February 21, 2015

The Judge



Film z serii "odsmażmy tego kotleta raz jeszcze i zobaczmy, czy jest do strawienia". No może i jest, ale smaku toto nie ma żadnego.
Duvall, nominowany do Oscara i Downey Jr., który całość także wyprodukował - wysilają się jak może, by opowiedzieć nam znany z setek filmów schemat w możliwie najbardziej ciekawy sposób. Biedni są, bo po trzech minutach wiemy, jak się wszystko potoczy. Nic odkrywczego, świeżego nie udaje się przemycić ani w warstwie scenariusza, ani zdjęć, ani psychologii postaci. Downey gra bogatego prawnika bez skrupułów, którego śmierć matki wzywa w rodzinne strony, do zabitej dechami dziury w Indianie. W domu zastaje stan rzeczy niezmieniony od czasów, kiedy wybył w świat - surowego ojca (tytułowy sędzia), braci, którzy nigdy nie wyjechali i przeszłość, o której nikt nie lubi mówić. Pech sprawa, że ojciec zostaje oskarżony o morderstwo, zatem syn chcąc nie chcąc zostaje jego obrońcą.
Całość to stek banalnych klisz - od spotykania w mieścinie ludzi, z którymi wyrastał (którzy okazują się tymi najważniejszymi, prawdziwymi), przez romans z dziewczyną, z którą spotykał się w liceum i która jest oczywiście wolna i czekała tyle lat (Vera Farmiga, cudowna Farmiga, która nie miała co zagrać tym razem), po pogodzenie się z ojcem (naprawdę to nie jest spoiler, wpadniecie na ten trop, zanim skończą się napisy początkowe). Historia znana jak Biblia jak co najmniej, że wspomnę przypowieść o synu marnotrawnym. Ale film udaje bardziej głęboki niż jest. Bo mimo wszystko to nie jest opowieść o konfrontacji z tym, co było, z trupami w szafie ciasno upchniętymi na dnie, które wysypują się nagle i nie można nadal uważać, że się ich nie widzi. Zabrakło emocjonalnych highlight points, które pozwoliłyby nam, co z tego, że kolejny raz, ale przeżyć tę historię. Wzruszyć się. Przecież niezmiennie łażę do kina po to, by się wzruszać.
To dlaczego mimo wszystko warto? Ano z dwóch Robertów (ale poza nimi cała tu plejada gwiazd, bo i Billy Bob Thornton, i Vincent D'Onofrio) to osiemdziesięcioczteroletni Duvall jest w szczycie formy. Duvall, którego odkryłam w 1997r. w pięknym filmie "Apostoł" , i którego Hank jest pewnie łabędzim śpiewem jego wielkiej kariery. Gra w tym filmie starzejąca się gwiazdę sądownictwa. On, starzejący się gwiazdor brązowych lat Hollywood (wystąpił przecież w "Zabić drozda" razem z Gregorym Peckiem!). Odważna to rola, nie jest łatwo dawać świadectwo własnej niedołężności ze świadomością, że setki tysięcy ludzi będą to oglądać. Hats off!

Zdj. apnatimepass.com

2 comments:

  1. Gdzieś już czytałam o tym filmie, ale go jeszcze nie oglądałam. Sama nie wiem...

    ReplyDelete

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger