January 20, 2015

Down to the bone



Bardzo lubię filmy, które wygrywają w Sundance. Zresztą w ogóle lubię "małe" amerykańskie kino, niezależne, za niedużą kasę. Ale takie, które jest blisko ludzi takich jak ja i ty. Bez fajerwerków, bez odrobiny "glamour".
Taki był też film "Down to the bone", który wygrał w Sundance jedenaście lat temu. Czyli mam poślizg w oglądaniu, ale to nic nie szkodzi, bo takie historie się nie starzeją. To bardzo dojrzały film Debry Granik o zwykłej kobiecie, matce, pracownicy, uzależnionej od kokainy. Wszystko się kręci i wszystko jest pod kontrolą, dopóki jest szczypta białego proszku w nosie. 
Irene grana jest przez przez niezwykłą Verę Farmigę - to bardzo realistyczny portret człowieka w matni, naprawdę aktorsko to jest wybita rola. Irene w każdym razie po fakcie, gdy zamierzała spieniężyć czek urodzinowy synka na dragi, postanawia pójść na odwyk i staje przed najważniejszą bitwą życia - sama ze sobą. Ale nie ot tym jest dla mnie ten film. To znaczy nie tylko o wychodzeniu z nałogu. To przede wszystkim opowieść o dojrzewaniu do bycia rodzicem, do bycia odpowiedzialnym. Ale bez cienia dydaktyki czy taniego sentymentalizmu. Irene jest człowiekiem z krwi kości. Jest i zła, i dobra. Ulega pokusie (którą symbolizuje nie kto inny jak wąż chowany jako zwierzątko domowe przez jej dzieci)  nie dlatego, że jest słaba, tylko dlatego, że jest ludzka. I wszyscy mamy swoje słabości, chociaż lubimy myśleć, że tacy jesteśmy lepsi od reszty. Otóż nie jesteśmy. Ale tylko Farmiga mogła tak to zagrać, byśmy jej uwierzyli.

2 comments:

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger