February 02, 2015

Matka Makryna



Jacek Dehnel wyrósł na jednego z moich ulubionych współczesnych pisarzy. Z wielką przyjemnością czytało mi się "Lalę" i "Rynek w Smyrnie". Niezwykłe ma ucho na sferę językową i niezwykłym jest erudytą jak na kogoś tak (stosunkowo) młodego. Dlatego wiele obiecywałam sobie po "Matce Makrynie". Co to w ogóle za niesłychana historia!
Makryna Mieczysławska żyła w XIX w. i była fałszywą zakonnicą katolicką, podawała się za ostatnią przełożoną klasztoru bazylianek w Mińsku, który został zlikwidowany przez prawosławnego biskupa Siemaszko. Mieczysławska latami uchodziła za ofiarę prześladowań religijnych, na Zachodzie uwiodła swoimi barwnymi opowieściami o swoich rzekomych cierpieniach oraz boskich widzeniach ludzi ze wszystkich sfer społecznych z papieżem włącznie. Dyskutowano o niej na salonach w Paryżu i Rzymie, stała się natchnieniem dla Słowackiego, Mickiewicza, Wyspiańskiego. Za jej życia ukazało się oficjalne dementi ze strony rosyjskiej, gdzie nieprawdziwa bazylianka doznawała tortur, ale przyjmowano je w kręgach emigracyjnych z niedowierzaniem. Dopiero w 1923r. prawdę o niej opublikował ks. Jan Urban.
To niemal doskonałe kłamstwo wykorzystał Jacek Dehnel w swej najnowszej powieści oddając Matce Makrynie głos. Pierwszoosobowa narracja prowadzona jest dwutorowo w oryginalnej dziewiętnastowiecznej polszczyźnie. ("Szacun" za ten majstersztyk w warstwie językowej złożony z wielu archaizmów, których słowniczek znajduje się na końcu książki. ) Jeden tor jest to to, co mówiła Mieczysławska ludziom, którzy jej słuchali i którzy pragnęli słuchać konkretnych rzeczy. Dużo zatem o cierpieniach i torturach - prostym i sugestywnych językiem. Drugi tor to niejako spowiedź prawdziwej Wińczowej (tak naprawdę nazywała się Mieczysławska) i opowieść, skąd w ogóle pomysł, by podawać się za zakonnicę. Frapujący to zabieg, awers i rewers jednej historii. Dwie opowieści zaplecione jak warkocz, pierwsza jest drugą, druga pierwszą.
Mam tylko jedno "ale". Powieść jest za długa. W jednym z wywiadów usłyszałam, jak Dehnel mówił, iż planował "Matkę Makrynę" na 300 000 znaków, czyli jakieś trzysta stron. Szkoda, że nie pozostał przy tym pierwotnym zamyśle. Całość urosła dwa razy i jedyny efekt, jaki to dało, to znużenie czytelnika. Ja w każdym razie zmęczyłam się po połowie opowieścią Makryny, którą ta wyrzuca z siebie na jednym niemal wydechu i w zasadzie cały czas mówi to samo. Rozumiem, że chodziło o mocne wejście w postać, język i epokę, ale nie jestem członkiem zgromadzonej wokół Makryny gawiedzi i nie trzeba mi było powtarzać tych samych scen w kilku ujęciach.
Historia intrygująca, doceniam kunszt, ale wyczerpało mnie czytanie tej książki.

No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger