November 20, 2014

"Boyhood", czyli liryczna opowieść o dorastaniu


Urzekł mnie ten film. Poprzeczka ustawiona została bardzo wysoko, ponieważ najpierw naczytałam się na jego temat mądrych recenzji (chociaż zasadniczo staram się tak nie robić, ale film zobaczyłam ze sporym poślizgiem czasowym). Mój niepokój nie był zasadny. Richard Linklater nie zawiódł.
Ta piękna historia, kręcona przez nieco ponad 12 lat z tą sama obsadą, stała się, także dzięki temu, jednym z dzieł najbliższych tkance życia.
Akcja jest linearna, śledzimy głównego bohatera od czasu, gdy jest kilkuletnim chłopcem, po jego późne lata nastoletnie. Nie ma tu wolt, zwrotów akcji, jakichś kamieni milowych, za pomocą których odmierzamy wydarzenia i dzielimy na te "przed" i "po". Są oczywiście sprawy ważne, rozwody, rozstania, ale one nie definiują rodziny, której losy dzieją się przed naszymi oczami. Są pewnymi etapami, przez które wszyscy przechodzą i idą dalej. A czas mija nieubłaganie.
Aktorzy dziecięcy (Ellar Coltrane i Lorelei Linklater, prywatnie córka reżysera) bardzo szybko wyrastają na młodych ludzi. Cierpliwość twórcy pozwoliła na to, byśmy my, widzowie, dostrzegli ze wzruszeniem, jak z nieopierzonych podlotków, szukających swojej życiowej drogi, wykluwają się samodzielne istoty. Jednocześnie udało się uniknąć dydaktyzmu czy sentymentalizmu. Bohaterowie mają swoje wady, popełniają błędy, nieraz te same po kilka razy (matka dzieci, grana przez Patricię Arquette, trzy razy wychodzi za mąż, lokując uczucia w pogmatwanych mężczyznach). 
Rodzice nie sprzedają dzieciom żadnych złotych myśli na temat życia i dorosłości. Ba! Wręcz przyznają, że sami nic nie wiedzą. I mówią, że dorosłość nie oznacza posiadania odpowiedzi na pytanie, czym jest życie i jak je przeżyć. Nie ma żadnej iluminacji gdzieś po drodze. To pytanie każdy musi przemyśleć na własną odpowiedzialność. Bez gwarancji, że przemyślenia będą słuszne. Bo w wieku lat pięćdziesięciu można być nadal tak samo zagubionym jak w wieku lat piętnastu.
Film toczy się nieśpiesznie, bez fajerwerków. (Ale czyje życie świeci łuną sztucznych ogni każdego dnia?) I tym się różni od mainstreamowych dzieł hollywoodzkich o tzw. zwykłych ludziach, że jest on naprawdę o zwyczajnych ludziach, w codziennych sytuacjach, ludziach nieupiększonych, nieupudrowanych. Nikt nie testuje tu ich wytrzymałości rzucając ich w wir przygód, katastrof naturalnych czy śmierci. Nie. "Boyhood" to kompilacja małych chwil, codzienności, jaką znamy wszyscy z autopsji. 
Nic nas tu nie wytrąca z ciągłości zdarzeń - ani montaż, ani nawet napisy, które pojawiają się dopiero na końcu.Zanurzamy się w świat tak dobrze znajomy i zostajemy z gorzko-słodkim uczuciem, że z nami będzie tak samo. Dzieci urosną w mgnieniu oka, po cichu zestarzejemy się. 

Richardzie Linkater, trwam w ukłonie.

"Boyhood"
reż. i scen.: Richard Linklater
wyk. Ellar Coltrane, Lorelei Linklater, Ethan Hawke, Patricia Arquette
prod.: USA

No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger