January 24, 2015

Obfite piersi, pełne biodra

Dręczą mnie czasem wyrzuty sumienia, że mało wiem o literaturze z innych kontynentów poza europejskim i amerykańskimi. Na moje usprawiedliwienie  - niewiele ich na polskim rynku księgarskim w sumie. Książek z Afryki, Bliskiego i Dalekiego Wschodu czy nawet Australii jak na lekarstwo. Choć są pewne jaskółki zmian. 
Poza tym ogrom literatury anglosaskiej i polskiej, który jest nadal przez mnie nieprzeczytany, straszy swym ciężarem i nierzadko sięgam po to, co już mniej więcej sprawdzone. Ale mam postanowienie czytelnicze na ten rok - wyjść poza strefę komfortu i przeczytać z Indii, coś z Czarnego Lądu, coś z Chin. Dlatego literacki Nobel dla Mo Yana w 2012r. stał się nareszcie dla mnie pretekstem do zmierzenia się z jedną z jego powieści. Na pierwszy ogień poszła najbardziej znana książka chińskiego pisarza - "Obfite piersi, pełne biodra".

I znów - na nieszczęście - w trakcie czytania miałam same skojarzenia z tym, co znam. Heller, Kafka, Marquez, Rushdie. A może szukanie paralel to tylko pewien sposób oswajania nowości? Na pewno lektura tej powieści była literacką przygodą. I ucztą. 
Ogromna ta książka składa się z dwóch wątków w zasadzie - jednym z nich jest Historia. Akcja zaczyna się w roku 1900 i prowadzi nas przez wojnę chińsko-japońską, druga wojną światową, reżim Mao i jego rewolucję kulturalną, aż po czasy uwolnienia gospodarki i gigantyczny ekonomiczny rozwój kraju. Jakby nie było - XX wiek w Chinach w pigułce. Drugi wątek to losy pewnej rodziny - matki, jej ośmiu córek i jednego syna, który jest głównym narratorem. Cała przewrotność tej powieści zaczyna się już momencie wyboru postaci - oprócz syna, są to same kobiety. Kobiety, które w historii Chin nie miały zbyt wiele do gadania. Mo Yan ukazuje nam za ich pomocą całą ironię losów swojego ogromnego kraju, a już lata powojennego komunizmu są potraktowane z (hellerowskim właśnie) sarkazmem i są momenty, że nie można przestać się śmiać. Choć książka jako taka nie jest zabawna. Bohaterowie nurzają się w całym brudzie życia i nie wszyscy wychodzą z tego bez szwanku. Matka przeżywa wszystkie swoje córki. Jedynym dzieckiem, które ocaleje, jest ten wyczekany, wychuchany syn, który wcale nie wyrasta na dojrzałego faceta i nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Ma on obsesję na punkcie kobiecych piersi, lata całe żywi się tylko mlekiem matki i nie potrafi być silny i odpowiedzialny. Na tle swych stanowczych, wojowniczych i namiętnych sióstr wypada bardzo blado. 
Cała rodzina Shangguan przypomina nieco familię Buendiów - magiczny realizm Mo Yana splata się  realizmem magicznym Marqueza. Ale także z naturalizmem i realizmem - nie brak tu scen drastycznych, absurdalnych, okraszonych wisielczym humorem.W zasadzie gdyby powstała ekranizacja, miałaby pewnie wiele wspólnego z filmem "Przyczajony tygrys, ukryty smok".
Ogromne wrażenie robi plastyczny język powieści - bardzo dobre jest to tłumaczenie Katarzyny Kulpy (osobiście dziękuję za przypisy, które wyjaśniają pewne realia chińskiej rzeczywistości, o których nie miałam pojęcia). Narracja jest obrazowa i łączy warstwę historyczną, magiczną i realistyczną powieści w jedną całość bez żadnych zgrzytów. To niezwykła panorama Chin ostatnich stu lat. 
"Ten, który nie mówi" (to właśnie znaczy literacki pseudonim "Mo Yan") ma tak naprawdę sporo do powiedzenia. I to ważnych rzeczy. 


Zdj. nybooks.com
Świetny artykuł o pisarzu TU.

2 comments:

  1. Już sam fakt pojawienia się w tej książce realizmu magicznego mnie przekonuje. Przyznam, że nie znam prozy tego autora. Pojawiła Ci się literówka w zdaniu: " Na pierwszy ogień poszła najbardziej znana książka chińskiego pisarza - "Obfite piersi, pełen biodra"." W tytule książki, powinny być "pełne" :)

    ReplyDelete
  2. Literówki nieuniknione w czasie pisania na komputerze.

    ReplyDelete

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger