December 02, 2014

Dancing on dangerous ground



To jest trochę odgrzewanie kotleta, bo muzyczne przedstawienie "Dancing on dangerous ground" miało swoją premierę w 1999r., zatem piętnaście lat temu, ale widziałam je tyle razy i nadal tak samo mi się podoba, że grzech o nim nie napisać. 

Para głównych tancerzy - Amerykanka Jean Butler i Anglik Colin Dunne spotkała się wcześniej podczas realizacji gigantycznego teatralno-tanecznego show o nazwie "Riverdance". "Riverdance" kumulowało wszystko, co najlepsze w irlandzkiej muzyce, tańcu i śpiewie, choć gościnnie występowali tam też rosyjscy baletmistrzowie. Po odejściu z grupy (która w stale zmieniającym się składzie koncertuje po całym świecie do dziś) Butler i Dunne przygotowali własny spektakl, który stał się osobiście moim ulubionym, jeśli chodzi o klimaty muzyczne ze Szmaragdowej Wyspy. Ma to coś, czego brakowało (nota bene fantastycznemu zupełnie) "Riverdance". A mianowicie narrację, bowiem jest adaptacją starej, celtyckiej legendy "The Pursuit of Diarmuid and Gráinne". Jest zatem Ona - Grania, On - Diarmuid, najlepszy żołnierz niejakiego Finna, potężnego króla, którego Grania jest..narzeczoną. Miłość ślepa na okoliczności spada na Granię i Diarmuida i pogrąża cały ten miłosny trójkąt. I ach, ach, jak oni tańczą!!! To znaczy długonoga Butler i sypiący iskrami spod obcasów Dunne (byli także autorami choreografii do tego przedstawienia), ponieważ Tony Kemp grający Finna jest jedyną postacią w całym przedstawieniu, która jest całkowicie statyczna.

Historią jest bardzo prosta, przez wieki przetwarzana w literaturze i kulturze i nie trzeba mieć celtyckich przodków, by uchwycić opowieść o zakazanej miłości wytańczoną przez kilka dziesiątek najlepszych irlandzkich tancerzy. Mimo to chwyta za serce, głównie za sprawą odtwórców głównych ról. Butler - cudownie blada i rudowłosa byłaby świetną aktorką dramatyczną, gdyby nie była tak rewelacyjną tancerką (od trzech lat na emeryturze, chlip), a Dunne - o namiętnie płonącym spojrzeniu rzeczywiście jest typem, któremu ciężko się oprzeć. Poza tym całość jest oczywiście podlana nowoczesnym sosem - elementami współczesnymi tj. scenografią, strojami, światłami rodem z rockowego koncertu. Muzyka jest najbardziej irlandzka jak tylko może być (co z kolei, gwoli ścisłości, przyczyniło się do plajty spektaklu w Londynie i bankructwa jego twórców, bowiem krytycy angielscy zarzucili przedstawieniu kiczowatość), ale ja to kupuję w całości. Bo lubię, jak mi się opowiada takie baje. Po prostu. A poza tym, choć widziałam "Dancing on dangerous ground" więcej niż dziesięć razy, nie mogę wyjść z podziwu dla technicznych możliwości tancerzy, ich kondycji, synchronizacji. Niesamowicie się na to patrzy.

Zresztą na żywo widziałam kiedyś przedstawienie "Lord of the Dance" Michaela Flatleya i jestem pewna, że show Butler i Dunne'a jest o level wyżej.

Tu znalazłam "Making of":



No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger