March 20, 2015

House of Cards. 3. sezon


Gdzie przepadłam? Ano, pomiędzy pracę a dom udało mi się upchnąć w tym tygodniu trzynaście godzin "House of Cards". Dwa świetne pierwsze sezony tego serialu sprawiły, że po pierwsze czekałam bardzo na sezon trzeci, a po drugie zaczęłam bać się, że za dobrze szło, by czegoś nie spaprano tym razem, bo jednak ile może trwać dobra scenariuszowa passa? (choć "The Wire" i "Breaking Bad" udowodniły, że może i kilka sezonów).  Rozczarowania nie było, ale kilka małych zgrzytów i trzasków w tle to i owszem.
Nie, Frank Underwood nie manipuluje mniej, ale tak, jego żona Claire jest nagle wydelikacona jak spanielek. Dramat polityczny, jakim jest serial "House of Cards", ma nadal mroczną, gęstą atmosferę, główni bohaterowie są teraz mieszkańcami Białego Domu i jako prezydencka para usiłują utrzymać się na powierzchni mętnej wody, w której pływają same grube ryby, czyli notable i oficjele z najwyższej klasy politycznej i ekonomicznej.  Występki i podstęp dzieją się w przepięknej scenerii wnętrz - tym razem to one rzuciły się w oczy bardziej niż oszałamiająca w poprzednich sezonach garderoba Claire Underwood. Wielkie, piękne okna, dużo szarości, luksusowe tkaniny i materiały, każdy detal poszczególnych pomieszczeń dopieszczony przez niezwykle uważnych scenografów. Zresztą ten nadmiar monumentalności, kolumn i marmurów bardzo nawiązuje do starożytnej Grecji i Rzymu. To tam właśnie miały miejsce pierwsze tego typu krwawe intrygi na szczeblu władz najwyższych.
Sporo tym razem polityki zagranicznej. Rosyjski prezydent ewidentnie wzorowany na Putinie jest czarnych bohaterem, na którego tle wybryki Franka wydają się niewinne niczym młodzieńcze igraszki, a naprawdę nie powinny. I to jest moje główne "ale". My widzowie bardzo dobrze pamiętamy, że Underwood zdobył swój cel dosłownie po trupach, bezwzględne i bez żadnych rozterek moralnych. W niczym od Petrova/Putina lepszy nie jest. Business is business. A jednak jedynie ostatni odcinek tej serii przypomina nam, do czego rozjuszony i pamiętliwy pan prezydent jest zdolny. To amerykański Kaligula, który chce pokoju na Bliskim Wchodzie, o ironio i bezsensie! A raczej byłby nim, gdyby pozostał Frankiem U. z pierwszego sezonu. Tym, który nie wierzy w demokrację.
Tym dziwniej wygląda w tej serii jego żona. Dramaturgia trzeciego sezonu zbudowana jest wokół napięcia pomiędzy naszymi bohaterami. To dwa lwy, walczące do krwi ostatniej. "Zimna suka", jaka jeszcze w poprzednim sezonie była Claire, zmiękła, często się wzrusza i zamyka w sobie. Ale okazuje się też, co jest niezwykle ciekawe z feministycznego punktu widzenia, piętą Achillesową swojego męża. Nie ma Makbeta bez Lady Makbet. 
Gdzieś się zapodział minimalizm pierwszych dwóch sezonów, zabrakło mi poczucia, że zostawiono dokładnie tyle scen, ile było potrzeba i ani jednej więcej. Tym razem kilka razy miałam ochotę włączyć guzik fast forward
Tak czy siak, oczywiście warto. Mimo wszystko - Dear Netflix, well done. Chociażby dla Kevina Spacey i Robin Wright, którzy prezentują obłędnie inteligentne aktorstwo.

3 comments:

  1. Przyznam, że nie znam. I raczej w najbliższym czasie nie znajdę czasu by obejrzeć.

    ReplyDelete
  2. Rozumiem brak czasu bardziej niż bardzo.

    ReplyDelete
  3. Dzięki za opinię bez spoilerowania, ciekawa byłam jak się to dalej udało. Teraz z większą niecierpliwością czekam na kolejne godziny z Underwoodami, bo bardzo mnie zachęciłaś.
    Scoutek

    ReplyDelete

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger