March 30, 2015

Exodus. Bogowie i Królowie



Thumbs down. Jeśli chodzi o filmy o Mojżeszu, to wolę "Księcia Egiptu". Jeśli chodzi o Ridleya Scotta, wolę świetnego "Gladiatora". Jeśli chodzi o Christiana Bale'a, to...no dobra, tego wolę zawsze.
To nie jest dobry film. Po pierwsze jest nudny (i to nie dlatego, że wszyscy znamy historię Mojżesza), po drugie pseudohistoryczny, co jest już poważnym zarzutem w obrazie, który sam siebie traktuje tak bardzo serio (napuszona muzyka Alberto Iglesiasa, który kilka lat temu zrobił świetną ścieżkę do "Volver").  Nic nie robi w tym kręconym z  rozmachem filmie wrażenia. Ani scenografia rodem z "Kleopatry", tylko ładniejsza, bo komputerowa, ani scenariusz, który igra z Biblią (Dlaczego starotestamentowe "Jestem, który jestem" zostało skrócone do "Jestem" pozostaje kompletnie niezrozumiałe), ani akcja, miejscami nielogiczna (Miriam, siostra Mojżesza pojawia się i nagle znika), ani efekty specjalne (kino ostatnio ukochało fale tsunami or what?). Sporo tu klisz z klasycznych "sandałowych" filmów z lat 50. i 60. Są rydwany, gigantomania, prostacki, komiksowy makijaż (nie poznałam Johna Turturro w roli faraona ojca) i czarne peruki (rola Sigourney Weaver sprowadza się w zasadzie tylko do przewracania oczami i noszenia peruki). Cała obsada wygląda jakby miała zrobić remake teledysku do piosenki Michaela Jacksona "Remember the time".
Niedawno gościł na ekranach kin "Noe" w reżyserii Darrena Arronofskiego i choć nie podobał mi się ten film, to wolę go mimo wszystko od dzieła Scotta, bo przynajmniej celowo odjechał od Biblii w stronę kina akcji i fantastyki. Cała opowieść była niejako na motywach historii z Pisma Świętego. Tu jest niby bardziej dosłownie, ale przez to widz nie bardzo rozumie, po co w zasadzie ciężar konfliktu pomiędzy Ramzesem a Mojżeszem zostaje przeniesiony na ten pomiędzy Mojżeszem a Bogiem, którym jest jakiś złośliwy, władczy chłopiec, nade wszystko pragnący zemsty i potrzebujący generała, który jej dokona. Generałem jest Mojżesz i choć Bale dwoi  się i troi, to nic ze swojej postaci nie wyciska i brzmi ona fałszywie w jego wykonaniu.
W ogóle zmarnowano tu talenty kilku niezłych aktorów. Aaron Paul ("Breaking Bad") nie mówi nic - czyżby Scott bał się, że wrzaśnie do wielbłąda "Move faster, bitch!"? , Joel Edgerton nie wygląda jak faraon-bóg, tylko jakby zszedł z hipodromu na niemieckiej Love Parade, Ben Kingsley dostał rolę poniżej swoich możliwości. Wszyscy i wszystko jest rysowane grubą kreską, co daje efekt w sumie nijaki. W ogóle nas te postacie nie obchodzą. Nic a nic. A i sceny bitew widzieliśmy lepsze, i historie biblijne na ekranie też widzieliśmy lepsze (ten same Bale zagrał choćby Chrystusa w ciekawym filmie "Maria, matka Jezusa"). Wtórność Scotta względem samego siebie jest zadziwiająca. O ile świeższy wydaje się zrobiony 15 lat temu (!!!) "Gladiator". Nie mówiąc o "Blade Runnerze", który wyprzedził całą epokę filmową.

4 comments:

  1. Wynika z tego, że słusznie ominąłem ów film łukiem najszerszym z możliwych.

    ReplyDelete
  2. Zdecydowanie nie dla mnie. Takie filmy nie leżą w kręgu moich zainteresowań.

    ReplyDelete

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger