April 16, 2015

Niezłomny



Angelina Jolie w butach Clinta Eastwooda. Nie widziałam jej reżyserskiego debiutu "In the land of blood and honey" , ale po "Unbroken" sięgnęłam z wielką ciekawością. 
To nie jest tak zły film, jak go przedstawiano w recenzjach. Jolie naprawdę zapanowała nad historycznym materiałem i bohaterami. Jakby nie było, stworzyła film wojenny z wielkim rozmachem, zatem nietrudno pewnie było zgubić się w szczegółach. Zwłaszcza że to opowieść na faktach.
Bohaterem "Niezłomengo" jest Louis Zamperini - amerykański biegacz włoskiego pochodzenia, który zdobył złoty medal na olimpiadzie w Berlinie w 1936r. Potem wybucha wojna i Zamperini spędza jej część (dwa i pół roku) jako jeniec w japońskim obozie. Niezwykle interesująca jest historia tego człowieka, kogoś, kto przeszedł tak wiele - od dryfowania w szalupie kilkadziesiąt dni po oceanie po tym, jak rozbił się jego wojskowy samolot (Zamperini w czasie wojny był bombardierem), czego teoretycznie nie miał prawa przeżyć, po tortury w wykonaniu sadystycznego komendanta obozu. Jest rzeczywiście jego postać symbolem ludzkiej niezłomności. Że nie można nikogo zniewolić do końca, jeśli ten ktoś nie chce. I że wszystko można przeżyć, wrogom wybaczyć, a samo życie okazuje się najsłodszą na oprawcach zemstą. Ja osobiście bardzo lubię takie historie, z gruntu amerykańskie.I to był genialny, genialny materiał na film. A jednak scenariusz pisany przy pomocy braci Coen coś zgrzyta.
Opowieść o Zamperinim sfilmował Roger Deakins  - mamy tu kilka niezwykłych zdjęć z niezwykłego życia. Jest i pięknie sfilmowane zagubienie na Pacyfiku - malutki żółty ponton pośród bezkresu wód, jest i groza japońskich przesłuchań w strugach deszczu. Wreszcie jest piękna scena w końcowej części filmu, kiedy Zamperini po raz ostatni udowadnia okrutnemu "Ptakowi" Watanabe, że ten może go zabić, okaleczyć, ale nigdy złamać.
Mamy w tym filmie echa zarówno "Cast Away","Rydwanów ognia", jak i "Mostu na rzece Kwai". Z jednym "ale". Jolie zapomniała uczynić ze swego bohatera trójwymiarową, pełnokrwista postać. I jest jak w klasycznej amerykańskiej kalce - biało-czarno czy też zero-jedynkowo jak kto woli. My to ci dobrzy, Japończycy to ci źli. Przy czym Zamperini jest niemal gloryfikowany w tym obrazie. Jest jak szablon niezłomności - zaczyna się od biegów, treningów, zwycięstw, kończy na serii duchowych i moralnych zwycięstw nad japońskimi żołnierzami. I jednocześnie wszystko jakoś tak po łebkach. Przeskakujemy z jednego rozdziału życia Zamperiniego do drugiego, każdy bardziej chwalebny - łącznie z epilogiem, w którym dowiadujemy się, że nasz bohater wybaczył zbrodniarzom, pojednał się z nimi, pobiegł ze zniczem olimpijskim na Igrzyskach w Tokio nawet. A gdzie na przykład uścisk dłoni Hitlera na Olimpiadzie w Berlinie? Jakakolwiek refleksja inna od tej, że był wspaniały i odważny?
To nie jest, jak już pisałam, zły film. Ale biorąc pod uwagę książkę Lauren Hillebrand, na podstawie której powstał, mając taki materiał gotowy do filmowej obróbki i tylu doświadczonych fachowców, którzy przy tym filmie pracowali, za mało w "Niezłomnym"  napięcia. Za mało widz utożsamia się z Zamperinim, bo jest on tak cudowny, kulturalny i miły, że aż nieludzki.

Zdj. blogs.indiewire.com

No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger