January 03, 2015

Still Alice

Julianne Moore jest jedna z moich najukochańszych, najulubieńszych aktorek. (Poza tym reprezentuje także typ urody, za którym przepadam).  Naprawdę niewiele artystek ma ten szczególny dar do grania dramatycznych niuansów tak jak ona. Stworzyła wiele, wiele mocnych, rozdzierających serce kreacji - ostatnio biłam jej brawo, gdy wcieliła się w role Sarah Palin, kontrowersyjnej gubernator Alaski w filmie "Game change".  Cały czas też noszę w sobie historie Laury Brown i Cathy Whitaker, bohaterek filmów "Godziny" i "Daleko od nieba". Ale śmiem twierdzić, że jej Alice Howland z obrazu "Still Alice" jest być może najlepszą rolą w jej karierze.
Film jest adaptacją głośnej książki Lisy Genovy (pod polskim tytułem "Motyl") i opowiada o doktor lingwistyki, która w dość młodym wieku zapada na chorobę Alzheimera. Jest to zatem opowieść o znikaniu pamięci, która konstytuuje wszystko, czym jesteśmy. Nie inaczej jest w przypadku Alice - to, na co pracowała i co było jej dumą - uniwersytecka kariera, życie rodzinne, dzieci - zaczyna blednąc i tracić kontury. Alice przestaje być Alice. (Stąd tytuł - "Still Alice").
Julianne Moore jest zachwycająca, a towarzyszący jej aktorzy (Alec Baldwin, Kate Bosworth i po raz pierwszy niedrażniąca brakiem osobowości Kristen Stewart) godzą się na swe role wspierające, bo historią Alice jest tylko historią Alice i niczyją więcej. To co udało się twórcom  filmu (w podwójnej reżyserii Richarda Glatzera i Washa Westmorelanda), to uniknięcie pułapki melodramatyzmu, bo przecież w filmach o chorobach bardzo łatwo rozszlochać widza i torturować go scenami cierpienia i pożegnań. "Still Alice" to nie tylko dobry film, ale także niezwykła opowieśc o walce z chorobą. Jest tu kilka momentów a la Hollywood (naprawdę warta wiadra łez jest scena, w której Alice wyznaje mężowi, że jest chora) , ale generalnie to skromne, szczere i bardzo intymne dzieło. 

Zdj. dailymail.co.uk

Pokazanie dezintegracji osobowości wywołanej chorobą Alzheimera na ekranie wydawałoby się karkołomnym zadaniem. I tu genialne umiejętności Moore robią całą robotę - po jej twarzy widzimy, jak bardzo Alice z minuty na minute przestaje być sobą. Zapada się w siebie, traci orientację, świat wokół niej zaczyna być światem bez nazwy. Stąd ostatnia scena filmu to tym razem nie ściemnienie obrazu, tylko rozjaśnienie. Oto czym stał się mózg Alice - tabula rasa. 
Najstraszniejsze tej chorobie jest to, że w początkowej fazie, pomiędzy etapami zaburzeń pamięci, są stany dawnej świadomości i człowiek rozpada się na kawałki wiedząc o tym. Wiedząc, że każdego następnego dnia będzie tylko gorzej. Dlatego Alice tak wściekle walczy o zachowanie resztek własnej godności. Bardzo ważny i bardzo piękny film. Pociąg do Amerykańskich Nagród Filmowych na pewno miał tu swój przystanek. 

8 comments:

  1. To straszna choroba i oglądnie o niej filmów mnie po prostu dołuje...

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ale życie takie tez bywa...niestety.

      Delete
  2. Blog super! Czytam caly czas :). Co do filmu, dzięki twojemu wpisowi właśnie obejrzałam. Bardzo mi się podobał, a łzy mi wycisnął na scenie kiedy Alice czyta przemówienie :(
    Martyna

    ReplyDelete
    Replies
    1. :-) A dziekuje bardzo. Tak, tak, scena przemówienia wyciskacz niezły.
      Ścisk!

      Delete
  3. A ja wczoraj napisałam elaborat na temat filmu, dzięki Tobie obejrzanemu i komentarz wcięło :(
    ajjjjajaaaajjjjj
    Edyta Żebrowska-

    ReplyDelete
  4. Lubię Twojego bloga. Pisz, pisz, pisz :)
    Jeszcze raz Edyta

    ReplyDelete
  5. Dzięki. :-) Jezu, zaczynam się rumienić.
    Ci za film obejrzałaś???

    ReplyDelete

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger