February 07, 2015

Olive Kitteridge



Najlepsza rzecz, jaką widziałam ostatnio. Mistrzowsko poprowadzony miniserial Lisy Cholodenko (tej od świetnego filmu "The kids are all right" z Julianne Moore i Annette Bening) o pajęczynie codzienności w małym miasteczku w Nowej Anglii; adaptacja książki Elizabeth Strout pod tym samym tytułem (nagrodzonej Pulitzerem). Przykleiłam się do ekranu na 4 godziny. W totalnym zachwycie, a o to u mnie nie jest łatwo. Jestem wybrednym widzem.
Tytułowa bohaterka - Olive Kitteridge - jest nauczycielką matematyki w gimnazjum. Typem belfra, o którym chcemy jak najszybciej zapomnieć kończąc szkołę. Olive jest sarkastyczna, szorstka w obejściu, nie bawi się w drobne uprzejmości i sentymenty. Jest mało lubianą osobą, zamkniętą w pancerzu, kolczastą, nie dającą do siebie dostępu. Nie umie okazywać czułości i miłości, ale to wcale nie znaczy, że nie czuje tych emocji. Czuje! I to jak!
W czterech odcinkach obserwujemy 25 lat  z życia Olive i jej męża Henry'ego. Męża, któremu dziwilibyśmy się, czemu wytrzymuje z kimś tak niemiłym (i kompletnie innym niż on sam) jak Olive, gdyby nie to, że Frances McDormand, grająca Olive, walczy jak lwica o swoją bohaterkę. Olive można nie lubić, nie dostałaby lajka na fejsie, o nie, ale bardzo chce się ją zrozumieć. "Lubialnośc"  (jaka jest polska wersja słowa "likability"???) jest jednak bardzo przereklamowana. Chodzi o coś więcej. Bierzemy ją ze wszystkimi jej słabościami i dziwactwami, bo jest tak rozpaczliwie... ludzka. Poza tym Cholodenko w fascynujący sposób dokonała psychologicznej dekonstrukcji osoby, która na pierwszy rzut oka wydawałby się taka łatwa do zaszufladkowania.No i Olive przeczy tezie, że bohater musi ewoluować, by być interesującym. Jest taka sama przez ćwierć wieku. W ostatnich kilku scenach ma odwagę to przyznać.

Zdj. previously.tv

Większość bohaterów zmaga się tu z depresją, ma różne kliniczne zaburzenia. Na skutek złych relacji z bliskimi, traum z dzieciństwa.  Dlatego uroda krajobrazu nic a nic nie osładza nam klimatu filmu. Życie jest pieklenie ciężkie. Trudne. I nie ma tu żadnej egzaltacji, przesady.
Podróż w czasie, choć nie w przestrzeni (cała akcja, poza epizodem w Nowym Jorku, dzieje się nadmorskim miasteczku w Maine - uroczym, gościnnym, żadne to Twin Peaks) i proces dojrzewania do siebie, akceptacji tego, kim jestem, jest osią tego serialu. Dlatego świetny tu scenariusz, któremu pomaga wybitne aktorstwo. Frances McDorman w roli życia (sama to twierdzi), partnerują jej świetny Richard Jenskins i bezbłędny Bill Murray, który tym razem nie jest śmieszny.
"Olive Kitteriridge" to perełka, jedna z tych, na które warto czekać. Tym cenniejsza w zalewie telewizyjnego chłamu.  HBO znowu stanęło na wysokości zadania.

2 comments:

  1. This comment has been removed by the author.

    ReplyDelete
  2. Lepiej bym tego ujęła:-) Dla mnie ten serial ma jeszcze ten dodatkowy wymiar, że Olive zachowuje się czasem podobnie jak osoby z ASD (choć ona sama nie ma ASD). Ci ludzie nie są, wbrew mitowi, pozbawieni empatii, ale ich zachowanie bywa źle odbierane. Nikt bardziej niż ja nie docenia dobrych manier, ale z drugiej strony ciąży mi czasem nacisk na konwencję, szczególnie na rynku pracy. Tak wielu ludzi z ASD mogłoby pracować i być pożytecznymi, gdyby nie fetyszyzowanie tzw. "people skills", i ignorancja menedżerów i HR-owców.

    ReplyDelete

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger