March 23, 2015

Grand Budapest Hotel



W czasach kiedy chyba każda historia została już filmowo opowiedziana, dzieła Wesa Andersona są jak powiew świeżego powietrza. Jego opowieści są tak cudownie różne od wszystkiego innego, co leci na ekranie w sali obok.
Nadal moim ulubionych filmem pozostaje "Moonrise Kingdom", ale "Grand Budapest Hotel" oglądało się oczywiście przednio. To, co wyróżnia obrazy Andersona to fakt, że unikają one wmawiania nam, jak bardzo prawdziwą historię opowiadają. Tu wszystko od początku do końca jest umowne. Reżyser mruga do widza, w którego inteligencję ufa i mile łechcze jego intelektualną próżność odsyłając do innych znaków kultury, które z wielką wprawą wplata w swoje filmy.
W "Grand Budapest Hotel" Anderson zwodzi nas historyczną nieprawdą, osadzając akcję w latach trzydziestych ubiegłego wieku w fikcyjnym państwie Zubrowka i lawirując pomiędzy trzema strefami czasowymi - teraźniejszością, rokiem 68. i latami 30. Sam hotel pozostaje symbolem, hotelem-matką wszystkich hoteli w imperialnym stylu z czasów, gdy modne było jeżdżenie do wód lub w góry, by oczyszczać gruźlicze płuca w nieskażonym klimacie.
Zwodzenie odbywa się również w warstwie wizualnej - scenografia jest wielce teatralna, dużo planów ogólnych pokazuje nam hotel jak domek dla lalek osadzony na czubku wielkiej góry.
Akcji nie opowiem, bo całość jest fascynująca, zabawną i wielce nostalgiczną retrospekcją, wyprawą do czasów świetności tytułowego hotelu. To perfekcyjna żonglerka smutkiem i melancholią oraz czarnym humorem, absurdem i farsą. To filmowa opowieść szkatułkowa - każda postać prowadzi do następnej. Wszystko się zapętla i zazębia.
Anderson lubi obsadzać ulubionych aktorów nawet i w trzecioplanowych rolach. Dlatego kilka chwil jest tu i dla Harveya Keitela, i dla Willema Defoe, i dla Billa Murraya, i dla Jasona Schwartzmana, i dla Owena Wilsona. Choć całość kradnie tym razem i tak Ralph Fiennes.  Oraz wspomniana już absolutnie bajeczna, dopieszczona w szczegółach, kolorach, teksturze scenografia.
A muzykę Alexandre'a Desplata już dawno zamówiłam na CD i słucham bardziej niż namiętnie w samochodzie w drodze do pracy. "Hotel" zdecydowanie do odwiedzenia wiele, wiele razy.

1 comment:

  1. Teatralna scenografia - tak, to mnie pociąga i to bardzo!

    ReplyDelete

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger