December 29, 2014

Floating weeds (Ukigusa)

Podobno każdy kinoman trafi wcześniej czy później na filmy Yasujirō Ozu i już z nimi zostaje na zawsze. W moim przypadku też tak było i dzisiaj opowiem wam o pierwszym filmie Ozu, jaki widziałam - "Floating weeds" z 1959r., będący dźwiękowym remakiem niemego obrazu tego samego reżysera. 
Akcja dzieje się w malutkim nadmorskim miasteczku, do którego przypływa statkiem grupa objazdowych aktorów. (Japoński tytuł  "ukigusa" oznacza wędrowne trupy teatralne). Jej lider Komajuro (świetny Ganjiro Najamura, bardzo ceniony wtedy aktor teatru kabuki) przybywa do tego miejsca, które jest dla niego szczególne, ponieważ ma tu syna, który nie ma pojęcia, że jest on jego ojcem i całe życie żyje w przekonaniu, iż to jego wuj. Komajuro i matka chłopaka trzymają tę informację w wielkiej tajemnicy. O tym sekrecie dowiaduje się zazdrosna kochanka Komajuro i opłaca koleżankę, by uwiodła młodego Kiyoshi i sprowadziła tym samym nieszczęście i wstyd na rodzinę.
Ozu jak nikt w elegancki sposób potrafi pokazać radości i smutki "małego" codziennego życia.
Wszystko tu toczy się wolno, nikt nic nie przyspiesza tylko z tego powodu, że widz może się niecierpliwić (stąd wnoszę, że to tego rodzaju kina trzeba dojrzeć; pamiętam jak pierwszy raz oglądałam "Siedmiu samurajów" i skręcało mnie z nudów, zdobywali tę wioskę i zdobywali...). To ciche, delikatne kino, bardzo w duchu humanizmu. Reżyser przygląda się swoim bohaterom z ogromna ciekawością, jednak nie ocenia ich surowo.
Sam wątek z "Floating weeds" mógłby być pokazany przecież na tyle innych sposobów. Łatwo o tani dramat, jeśli poruszamy relacje rodzinne w filmie. Ale Ozu lubi swoje postacie. Dostajemy opowieść o zmęczeniu, starości, znudzeniu uprawianym zawodem, o prawdziwych wzlotach i upadkach, rozterkach, emocjach. To jest też wielkie kino małych elementów. Dawno nie widziałam niczego, gdzie tak liczyłby się każdy detal. Żaden rekwizyt, żaden gest i żadne słowo nie jest tu przypadkowe. Całe ceremonie podgrzewania sake, fragmenty sztuk granych przez aktorów na miejskiej scenie, uśmiechy i półuśmiechy, stroje. Przepiękna jest nostalgiczna muzyka (Kojun Saito) i dźwięk Poza tym to danie czasu nam - widzom-  na kontemplowanie kadrów, pozwala nam też z większa empatią wejść w stany duchowe bohaterów. Pomaga nam w tym statyczna kamera, żadnych najazdów, odjazdów, szarpnięć. Po prostu cięcie. Na przykład kłótnia głównej pary w deszczu, który szumi, stuka i kapie jest być może jedną z najpiękniejszych kłótni, jakie widziałam w kinie. Ale jakakolwiek próba zbliżenia, zaglądania obiektywem przez ramię to jednej, to drugiej postaci, zepsułaby całość, którą widzimy tak:

zdj. pearcaster.com


Ozu to mistrz kompozycji."Floating weeds" w jakimś sensie ma też cechy elegii. To dzieło, które powstało u schyłku kariery reżysera. Reżysera, który przez całą swoją twórczość szlifował swój niepowtarzalny styl i który był odporny na filmowe nowinki i sposoby kręcenia. Mimo to nie trąci myszką, a wręcz przeciwnie, ten styl staromodny, cudownie nienowoczesny, jest jak powiew świeżego powietrza w dobie kina, gdzie większość obrazów przypomina jeden wielki migoczący setkami trylionów pikseli teledysk.

No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger