniach nieprawdopodobnych umierał z popękanymi jelitami. Przez pierwszych kilkanaście stron naprawdę ciężko przebrnąć, czułam, że to bardzo trudna dla mnie próba. Później nie jest lepiej - bo choć nie ma już opisów boleści i cierpienia, pojawia się w nas echo uczuć towarzyszących bohaterom od kilkudziesięciu lat (które wielu  z nich złamały życie) - bezsilność, poczucie niemocy, frustracja, niezgoda na takie spraw załatwienie, wreszcie gniew potężny. 
SB zacierając ślady tej zbrodni zapomniała opróżnić jedną szafę z dokumentami. To po tej szafie wędrujemy z Łazarewiczem, którego cierpliwość, dociekliwość składają fragmenty, strzępy i okruchy jak puzzle w pełny obraz. Powinna ta książka stać się lektura obowiązkową, po to chociażby, by nazwiska oprawców wryły się kolejnym pokoleniom w pamięć, po to, by nikt nigdy nie czytał już wywiadów z Urbanem w kolorowej Vivie!. 

February 20, 2018

Manhunt. UNABOMBER [spoiler alert]

Manhunt. UNABOMBER [spoiler alert]


Long time no see....Cicho tu jak w lesie przysypanym śniegiem. Czy ktoś tu jeszcze ze mną jest? :-)

Dziś krótko o kolejnym dobrym serialu. Netflix to zło, powiadam wam. Znacie już "Manhunt. Unabomber"? Jeśli nie, to gorąco zachęcam. 
Zwłaszcza tych, którzy lubią mrok kina Finchera, którzy lubią porządną konstrukcję fabuły. Ośmioodcinkowy serial dokładnie odtwarza jedno z najdłuższych śledztw w historii FBI - przez 17 lat tajemniczy Unabomber, wysyłający w przesyłkach pocztowych bomby, pozostawał nieuchwytny. Tropy prowadziły donikąd, agenci krążyli w kółku nie mając ani jednej nici, za którą mogliby złapać. Aż do czasu zwerbowania do służby profilera Jima Fiztgeralda (Sam Worthington), który dokonał analizy językowej manifestu terrorysty, wydrukowanego przez The Washington Post. Lingwistyczna, mrówcza praca Fitzgeralda stała się podstawą wydania nakazu aresztowania człowieka o swojsko brzmiącym nazwisku - Teda Kaczynskiego (kapitalny Paul Bettany), który w czasie procesu przyznał się do winy. 
"Manhunt", do którego błyskotliwy scenariusz napisał Andrew Sodroski, sprawnie łączy dwie przestrzenie czasowe. Jedna warstwa to rok 1995  - zbliżanie do kulminacyjnego punktu śledztwa, druga to rok 1997 - proces Kaczynskiego. Jest już po procesie O.J. Simpsona, prasa rzuca się na nowy temat jak mewy na żer. Kaczynski jest o włos od zwolnienia, bo nie ma precedensu w historii  amerykańskiego sądownictwa - czyli oskarżenia o zbrodnię na podstawie analizy językowej.  Całość śledzi się zatem na wdechu, bo obie warstwy zmierzają w stronę nerwowego peaku (pomimo znanego w świecie finału całej sprawy!), co naraża widza na zgryzienie wszystkich paznokci.  Narracja zaskakuje, robi wolty, ale najważniejsze jest to, że znika, niemal jak w "Milczeniu owiec", podział na dobrych i złych. Zapuszczamy sondę w pozornie negatywnego bohatera, jakim jest Unabomber, by odkryć, że niewiele różni się od nas. Nie jest zły. Jest samotny, zagubiony, ale nie zły. A jego manifest krytykujący technokrację jest więcej niż mądry. Jest apelem o wolność, wołaniem na puszczy o opamiętanie się o powrót do korzeni - do prostoty, do bycia bliżej natury, do korzeni.  
To zdecydowanie jeden z najlepszych seriali ostatnich miesięcy. 

October 15, 2017

Ulubione filmy dokumentalne (ekologiczne i okołoekologiczne)

Ulubione filmy dokumentalne (ekologiczne i okołoekologiczne)
Dziś na szybko i obrazowo. Osiem ważnych filmów, które powinny być pokazywane w szkołach.


A jakie są Wasze?

October 05, 2017

Życie zero waste (2)

Życie zero waste (2)


To jest kolejny krok. Dzieje się to naturalnie i wynika jedno z drugiego. Najpierw wykluczenie mięsa z diety, potem stopniowe wykluczanie (jeszcze niezakończone) produktów pochodzenia zwierzęcego. Zwyczajnie warto wiedzieć, co się ma na talerzu. 
O plastiku i nadmiarze śmieci, jakie produkujemy w naszej czteroosobowej rodzinie, mówiliśmy od dawna. Ale nigdy nie ma TEGO momentu, by coś z tym zrobić. Praca na pełen etat, dwoje dzieci, wieczny niedoczas, wszystko na wczoraj. Znacie to, prawda? Ale temat zaczął wypływać coraz częściej, frustracja z powodu braku koszy do segregacji na naszym osiedlu sięgnęła zenitu. Potem doszło kilka świetnych filmów (Netflix to zło, mówię Wam) dokumentalnych - m. in.: ten:



i ten:



i ten:
 

i ten:



A na koniec było odkrycie Bei Johnson, o której wspomniałam w poprzednim poście. I zaczęliśmy się przyglądać, co ląduje w naszym śmietniku najczęściej. Nie wiem, jak u Was, ale w moim domu to plastik - torebeczki foliowe, butelki po mleku, opakowania po jogurtach i serkach, także butelki po wodzie mineralnej, których - wydawało nam się - unikamy. Na drugim miejscu jest - wstyd przyznać - jedzenie. Mamy w domu niezrównoważoną gospodarkę żywnością - wciąż czegoś jest za dużo, czego nie zdążamy zjadać i po przeleżeniu tygodnia w lodówce ląduje w koszu na śmieci. I wtedy właśnie pojawiła się książka Kasi Wągrowskiej, autorki świetnego bloga o bezodpadowym życiu (TUTAJ). Niesamowite, jak jej wydanie zbiegło się z tym, czego szukałam. Przeczytałam na wdechu. Mnóstwo w niej bardzo pożytecznych i ciekawych informacji, jak sprawić, by plastik zniknął z naszego życia. Jest to bardzo, bardzo trudne wyzwanie, zwłaszcza w kraju, w którym W OGÓLE w przestrzeni publicznej nie ma dyskusji na temat zamiecenia lasów, rzek, rowów, jezior, plaż. Jakże beztrosko Polacy biorą kolejne foliówki do domu. Po każdych zakupach. do każdego produktu. Jesteśmy w czołówce krajów, w których zużywa się najwięcej reklamówek. 466 w ciągu roku!!!! (Duńczycy potrzebują zaledwie czterech!). 
Postanowiliśmy, że foliówki będą pierwsza rzeczą, z jaką się rozprawimy. Zaopatrzyliśmy się w torby bawełniane, lniane oraz w worki strunowe wielokrotnego użytku. Póki co nie mamy nawet marzenia, by wyprodukować słoik odpadów rocznie, nie kompostujemy odpadów organicznych (czekam z kompostem na przeprowadzkę do nowego domu - z kompostu na pewno skorzysta wtedy nasz ogród). Ale rozpoczęliśmy małą, prywatna krucjatę przeciwko plastikowi. Dzieci miały pogadankę, pokazaliśmy im kilka fragmentów wyżej wspomnianych filmów. Rozumieją i bardzo chętnie uczestniczą w naszym procesie uzyskania możliwie najbardziej ekologicznego modelu życia. Ideału nie osiągniemy. Musimy korzystać z samochodu, chwilowo nie jestem w  stanie zredukować szafy do 15 sztuk ubrań (Bea Johnoson, szacun!) i nie umiem namówić dzieci do wyrzucenie wszystkich plastikowych zabawek (LEGO, zwierzątka firmy Schleich), jakie posiadają. Działamy na miarę możliwości. Mam kilka podpowiedzi, z których, być może, skorzystacie:
- torby ekologiczne
- kupowanie do własnych opakowań (póki co na razie się udaje, jeszcze mi nikt nie odmówił)
- mleko tylko w szklanych butelkach
- drewniane szczoteczki do zębów
- pozbycie się kosmetyków w plastikowych opakowaniach (to prostsze niż się wydawało  - ja od lat używam do pielęgnacji tylko naturalnych olejów, zamiast balsamu lepiej sprawdza sie szczotkowanie skóry na sucho bambusowa szczotka, peelingi tworzę sama  z soli i kawy)
- stopniowe pozbywanie się rzeczy zostawionych na sytuacje "które ewentualnie mogłyby się zdarzyć" - za małe ubrania (bo schudnę), za duże ubrania  (bo przytyję) itp. Moją piętą Achillesowa są książki. Mam ich za dużo. Najbliższa przeprowadzka będzie doskonałą okazją do pozbycia się części księgozbioru.
 - segregowanie śmieci i pozbywanie się ich na własną rękę (my znaleźliśmy skup makulatury i szkła, składujemy rzeczy na balkonie i co jakiś czas odstawiamy kilka worków). 


Na koniec kilka linków do najciekawszych blogów o problematyce zero waste:
 

October 01, 2017

Zero waste (part 1)

Zero waste (part 1)

Za moment opowiem Wam o swoich refleksjach na temat życia zero waste i książki Katarzyny Wągrowskiej.  Ale zanim to się stanie, posłuchajcie Bei Johnson, której udało się w ciągu rok,u w czteroosobowej rodzinie, wyprodukować tylko jeden odpad. Słoik. Czy to jest możliwe dla przeciętnych ludzi? Czemu służy? Jak żyć? Niesłychanie ciekawa sprawa. 







September 28, 2017

IT (2017)

IT (2017)


Ten film najprawdopodobniej podobał mi się bardziej niż powinien (ja, mąż, piwo w kinie - tak, wiem, fe, nieładnie). Ale...ale to nic. To w zasadzie tak chyba nawet miało być. I to będzie recenzja nie z punktu samozwańczego krytyka filmowego, ale z punktu widzenia kogoś, kto lubi chodzić do kina i kto lubi dobrą, filmową opowieść tak po prostu. W piątek wieczorem zwłaszcza. 
Z horrorami tak już jest, że nigdy już w dorosłym życiu nie spodziewam bać się tak na nich jak wtedy, gdy miałam czternaście lat. "It" Stephena Kinga czytałam z wypiekami na twarzy po nocach i wyprowadzenie psa wieczorem po tej lekturze było aktem masochizmu. Dość leciwy już czteroodcinkowy serial na podstawie powieści był wtedy również przerażający. Dziś Kinga czytam z przyjemnością w pociągu ("Dallas'63" kojarzy mi się z karmieniem syna po nocach i czytaniem przy bladej, ledwo świecącej lampce z niemowlęciem przy biuście) i na wakacjach. Żałuję, że nie ma już we mnie tamtych emocji. Tego strachu i napięcia. Zniknęły one nie z winy pisarza. Około trzydziestki  zwyczajnie się z nich wyrasta.
Bardzo czekałam na tę wersję "It" z uwagi na sentyment do Kinga i strasznego klauna. W pakiecie z Pennywisem wabiącym małego George'a do studzienki kanalizacyjnej, dostałam to, za czym trochę tęsknię, czyli potężną dawkę lat 80. i strachy na lachy z dzieciństwa. Świetnie zagrane i świetnie uchwycone kamerą. 
Siedmioro dzieci miasteczku Derry w stanie Maine (większość powieści Kinga toczy się w Maine, sam pisarz mieszka w Bangor od lat) jest terroryzowanych przez złego ducha w postaci potwornego klauna (jeden z siedmiu Skarsgardów juniorów, bardzo dobry i najstraszniejszy, kiedy mówi, a nie kiedy wysuwa zęby). Jest to sześciu chłopców i jedna dziewczynka - Beverly Marsh (zagrała ja fantastyczna zupełnie Sophia Willis), która kradnie kolegom całe show. Mnóstwo tu cytatów z ukochanych dla mojego pokolenia obrazów i książek. Jest zatem wspomniana paczka dzieciaków ("Stand by me", "Goonies"), są rowery ("E.T.", ale też i serial "Stranger things", w którym gra również Finn Wolfhard), jest pierwsza miesiączka ("Carrie"), klimat małego miasteczka w którym pozornie nic się nie dzieje, a  dzieje się wszystko (wszystkie wymienione). 
Dzieciństwo w "It" jest trudne, pełne przemocy i zła. Nieuchwytne "it" żywi się ich strachem i kusi czerwonym balonikiem do swojej siedziby. Sceny straszenia, zwłaszcza kiedy "to" nie jest klaunem, są chyba najsłabsze. Ale w zamian mamy taki świetny młody aktorski team, taką atmosferę, że nic tylko po tym piwie w kinie w ekran wskakiwać albo na wspominki w gronie przyjaciół się wybrać. "Ale to się miło oglądało" - orzekł pan Mąż. Tak. W rzeczy samej polecamy oboje. 


September 21, 2017

Pascal Campion

Pascal Campion
Odkrycie całkiem przypadkowe. Wynalazek z Pinterest, który jest jednym z moich ulubionych miejsc w sieci. 
Pascal Campion jest francusko-amerykańskim rysownikiem. Urodzony w New Jersey, wychowany w Prowansji, mieszka i tworzy obecnie w San Francisco. Ukończył studia malarskie w Strasburgu (dyplom na kierunku "Narrative Illustration"). Od 2006 r. rysuje codziennie rano, jeszcze przed poranną kawą, jeden rysunek. Projekt Sketch of the Day to już ponad 3000 rysunków. Campion umieszcza je na różnych kanałach i portalach społecznościowych (Tumbl, Twitter, Instagram) i ma od lat rzesze oddanych fanów. Mnie też.  Codziennie czekam na nowy obrazek. Uwielbiam te jednorysunkowe historyjki. Ile w nich pasji, emocji, ile słów niewypowiedzianych. To świat pełen światła i miłości. Do kobiety, mężczyzny, rodziny, ale i kota, i książek. Czasem jest w tym świecie melancholijnie, czasem pada deszcz. Jak w życiu. Podobają mi się kolory i smukła, pociągła kreska. Poznajcie Pascala Campiona
















September 18, 2017

"Kotolotki" i inne książki dla dzieci

"Kotolotki" i inne książki dla dzieci
"Kotolotki" to niewielka, niezwykła sympatyczna opowieść Ursuli LeGuin o czterech kotkach, które urodziły się ze skrzydełkami. Najbardziej żałuję, że nie znałam tej książki w dzieciństwie, bo to byłaby jedna z tych lektur, które z rozrzewnieniem wspomina się później. Dużo później. Wszystko tu miłe, futrzaste i niezwykłe. Tylko język prosty, niewydumany, w sam raz dla młodszych dzieci (kategoria 5+). 
Piękne są też ilustracje  (S.D. Schindler), dzięki którym "Kotolotki" to pozycja obowiązkowa w każdej rodzinie, która ma w posiadaniu kota (ja od miesiąca się do takowych zaliczam). 


Przyznaję szczerze, że książek Dahla nie znałam, jak byłam mała. Wielka strata, choć już na szczęście nadrobiona. Rodzinnie się Dahlem zaczytujemy. Nie są to ugrzecznione opowiastki dla dzieci na dobranoc, o nie. Dahl się nie bawi w umizgi do czytelnika i za to chyba jest tak kochany. Za szczerość. Jak wiedźma ma być straszna, to jest straszna. Łysa, parchata i naprawdę nienawidzi dzieci. Dlatego "Wiedźmy" tak nam się podobają. To jak z dobrym kinem trwogi - lubimy się bać, a Arcywiedźma jest naprawdę, naprawdę okropna. Polecamy też film z 1990r. z Anjelicą Huston. 



I na koniec jeszcze raz o kotach, ponieważ są w domu na topie. "Mruk" Renaty Piątkowskiej spełnia marzenia miłośnika Mruczków i jego pobratymców o opowiastkach o tych czworonogach. Piątkowska jest nam znana od lat ("Opowiadania dla przedszkolaka"), więc zaufaliśmy w ciemno. "Mruk" jest zbiorem zabawnych opowieści o kocich przygodach i przywarach. Do wieczornego poczytania jak znalazł. 



Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger