April 19, 2015

Hotarubi no Mori e



Najpierw była manga z gatunku shojo manga, czyli przeznaczona dla kobiecych czytelników w przedziale wiekowym 10-18. Napisała ją Yuki Midorikawa w 2002r. Czterdziestopięciominutowy film (anime ma się rozumieć ) pod tym samym tytułem, na podstawie komiksu, powstał dziewięć lat później w studiu Brain's Base i jego autorem jest Takahiro Omori. Muzycznie zilustrował go (świetnie, naprawdę świetnie, muszę poszukać soundtracku gdzieś) Makoto Yoshimori.
Hotaru jako dziewczynka gubi się w lesie, który należy do lokalnego bóstwa. Dziecko znajduje dziwny chłopiec w masce wilka, pomaga jej znaleźć drogę do domu i twierdzi, że żaden człowiek nie może go dotknąć, gdyż on sam wtedy zniknie. Taki czar rzuciły na Gina, bo tak ma imię bohater, leśne duchy. Małej Hotaru to jednak nie przeszkadza i wiedziona najpierw ciekawością, a potem sympatią wraca do lasu i do chłopca codziennie każdego dnia lata, by się razem bawić. I tak co roku. Mijają lata, każde wakacje u dziadka Hotaru spędza z Ginem. Wreszcie jako nastolatka zakochuje się w nim, z wzajemnością zresztą. Ale co zrobić z urokiem rzuconym przez duchy?
Ta anime jest bardzo subtelna - niewiele nas tu rozprasza, niewielu jest bohaterów, dialogi prowadzi w zasadzie tylko tych dwoje. Narracja skupia się na relacji pomiędzy dziewczynka a chłopcem, bo relacja ewoluuje tu z niewinnej w stronę romansu. Bardzo ładnie się to zresztą udało. Bo limitem tej przedziwnej znajomości jest brak dotyku. Latami go obchodzą - nie mogąc trzymać się za ręce trzymają dwa końce tego samego kija lub wstążki.
"Hotarubi no Mori e" to taka mała, zwyczajna - niezwyczajna historia. Prosto opowiedziana, a w swej prostocie i emocjonalnej zwiewności niezwykle urzekająca. O pierwszej miłości, którą pamięta się całe życie i której wspomnienie pielęgnujemy do późnej starości.
Bardzo podobała mi się ścieżka dźwiękowa i kolory w tej animacji. Wszystko malowane jakby akwarelą, co podkreśla delikatność i kruchość bohaterów. Wzruszający film - i ja, i moja pięcioletnia córka wycierałyśmy łzy.
A mnie Japonia siedzi za skórą od jakiegoś czasu. Jak zadra. Nie uwiera, ale przypomina, że warto spełniać swoje marzenia.  Japonia jest jednym z  moich. Tych najczulej pielęgnowanych.

No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger