March 21, 2015

Nightcrawler



Szalona, mroczna satyra na tabloidową telewizję, która od lat w większości krajów święci triumfy i skazuje rzetelne dziennikarstwo na przebywanie w coraz ciaśniejszej niszy. 
Ludzie od zarania dziejów mają taką chorą tendencję do napawania się cudzą krwią. W średniowieczu tłumy oglądały publiczne tortury i egzekucje, dziś tym wszystkim karmi nas telewizja - if it bleeds, it leads. Stacje telewizyjne prześcigają się w tropieniu afer i ukazywaniu nam ciemnych stron życia. Katastrofy, morderstwa i pożary. Im więcej ofiar, tym lepiej.
Jake Gyllenhaal (fenomenalny po prostu) wciela się w rolę Louisa Blooma, kamerzystę freelancera, który specjalizuje się w kręceniu filmów z miejsc zbrodni i wypadków. Bloom jest całkowicie odhumanizowaną postacią i nie mamy od początku wątpliwości, że to typ, który nie tylko sprzedałby własną matkę, ale jeszcze chętnie by ją uprzednio poćwiartował, by więcej zarobić. Ale Gyllenhaal - mocno do roli odchudzony, mrocznie fascynujący - to nie jedyna siła tego filmu. Świetny jest scenariusz (autorstwa Dana Gilroya, który także film reżyserował) oraz zdjęcia Roberta Elswita, które w pierwszych ujęciach pokazują nam idylliczne, rozpalone słońcem LA, by zaraz potem zmieść tę fasadę i ukazać nam rozpad miasta prawa na wszelkich możliwych poziomach. Większa część filmu dzieje się nocą, co po pierwsze potęguje napięcie, po drugie wydobywa moralną zgniliznę głównego bohatera. Ulice Miasta Aniołów rozświetlają jedynie uliczne lampy, światła samochodów i lampa kamery. Elswit daje nam też możliwość poczucia się jak widzowie tabloidowej telewizji. Całość oglądamy bowiem niejako oczami Blooma - zatem wszystko jest jedynie przedmiotem, nie podmiotem. Nie ma rozmów, są interesy, nie ma prawdy - jest gorący news i spekulacje, nie ma ciał - są trupy. 

Zdj. theguardian.com

Ponieważ dzisiaj każdy może zrobić filmik za pomocą byle smartfona, konkurencja jest duża i ludzie, którzy zajmują się tropieniem wypadków nie znają żadnych granic i nie powstrzyma ich nic przed zrobieniem zdjęcia czy nagrania kilku sekund czegoś, co pierwsza lepsza telewizja kupi z pocałowaniem ręki. "Nighcrawler" boleśnie diagnozuje ten brak empatii i pogoń za świeżym mięsem. Za każdym kolejnym razem musi być mocniej, dosadniej i bardziej, bo widz wciąż czeka na mocniejsze bodźce, na stare przestaje reagować. Jak przestaje reagować, zmienia kanał. A chodzi przecież tylko o słupki oglądalności.
Gyllenhaalowi partneruje świetna, dawno nie widziana  Rene Russo jako szefowa nocnej zmiany w lokalnej stacji telewizyjnej.
Bardzo dobry, mocny film, po którym być może zechcecie pozbyć się telewizora (ja żyję bez telewizji już dziesięć lat - w 2005r. uznałam, że zeszła ona już na takie psy, iż nie jest dla mnie możliwością zniesienie pseudonewsów wymieszanych z reklamami środków na zaparcia).

2 comments:

  1. Obejrzałem ten film niedawno, podczas długiego lotu samolotem (12 godzin trzeba było jakoś wypełnić ;) ) Chciałem tylko na niego rzucić okiem, ale jednak Nightcrawler mnie wciągnął, choć - jeśli chodzi o fabułę - spodziewałem się najgorszego (np. tego, że sam "bohater" zacznie inscenizować wszystkie wypadki (o ile się nie mylę, to tylko jeden raz tak zrobił).
    Film niezły, ale jednak bardzo nieprzyjemny (choć ze świetnym wystąpieniem Gyllenhaala - a może właśnie dlatego?). Ale to pewnie tak miało być.

    To prawda, telewizja już dawno zeszła na psy, jeśli nie liczyć kilku niezłych seriali (podobno, bo te wiadomości mam z drugiej ręki - sam w zasadzie nie oglądam seriali, choć niedawno zrobiłem wyjątek dla "House of Cards" i "Sherlocka".)

    ReplyDelete
  2. Tak, niektóre seriale ratują jakieś resztki telewizyjnego honoru. "HoC" znam i cenie bardzo, ale "Sherlock" dopiero przede mną.

    ReplyDelete

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger