December 14, 2015

Amerykaana



Z bardzo długiej listy książek przeczytanych przeze mnie w tym roku (pod koniec grudnia powiem Wam, co mi się najbardziej z nich podobało i dlaczego) "Amerykaana" nigeryjskiej pisarki Chimamandy Ngozi Adichie zdecydowanie wysuwa się na pierwsze miejsce. Nie dlatego, że to powieść eksperymentalna czy jakoś specjalnie niesamowita formalnie, bo tak nie jest. To raczej porcja solidnej, tradycyjnej, "gęstej" narracji. To co mnie ujęło to błyskotliwość socjologicznych spostrzeżeń głównej bohaterki, Ifemelu, jej zdolność do nazwania nienazwanego - bo chronionego groteskową poprawnością polityczną - czyli rasizmu w Stanach Zjednoczonych, ale widzianego okiem czarnoskórej kobiety, która przybyła do Nowego Świata na studia i wcześniej nie wiedziała, że jest "czarna".
"Amerykaana" oznacza w języku młodych Nigeryjczyków kogoś, kto wyjechał do Ameryki, odniósł tam sukces, mówi po angielsku bez akcentu itp. Właśnie kimś takim miała być Ifemelu, choć od początku akcji w zasadzie wiemy, że nie będzie, bo poznajemy ją w zakładzie fryzjerskim, gdzie prosi o zaplecenie tradycyjnych warkoczyków na głowie. I chce wrócić do domu. Do Lagos.
Jest to zatem powieść o powrocie, ale jest to też romans, chociaż to słowo pejoratywnie się kojarzy i w związku z tym zapewniam, że nie ma ono nic wspólnego w tym wypadku z "romansidłem". Raczej z melodramatem. Ifemelu wyjeżdżając na Princeton University opuszcza miłość swojego życia, Obinze, z którym przyjaźni się od czasów liceum. Obiecują sobie wspólną przyszłość, ale życie jest życiem i ich drogi rozchodzą się. Przez kilkanaście lat pobytu w Ameryce Ifemelu tęskni jednak za jedynym mężczyzną, który naprawdę ją znał i przed którym nie musiała nic udawać. Zresztą historię Obinze również poznajemy bardzo dokładnie, narracja przenosi nas w kolejnych rozdziałach od dziewczyny do chłopaka. Ich życia toczą się równolegle w różnych miejscach, ale ich myśli krążą wokół siebie nawzajem latami.
Ifemelu próbuje spełniać swój American Dream, ale nie jest łatwo wtopić się w kulturę, w której stereotypowe myślenie nie bardzo chce wznieść się ponad utarte koleiny. Po pierwsze nagle dociera do niej, że jest jednak czarnoskóra. Nie miała tego problemu w Nigerii, bo nie było tam mieszanki rasowej tak intensywnej jak w Stanach. Po drugie zauważa, że jest innego rodzaju czarnoskórą niż czarni urodzeni w Ameryce. Jest czarną z Afryki. Zatem chętnie natychmiast jest zapraszana na spotkania kół studenckich, by w sprawach Afryki mogła się wypowiadać. Tak jakby Afryka była jakąś monolityczną kulturą z jedną historią do opowiedzenia. Ifemelu zaczyna pisać więc bloga, w kolejnych wpisach zamieszcza notatki poruszające kwestie rasowe. Blog zyskuje popularność, a ona sama zaczyna odkrywać w sobie wolność wtedy, gdy przestaje udawać "Amerykaanę". Gdy zaczyna z powrotem mówić z nigeryjskim akcentem, gdy ostentacyjnie odmawia prostowania włosów, szydząc przy okazji  z całej pop kultury, której naczelna gwiazda piosenkarka Beyonce nigdy nie pokazuje się w afro, a zawsze w blond lokach.
Adichie krytykuje nie tylko amerykańską rzeczywistość, nie pyta tylko o to, jak to się stało, że wzbogaceni na niewolnictwie biali odziedziczyli to bogactwo, ale ostro traktuje także rodzinną Nigerię. Kiedy jej bohaterka wraca do Lagos, wraca do nigeryjskiego bałaganu, kraju korupcji, łapówek, biedy.
Bardzo wielowarstwowa jest ta powieść, urzeka finezyjnym zaplątaniem kilkunastu portretów w jeden obraz. Uważam tę książkę za niezwykle ważny głos w świecie, który znów się polaryzuje, w którym tak łatwo wskazać kogoś paluchem nazwać go innym i przekląć. Albo chociaż deportować.

Bardzo polecam dwa wystąpienia Adichie w czasie sesji TED Talks. 
O feminizmie:


I o stereotypach:


A na koniec jednak Beyonce, która w piosence "Flawelss" wykorzystała przemówienie Adichie z TED (to pierwsze). 


No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger