January 05, 2015

The Equalizer


Zasadniczo piszę o filmach, które mi się podobały, ale dziś coś zjadę. Ostrzę pazurki.
Otóż ja i mój mąż miejscami mamy rozbieżne gusta filmowe. Żeby sprawiedliwości stało się zadość, on ogląda ze mną Bergmana, ja z nim "Ewolucję planety małp" (bardzo dobrą, o dziwo). Tym sposobem - film za film - obejrzałam całe mnóstwo obrazów, na które pewnie sama bym się nie wybrała. Tak też było w przypadku "The Equalizer" ("Bez litości") z Denzelem Washingtonem.
Raz, dwa trzy! Ile filmów o zemście potraficie wymienić jednym tchem bez namysłu? Niezliczoną ilość, prawda? "Prawo zemsty", "Wyrok śmierci", "Zdrada", "Adrenalina", "Godzina zemsty", "Oldboy", "Kill Bill", "Punisher", "V jak Vendetta"....Mogę tak długo, długo. Wy pewnie też. Każdy zatem, kto robi film z wendetą w roli głównej, powinien jakoś przegryźć temat i spróbować pokazać go tak, jakby go nigdy wcześniej nie było. (Ha, ha, co prawda nigdy nie udało mi się zrobić żadnego filmu, ale skrytykować zawsze można;-)). 
Tymczasem "The Equalizaer" jest nieco tylko inny od "Uprowadzonej" (1, 2 i 3)  z Liamem Neeseonem, zaś Denzel Washington jest kopią samego siebie z filmu o zemście sprzed dziesięciu lat  - "Man on fire" (bardzo niezłego thrillera). Denzel stanął w szranki sam ze sobą i przegrał. Sromotnie. Wyszło zatem coś, co od biedy można nazwać jako "aromat zbliżony do oryginalnego".
O czym zatem ten film prawi? Ano o Kopciuszku, prostytutce (w tej roli mało przekonująca Chloe Grace Moretz, którą znam z fatalnej ekranizacji "Carrie") w szponach rosyjskiej mafii, z której macek ratuje ją dzielny Robert McCall, były agent wojskowy, obecnie facet cud miód i do rany przyłóż. Każdemu pomoże, dla każdego ma tylko dobre słowo i uśmiech. Poza tym jest wdowcem i wieczorami czyta Hemingwaya. Czyli żyje dość nudnym życiem. Film do momentu starcia z gangiem także jest nudny. Nie dzieje się nic. Potem agent Robert postanawia rozprawić się ze światem i ściga wszystkich - od mafiosów, przez złodziei w sklepie po skorumpowanych policjantów. Ma oczywiście niesamowite zdolności, jest jak połączenie Stevena Seagala z Żółwiem Ninja. Zauważa szczegóły, których nikt nie widzi (mało tego, w tym momentach kamera robi zbliżenie na oczy bohatera, byśmy mogli dostrzec, jak zwężają mu się źrenice. Cyk, cyk, cyk.  Żaden skaner tak sobie nie radzi jak oczy Denzela.) Do tego walczy nie mecząc się, pięciu na jednego to pikuś, a poza tym konstruuje coś z niczego, czym przejawia pokrewieństwo z MacGyverem. 

 Zdj. moviepilot. com

Zgubiłam się w połowie filmu  - nie dlatego, że przestałam nadążać za prostym (prostackim?) wątkiem, ale dlatego, że nie wiedziałam, czy to miał być film serio, czy granie z konwencją. Zapowiadało się serio (reżyserował Antoine Fuqua, autor "Traing Day"!) , a potem było bardzo komiksowo, tylko bez komiksu. Nieśmiesznie. Całość nadęta jak balon, dlatego wbijam tę szpilę, by spuścić nieco powietrza.
Nie rozumiem jeszcze tylko, co w tym filmie robiła Melissa Leo? Bo że Washington może remontował basen w posiadłości i potrzebował pieniędzy, to jasna sprawa. Ale Leo w epizodycznej roli w takim gniocie to wyjątkowe marnotrawstwo talentu. Niemoralne wręcz.

No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger