December 22, 2014

Ludzie Boga



Film Xaviera Beauvois (Grand Prix festiwalu w Cannes w 2010r.) traktuje o prawdziwych wydarzeniach z 1996r. w Algierii - siedmiu członków chrześcijańskiego zakonu trapistów zostało uprowadzonych, a następnie zamordowanych przez islamskich fundamentalistów.  My oglądamy na ekranie to, co działo się przed tym tragicznym finałem. 
To skromny w formie film. Bez montażowych szaleństw, kombinacji z filtrami. Dużo długich ujęć, które po pierwsze spowalniają akcję, a po drugie doskonale oddają charakter życia w klasztorze. (Bardzo mi się miejscami "Ludzie Boga" kojarzyli  ze wspaniałym obrazem o życiu w zakonie - "Into great silence"). Zakonnicy pracują w ogrodzie, śpiewają gregoriańskie chorały i pięknie się modlą w kaplicy, do której przez kolorowe szybki witraży zagląda afrykańskie słońce. Widzimy ich jako rozsądnych, ciężko pracujących, głęboko wierzących. To ludzie rozumiejący każdy aspekt wspólnoty.
Mnisi, którzy żyją w małej wiosce u stóp gór Atlas, od dawna są zaakceptowani przez miejscowych. Nie nawracają ich, ale też nie żyją obok. Razem tworzą tę niewielką, sympatyczna społeczność. Pejzaże wokół zapierają dech urodą - algierskie góry błyszczące czerwienią, serpentyny piaszczystych dróg pomiędzy nimi. Ziemia niczym pocałunek Boga. 
Z góry wiemy, że ta idylla nie będzie trwała wiecznie. Trwa wojna domowa w Algierii. Rysa na obrazie zaczyna się powiększać od samego początku - do wioski docierają wieści o brodatych zbirach, którzy podrzynają gardła wszystkim, którzy nie stosują się do prawa szariatu. Pewnego dnia mordują chorwackich budowlańców pracujących w pobliżu. Mnisi wiedzą, że przybycie terrorystów do klasztoru jest tylko kwestią czasu. 
Zaczynają się bać. Tak zwyczajnie, po ludzku. Kilku z nich nie jest gotowych umierać za wiarę. Zastanawiają się nad powrotem do Francji. Dramaturgia filmu opiera się na tym właśnie dylemacie - zostać czy uciekać? Suma sumarum zostają. Boją się, ale nie chcą być tchórzami, poza tym czują ciężar odpowiedzialności za miasteczko. 
Najpiękniejszą, najbardziej wzruszająca sceną w filmie jest ostatnią wieczerza. Klamka zapadła. Wiedza, co się stanie. Przełamują się chlebem ze łzami w oczach. Mnóstwo tu zbliżeń i detalu. Pomarszczone twarze, blade palce rozrywające kromki, oczy, które mówią wszystko. 
Film nie rozpatruje na szczęście swoich bohaterów w kategorii czarno-białej. Dobrzy chrześcijanie kontra dzicy muzułmanie? Nie. Wiele tu taktu, bo sprawa jest wielowymiarowa. Jeden z imamów mówi mnichom, że on sam tego nie rozumie. Kto zabija, nie postępuje według Koranu. Z kolei jeden z terrorystów pokazuje na mgnienie oka ludzką twarz - uszanował dom modlitwy, jakim jest klasztor i by nie wnosić na jego teren broni, rozmawiał w przeorem poza bramą. 
Do porozumienia między ludźmi brakuje po prostu chęci, otwartości, zrozumienia. Zaszłości historyczne, francuska kolonizacja Algierii mają tu niebagatelne znaczenie.  Dlatego z jednej strony wprawił mnie ten film w dumę za przynależność do gatunku ludzkiego, a z drugiej - w pełne do tego obrzydzenie. Nie jestem religijna, ale wiara przedstawiona "Ludziach Boga" poruszyła we mnie jakąś strunę, na której nikt dawno nie zagrał. 
Brawa dla aktorów, którzy tchnęli życie w swoich bohaterów, bo można było z łatwością te role przeszarżować. Brawa dla scenarzysty, który do serca wziął sobie maksymę, że mowa jest ze srebra a milczenie ze złota. Dzięki ciszy (w scenach klasztornych bardzo często nie ma nawet muzyki w tle) film jest stonowany, emocje zagęszczają się pomiędzy słowami a nie w nich.

No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger