May 11, 2015

Kompania braci



Wiosną i latem ciężko znaleźć czas na wpisy tutaj. Pogoda za oknem zachęca do pedałowania rowerem przez pola i lasy i chwilami żal mi czasu na pisanie o tym, co oglądam i dlaczego. Dlatego o tej porze roku wpisów będzie mniej. Nie mówiąc o tym, że życie zawodowe wysysa ze mnie sporo energii, niestety.
Dziś kilka słów o miniserialu z 2001r., na jakim zawiesiłam się przez parę ostatnich wieczorów. Nie jest nowy, obił mi się o uszy dziesiątki razy, jego największym fanem jest mój mąż i to on namówił mnie na seans. 
"Kompania braci" jest rezultatem producenckiej współpracy Toma Hanksa i Stevena Spielberga   i jest epicką opowieścią o losach amerykańskich spadochroniarzy po lądowaniu w Normandii. (Tak, skojarzenia z "Szeregowcem Ryanem" jak najbardziej wskazane). To niezwykle realistyczne filmowe spojrzenie na drugą wojnę światową przez pryzmat Aliantów. Do każdego z dziesięciu odcinków wprowadzają nas krótkie rozmowy z prawdziwymi żołnierzami z Kompanii E, którzy przeżyli D-day i po latach nadal pełni emocji i wzruszenia opowiadają o tym, co przeżyli we Francji, Belgii, Holandii i Niemczech jesienią i zimą 1944r. i 1945r.
Ten serial nie został zrealizowany po to, by pomachać nam na ekranie bronią i uskrzydlić kilku bohaterów. Jeśli ktoś pamięta niezwykłe, ziarniste, szarpane, realistyczne zdjęcia z lądowania na plaży Omaha kręcone przez Janusza Kamińskiego w "Szeregowcu Ryanie", to w "Kompanii braci" może spodziewać się dokładnie tego samego. Żadnej słodyczy, chłopaki naprawdę umierają, naprawdę walczą, naprawdę są ranni. I naprawdę się boją.
Bohaterów jest wielu, ale to właśnie serial daje możliwość rozwinięcia charakteru każdego z nich. Naturalnie jako widzowie do każdego z nich się przywiązujemy, choć nie każdy dożyje do końca danego epizodu. Ale nie ma tu melodramatu, bo na wojnie nie ma czasu na sentymenty i rozczulanie. Jest za to chaos, świstanie kul i zwierzęcy instynkt przetrwania. 
Świetni są młodzi aktorzy - nieznany wtedy nikomu Damian Lewis,  były członek zespołu New Kids on the Block Donnie Wahlberg i wreszcie znany z sitcomu "Przyjaciele" David Schwimmer (no dobra, z nim mam problem taki, że nie widzę Schwimmera, widzę Rossa Gellera i nic na to nie mogę poradzić).
Największym minusem jest mowa niemieckiego generała w ostatnim odcinku. Że niemieccy żołnierze godni byli amerykańskich przeciwników, że też byli braćmi i walczyli ramię w ramię. Strasznie to tanio-sentymentalno-hollywoodzkie.

1 comment:

  1. no i my obecnie nie mamy zbyt wiele czasu na oglądanie tego i owego dlatego raduje się już me serce na propozycje jesienno-zimowe, do których i powyższy film zaliczę z pewnością. Seriale (dobre seriale) są idealne na wieczory robótkowe. DWA W JEDNYM mam wtedy. :-) pozdrowienia

    ReplyDelete

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger