December 16, 2014

Przeszłość



To trzeci film irańskiego reżysera Asghara Farhadiego, jaki widziałam. I trzeci tego twórcy, który obejrzałam na wdechu. Niewielu jest chyba filmowych artystów, którzy tak potrafią balansować emocjami, by nigdy, przenigdy nie przekroczyć cienkiej granicy, poza którą znajduje się kicz i melodramat. 
Nie da się w zasadzie streścić historii przedstawionej w "Przeszłości"  - w kilku słowach brzmi banalnie. On (Ahmad, w tej roli Ali Mosaffa) przylatuje do Paryża po kilku latach nieobecności, by dać jej rozwód (Marie, grana przez argentyńską aktorkę Bérénice Bejo), gdyż chce ona rozpocząć nowe życie u boku niejakiego Samira (świetny Tahar Radim, znany z obsypanego nagrodami "Proroka"), z którym jest w ciąży, ale którego żona aktualnie znajduje się śpiączce.
Scenariusz soap opery przy tym streszczeniu brzmi poważnie, prawda? Nic bardziej mylnego. Film jest pełen zwrotów akcji, niczym w dobrym kinie sensacyjnym oraz niuansów relacji międzyludzkich. Nic nie jest kategoryczne i nic nie jest na pewno. Ponieważ w odniesieniu do innych ludzi, zwłaszcza tych najbliższych, rzadko kiedy jesteśmy w sytuacjach zero - jedynkowych.
"Przeszłość" jest zatem dramatem jak się patrzy, dogłębnie penetrującym uczucia swoich bohaterów, każąc im samym raz po raz się z nimi zmierzyć i sprawdzać je.   Mistrzostwo tego emocjonalnego misterium polega na tym, że dajemy się mu porwać i nami - widzami - targają emocje, stawiamy pytania, na które nie ma łatwych odpowiedzi. 


Niesamowite, z jakim wyczuciem aktorzy są przez Farhadiego prowadzeni. Żadnego rysowania grubą kreską. Wszystko zawiera się w spojrzeniach, półuśmiechach i drobnych gestach. I choć film ten nie jest tak doskonały jak poprzednie dzieło artysty (fantastyczne Oscarowe "Rozstanie"), ale to chyba tylko i wyłącznie dlatego, że ten dramat jest bardziej kameralny. Nawet Paryż w ogóle tu "gra" i w sumie akcja mogłaby się dziać gdziekolwiek indziej. To Miasto Świateł a rebours - nie jako tło dla namiętnego romansu, ale jako miejsce, gdzie bohaterowie kaleczą palce w kolczastych, trudnych i niejednoznacznych związkach.
Gdzieś tam z tyłu głowy mam kino Kieślowskiego, kiedy oglądam Farhadiego. I dla jednego, i dla drugiego wytyczną dla postaci stanowi etyka. Co mogę? Czego mi nie wolno? Gdzie jest granica pomiędzy tym, co moralne a co niemoralne? Czy dla wszystkich jest ona taka sama? Chcąc nie chcąc stał się ten irański reżyser narratorem "domowych melodii". Ich bohaterowie chcieliby wymazać przeszłość gumką, udawać, że jej nie było i nie ma ona żadnego znaczenia, żyć tu i teraz. Tylko że tak się oczywiście nie da. Bo przecież przeszłość to dziś tylko cokolwiek dalej.

No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger