January 01, 2015

Gone Girl

Nie będę wyjątkiem, jeśli powiem, że bardzo lubię filmy Davida Finchera. Są odpowiednio wielowarstwowo posępne. To tak pół żartem, pół serio, ale jeśli oczywiście spodziewamy się po kinie doznania lekkości bytu, to nie z tym reżyserem. "Siedem", "Zodiak", "Dziewczyna z tatuażem", "The Social Network" - to nie są opowieści o tym, jacy ludzie są mili.
Nie inaczej jest w thrillerze "Gone girl". Głównemu bohaterowi (Ben Affleck, w najlepszej formie ever; nie przepadam zwykle za tym drewnianym aktorem, wolę go jako reżysera) w piątą rocznicę ślubu w dziwnych okolicznościach znika żona. Policja podejrzewa jego samego o dokonanie morderstwa. To jedna narracja. Druga - owej zaginionej żony, prowadzona równolegle (wątki przeplatają się), opowiada zdarzenia z jej punktu widzenia. Obie narracje zbiegają się w połowie filmu, by wspólnymi siłami zaskakiwać widza kolejnymi meandrami, to jest zwrotami akcji. Całość jest adaptacją poczytnej powieści Gillian Flynn, ale myślę, że pewnie lepiej jej nie znać, jeśli chcemy wycisnąć  z całego suspensu wszystkie soki. Zwłaszcza, że Flynn napisała do filmu scenariusz, zatem skondensowała książkę najlepiej jak umiała. (Brzmię obrazoburczo namawiając do nieczytania książki, ale ja rzadko sięgam po niektóre lektury  - z założenia rzadko po kryminały, poza wakacjami, szkoda mi czasu).
Bardzo jest ten film w duchu Hitchcocka. Po pierwsze mamy piękną, zimną blondynkę jako femme fatale (śliczna Rosamund Pike, która po latach grywania ogonów i ról drugoplanowych w tak ciekawych projektach jak "Duma i uprzedzenie" czy "Była sobie dziewczyna" nareszcie dostała szansę i zagrała, wyśmienicie zresztą, pierwsze skrzypce), po drugie całość jest bardzo elegancka (zdjęcia robił, po raz kolejny u Finchera, Jeff Cronenweth), ale też w równych proporcjach - zabawna, zwodnicza i zaskakująca.
"Gone girl" jest thrillerem pozornym. Mamy oczywiście zbrodnię, zawiłe śledztwo, niejednoznacznego bohatera - nie wiemy, czy Nick to miły, ciapowaty facet, bo jest jednocześnie na tyle ponury, że wygląda na takiego, który mógłby zabić, ale stanowi to jedynie pretekst do powiedzenie dwóch innych ważnych rzeczy - analizy współczesnego małżeństwa, ludzi, którzy są razem ze sobą tylko dopóty, dopóki życie nie zaczyna być - z różnych powodów - odrobinę za trudne. Jest to też rzecz o jedynaczce (Amy, zaginiona żona; nota bene Pike, która ją gra też jest jedynaczką ;-)), wokół której kręci się świat i która przyzwyczajona jest, by świat do stóp padał na każde skinienie. Jedynaczka ta ma oczywiście cechy socjopatki i psychopatki, nie mniej jednak my jako widzowie cały czas poruszamy się w świecie Amy. Rządzą tylko jej zasady. Świat książek, których jest bohaterką (córka stanowi dla rodziców pisarzy pierwowzór literackiej postaci) zaczyna blednąc w porównaniu ze światem rzeczywistym. Tu z kolei czyhają jednak dziennikarze i kamery, którzy z takich tanich sensacji - mąż zabił młodą, piękną żonę - robią mało strawną papkę informacyjną dla mas. Krótkie sceny, w których widzimy dziennikarskie wozy koczujące przed domem Amy i Nicka pokazują, jak wygląda praca sępów  - paparazzi i jakie ochłapy wystarczają do zrobienia newsa (dlatego a propos bardzo czekam na film "Nightcrawler z Jakiem Gyllenhaalem).
Mimo tych wszystkich zalet nie jest to najlepszy film Finchera. Jest mroczny i inteligenty, ale coś zgrzyta podczas przechodzenia z jednego odcinka akcji do drugiego. Nie odbywa się to płynnie. Wzrost napięcia nie odbywa się stopniowo, tylko są to jakieś takie szarpnięcia, które mnie wytrącały z rytmu. Możliwe, że najbardziej rozdrażnił mnie wątek byłego chłopaka Amy, którego postać wkracza pod koniec filmu. Postać do bólu przewidywalna, bardzo blado wypadająca przy dwójce głównych bohaterów.

Na zdjęciu poniżej Ben Affleck i Rosamund Pike na okładce "Entertainment Weekly" , które nawiązuje, oczywiście, do słynnego zdjęcia Johna Lennona i Yoko Ono.


6 comments:

  1. Chciałam go ostatnio obejrzeć ale małż wybrał co innego. Chętnie wrócę do niego, skoro był warty by o nim napisać!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Wróć. Zakończenia nie rozkminiłam ani ja, ani Ł.

      Delete
    2. Zakończenie - zagadka. Film dobrze mi się oglądało, ale na kolana nie rzucił.
      Mnie ostatnio najbardziej w głowie namieszał film "Enemy" z ukochanym Gyllenhaalem. Wynudziłam się nieziemsko i większości scen nie rozumiałam.

      Delete
  2. Nie czytam, co napisałaś, bo właśnie zaczęłam czytać książkę :) Czytałaś? Jak się ma do filmu?

    ReplyDelete
    Replies
    1. Nie czytałam i już teraz raczej nie przeczytam. Ale autorka książki napisała scenariusz, więc zakładam, że dobrze ja skondensowała. ;-)

      Delete
    2. To ja biorę na siebie ocenianie książka - film :D

      Delete

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger