December 11, 2014

Kinfolk


W czasach upadającego rynku prasowego, magazyn, który powstawał jako produkt niszowy, poświęcony ruchowi slowlife, w ciągu dwóch, trzech lat (pierwszy numer ukazał się w 2011r.) katapultował się do miana gorącej bułeczki wśród magazynów i rozchodzi się w kilkudziesięciotysięcznym nakładzie na całym świecie. Wydawany w Portland kwartalnik Kinfolk, bo o nim mowa (dostępny w Polsce w oryginalnej, amerykańskiej wersji), jest z całą pewnością jednym z najbardziej dopracowanych pism, jakie zdarzyło mi się mieć w rękach. Żadnej wtopy - totalna, estetyczna radość. Wszystko tu jest przemyślane - od typografii po zdjęcia (zresztą dla samych fotografii choćby warto byłoby kolekcjonować Kinfolk; kto nie ma dostępu do wersji papierowej, może podglądać fotografie na Pinterest lub Instagramie).


Magazyn traktuje o szeroko rozumianej prostocie życia. Teksty, zdjęcia, grafika - wszystko tu jest zgodne z założeniami  minimalizmu. Mniej znaczy więcej (dlatego na przykład nie ma tu reklam!) Jest zatem o małych i ważnych rzeczach w życiu - na przykład ostatni numer poświęca teksty między innymi światłu i zimowemu spowolnieniu; jest sporo o designie i o tym, jak być bliżej natury, jak tworzyć lokalną społeczność. Wreszcie o tym, jak jeść (jest już nawet kucharska książka The Kinfolk Table) - niespiesznie, wspólnie gotując i piekąc, zrobiwszy uprzednio zakupy na targu ekologicznym. 


To ostatnie piszę z przekąsem, bo moda na slowlife zazębia się jednak czasem w drażniący sposób z hipsterstwem.  Bohaterowie magazynu (zazwyczaj piękni, młodzi i biali, co zarzucał już jakiś czas temu w swojej nad wyraz ironicznej recenzji The New York Times) nie korzystają ze zdobyczy nowoczesności, nie gapią się w tablety i smartfony, za to noszą brody i flanelowe koszule, radośnie taplają się leśnych jeziorkach, imprezują przy ognisku i wstają rano na wschód słońca. Nie pracują w korporacjach, wykonują wolne zawody (projektują lampy na przykład) lub są fachowcami w rzadkich i ciekawych dziedzinach. Jest to oczywiście pewna wizja świata, jaką Kinfolk sprzedaje, natomiast przyznam szczerze, że ja to kupuję. Zwłaszcza że całość jest utrzymana w duchu wabi-sabi.Wiele w Kinfolku z wzornictwa duńskiego i japońskiego. Mowa zatem o pięknych skandynawskich wnętrzach, zalanych światłem, z parkietami z surowych desek. Albo o radości z ręcznie robionych prezentów owiniętych w szary papier. Wszystko tu zgodne jest z tą koncepcją. Od okładki, przez kolor papieru, po jego jakość.  Nic dziwnego, że ten propagujący zwolnienie tempa życia i minimalizm kwartalnik kosztuje niemałe pieniądze nawet jak na standardy amerykańskie (18$, w Polsce można go kupić za ok. 65 zł). 
Ale estetyka zen jest mi bliska. Lubię czytać o rzeczach ładnych, podglądać w fotoreportażach życie innych ludzi. Lubię czytać z rozmowy z ciekawymi osobami. Kinfolk jest zwyczajnie przepiękny.

A na deser mój ulubiony kinfolkowy filmik. No niech mi nikt powie, że się na to nie łapie:


5 comments:

  1. Jacie... musi być świetny. Cena rzeczywiście zwala z nóg, można go dostać w Empiku? Bo wiesz, zawsze można sobie tam powertować chociaż chwilę :)
    A tak serio, to ja jako typowy mieszczuch strasznie czuję się czasem zagubiona w swoich pragnieniach. Z jednej strony chcę czerpać wszystko co miasto jest w stanie mi zaoferować i nic nie tracić, z drugiej pragnę odpoczywać i cieszyć się chwilą, zwolnić.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Czasem można, ale w Empiku rozchodzi siew chyba w pięć minut, bo ja zawsze słyszę , że "już nie ma". Online możesz go kupić na stronie (także poprzednie numery) bookoff.pl :-)

      Delete
  2. Nie słyszałam o tym kwartalniku. Ale cena mnie trochę przeraża....

    ReplyDelete
    Replies
    1. Z drugiej strony ta cena tylko raz na trzy miesiące, nie co miesiąc. :-)

      Delete
  3. Muszę kiedyś wstąpić do Empiku i poczytać/pooglądać Kinfolk :-)

    ReplyDelete

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger