December 05, 2014

Dzienniki kołymskie



To kolejna w ostatnim czasie przeczytana przeze mnie książka Jacka Hugo-Badera. Od dawna była na mojej liście i w końcu udało jej się przebić na pierwsze miejsce w kolejce "do przeczytania". Pochłonięta na wdechu. To najlepsza, moim zdaniem, z książek reportera, tych z cyklu "opowieści z drogi". Poprzednie dwie - "Biała gorączka" i "W rajskiej dolinie wśród zielska" także traktowały o Rosji i krajach byłego Związku, także składały się z opowieści spotkanych na trasie podróży ludzi, ale były bardzo ciężkie w sensie poruszanych tematów. Kilkaset stron zapadania się w głąb siebie, czytania o najczarniejszych życiowych scenariuszach, taplania się w brudzie ludzkiej nieudolności, głupoty i chamstwa. Straszne doświadczenie. Nawet kilka razy w czasie lektury tych dwóch książek przemknęło mi przez głowę, że to niemożliwe, żeby w czasie wielomiesięcznych wypraw na wschód, nie spotkało autora nic pozytywnego, żeby nie umiał nic dobrego i miłego o swoich bohaterach powiedzieć. 
Dlatego "Dzienników kołymskich" trochę się bałam. Także dlatego, że za mną "Opowiadania kołymskie" Warłama Szałamowa (jego śladami Hugo-Bader odbywa swoją podróż i "Opowiadania" rosyjskiego pisarza towarzysza mu cały czas), do których pewnie nigdy nie wrócę - tak są smutne, przygnębiające. Rozpad, rozkład jakiegokolwiek świata cywilizowanego, jaki istnieje na kartach książki wieloletniego więźnia łagrów jest krzykiem z potwornej otchłani ohydy, najgorszej, na jaką stać ludzi. Ale na szczęście Hugo-Bader nie poszedł w tę stronę. Jest strasznie, ale poziom absurdu niektórych sytuacji rozsadza ciężar opowieści. Bywa ironicznie, miejscami nawet zabawnie. Ten reporter ma naprawdę świetne pióro - bardzo celne, zawiłą, kuriozalną sprawę potrafi w kilku słowach opisać tak, byśmy mieli jej czytelny obraz. I zachodzili w głowę, jak to możliwe, że to się działo lub dzieje naprawdę. Bo rosyjska rzeczywistość jest niczym wytwór chorej wyobraźni czyjejś szalonej głowy. 
Doskonała znajomość realiów kraju, języka, obyczajów pozwala autorowi wtopić się w tło. Pije zatem ze swymi kompanami, wędruje z nimi. I przede wszystkim ich słucha. Opowieść każdego paputczika - człowieka drogi-  składa się na element kalejdoskopu spotkań, jakim jest ta książka. Ale jednocześnie głównym bohaterem pozostaje sama droga właśnie. Owiany złą sławą Trakt Kołymski - jedyna szosa w tej części tego przepastnego kraju. Kołyma, która ze względu na swoje położenie bywa nazywana wyspą, chociaż technicznie nią nie jest. Jeden z najbardziej nieprzyjaznych do życia rejonów świata. Surowy klimat i hektary terenów łagrowych. Oto czym jest. Jedyna droga powstała dosłownie na kościach potępieńców, którzy ją budowali. I którzy z politycznych rozkazów nieludzko harowali w obozach pracy, poszukując złota. I umierali, z głodu i potwornego zimna, jeden za drugim. W dziesiątkach tysięcy. Przez dziesiątki lat.
Hugo-Bader spotyka się zarówno z tymi, którzy przyjechali na Kołymę , uciekając przed czymś w życiu, zdecydowali się świadomie na mieszkanie w krainie, gdzie dwudziestostopniowy mróz uchodzi za przymrozek. I z tymi, którzy zostali tu, bo nie było szans na wyjazd. Bo bieda, brak perspektyw, znajomości, pracy... Najczęściej to potomkowie zeków. Nierzadko o polskich nazwiskach. Wszystkich ich łączy jedno - są nieprzeciętnymi osobowościami. Ale chyba tylko takie mogą wytrwać w miejscu, które w samej Rosji jest postrzegane nie jak inny kraj nawet, ale inna planeta. Autor pisze: Bo to ludzie wyjątkowi – oni widzieli dno życia, w łagrze przeszli granice, poza którą rozpada się wszelka dusza. Ale najbardziej będę chciał usłyszeć, co było później, jak z takim doświadczeniem żyć. Jak oni żyli?
Hugo-Bader odkrywa  nich głębokie pokłady człowieczeństwa, których brakuje bohaterom innych jego książek. Wydaje się, że na Kołymie odnalazł jedynych w Rosji ludzi szczerych, odważnych i pomocnych. Przyjezdni, którzy przyjechali, by się tam dorobić (Kołyma jest bogata w złoża - od złota po uran) hodują w sobie homo sovieticusa - obojętnego na wszystko chama. Ale ci żyjący tam od lat i z własnej woli - są zupełnie inni. I tak kilometr po kilometrze przemierzamy z dziennikarzem ten niezwykły region - idziemy na spotkanie z córką Jeżowa (TEGO Jeżowa), na spotkanie z była więźniarką obozu dla kobiet, z nowobogackim oligarchą. I syberyjskim niedźwiedziem. 
Złapcie się na stopa z Jackiem Hugo-Baderem. Naprawdę warto.

Jacek Hugo-Bader. Zdj. kana.art.pl

No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger