June 28, 2015

Hotel Marigold



W przeciwieństwie do ogromnej większości entuzjastycznych recenzji tego filmu, ja nie napiszę peanu na jego cześć. Oglądało się miło, owszem, miejscami było bardzo zabawnie, ale to obraz wtórny, stereotypowy, od pierwszej minuty niczym nie zaskakujący. Można by rzec, że "Hotel Marigold" powstał ku uciesze fanów doskonałych brytyjskich aktorów po sześćdziesiątce. 
Wątek jest prosty - kilku emerytów wybiera się na starość do Indii, by w tam w ciepłych promieniach słońca grzać zmęczone życiem kości i w feerii kolorów hinduskiej kultury dożyc spokojnej śmierci.  Hotel jednak nie okazuje się być ani trochę podobny do tego, co bohaterowie widzieli w folderze reklamowym.
Mamy siedem postaci głównych - Muriel (Maggie Smith), uprzedzona do innych poza białą ras i innych poza angielską narodowości, przykuta do wózka inwalidzkiego maruda; Evelyn (Judi Dench), będąca w żałobie po mężu; Graham (Tom Wilkinson), gej, który przybywa do Indii, by odnaleźć miłość swojego życia; Norman (Roman Pickup) - wieczny amator trunków i kobiet; Madge (Celia Imrie), która nadal nie wierzy w to, że się zestarzała i liczy na jakiś gorący romans oraz małżeństwo Jean i Douglasa (Bill Nighy i Penelope Wilton), będące po latach wspólnego życia na rozstaju dróg.
Joe Madden, reżyser filmu (ten od "Zakochanego Szekspira"), pięknie prowadzi nas po wibrującym od intensywnym barw krajobrazie. W Indiach tętni życie, wszędzie jest gwar i tłok, a ludzie - pomimo biedy  - wydają się być szczęśliwi. Cały film zresztą jest apoteozą i celebracją życia.

Zdj. www.kinorialto.poznan.pl
Chwała za dobór bohaterów, bardzo, bardzo rzadko możemy oglądać aktorów w tym wieku na pierwszym planie. To jest największa zaletą tego uroczego, ale nudnego filmu. Pokazanie, że każdy wiek ma swoje zalety, starość nie musi oznaczać brzydoty i zgnuśnienia, bywa piękna, mądra i spokojna, jest ważne, zwłaszcza w naszym świecie, gdzie bez ciała i urody Heidi Klum ani rusz. Nie warto się poddawać, warto ŻYĆ do samego końca, być otwartym na urodę świata, miłości niespodzianki dnia codziennego.
Brzmi trywialnie, jest to tylko jedna strona medalu, ale skoro z założenia miała być to komedia a nie dramat, nikt nam strony drugiej nie pokazuje. I dobrze, bo "Hotel Marigold" przyjemnie odpręża, aktorzy - weterani scen szekspirowskich, seriali BBC i filmów grają koncertowo, a że niewiele się później z niego pamięta, to już wina tylko i wyłącznie scenariusza (Ol Parker). Mdłe dialogi, zbyt mało gagów jak na film o rozsypującym się hotelu, sporo "złotych myśli" wygłaszanych przez bohaterów u kresu drogi. 
Na jeden sympatyczny piątkowy wieczór, najlepiej po wakacjach, jesienną lub zimową porą.

2 comments:

  1. Szkoda, że dialogi są takie mdłe. Chyba się nie skuszę.

    ReplyDelete
  2. się jedynka mi podobała, choć nie z własnej woli sie za takie kino zabieram ;) zadka nie urwał, raczej drugi raz nei obejrzę...ale właśnie odprezony się po nim czułem

    ReplyDelete

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger