March 09, 2015

Kronika ptaka nakręcacza



To było moje kolejne spotkanie z Murakamim, do którego mam stosunek ambiwalentny - cenię, miejscami podziwiam, ale nigdy nie klękam przed tą literaturą. "Kronika ptaka nakręcacza" jest książką, z którą na zawsze pozostanę pewnie w relacji love-hate.
Haruki Murakami jest najbardziej popularnym na świecie pisarzem japońskim. Ale choć jednym z ważniejszych tematów literatury japońskiej w ubiegłym stuleciu była próba odpowiedzi na pytanie "Co to znaczy być Japończykiem?", trudno zaklasyfikować autora trylogii "1Q84" do japońskich klasyków. Ten urodzony w Kioto potomek buddyjskiego mnicha, wychował się w portowym Kobe i przesiąkł amerykańską popkultura, którą przywieźli do tego miasta marynarze z USA. Nie da się ukryć, że ukształtowały go Hollywoodzkie filmy, jazz, ale też i muzyka klasyczna. Jego bohaterowie niemal wszyscy słuchają Haydna i Beethovena. I wiedzą, w czym grał Bogart czy Ginger Rogers. Poza tym jedzą spaghetti .
"Kronika ptaka nakręcacza" powstała w czasie, gdy Murakami wykładał na Princeton. Bohaterem książki jest trzydziestoletni mężczyzna Toru Okada. Nie pracuje, nie ma planów na przyszłość, tkwi w niezbyt udanym małżeństwie. Pewnego dnia wyrusza na poszukiwanie zaginionego kota, by chwilę później szukać także żony, której tajemnicze zniknięcie obnaża rozmiar straty i wartość związku. Poszukiwania prowadzą przez oniryczne światy, podziemnie miasto istniejące gdzieś pod Tokio oraz przez galerię niesamowitych postaci -proroków, dziwnych wróżek, kobiety-dziecka. 
Początek powieści był czarująco wciągający, ale tempo słabło w miarę jak fabuła gęstniała o coraz dziwaczniejsze wątki, odbijając od głównego nurtu to w prawo, to w lewo. Toru Okada reprezentuje dla mnie ból istnienia, nerwowość młodości, gdy nic nie wie się "na pewno" . Cudowne balansowanie na granicy rzeczywistości przechyliło się w połowie książki na stronę świata rodem z "'Alicji po drugiej stronie lustra", ale z tafli surrealizmu całość  spadła w miejscami kompletnie niezrozumiałą opowieść  nie wiem o czym. Miałam mętne wrażenie, że ktoś zapomniał, co chciał powiedzieć i plecie trzy po trzy. Gdzieś tam pewnie chodziło o to, by czytelnik poczuł się równie skołowany jak szukający żony Okada, ale sprawiło to, że odłączamy się emocjonalnie od samego Okady i tak naprawdę po 400 stronach kompletnie przestał mnie on obchodzić jako bohater, jego męki i zagubienie nie robiły wrażenia, a wręcz irytowały. 
Choć doceniam oczywiście kunszt rzemieślniczy, bo tak "pleść" to jednak nie każdy potrafi. Najbardziej podoba mi się jednak możliwość dekonstrukcji i wielość interpretacji tekstu, to jak Murakami bawi się na przykład greckimi mitami - o Orfeuszu i Eurydyce, o Minotaurze i jego labiryncie, a także wędrownym motywem bohatera (Bohatera), który samotnie wyrusza w świat pokonać smoka (czy cokolwiek innego, co uosabia zło). To jedna z tych książek, które stanowić mogą punkt wyjścia do fascynującej dyskusji o kulturze i antropologii.

2 comments:

  1. Ostatnio, przy okazji lektury "Rekina z parku Yoyogi" Bator, myślałam o Murakamim - dawno nie czytałam. Lubię jego powieści i znam tylko cztery, też przed nimi nie klękam, ale wspominam dobrze.

    ReplyDelete
  2. Podobał ci się Rekin? Mnie bardziej Wachlarz japoński. Zdecydowanie.

    ReplyDelete

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger