December 21, 2015

Court. Proces.



Błyskotliwy dramat sądowy prosto z Indii. "Court" to debiut reżyserski (Chaitanya Tamhane) i jak na pierwszy film to bardzo niezłe kino. Należy tylko pamiętać, że to nie amerykański film wysokobudżetowy, gdzie cięte riposty pomiędzy sędzią, prokuratorem a adwokatem są smaczkiem same w sobie, gdzie akcja jest wartka i pomniki Temidy przed gmachami sądów traktowane z szacunkiem, wszak sprawiedliwość zawsze wygrywa i jest po stronie słabszych. Popcornowa publiczność może mieć problem z "Procesem", bo tu wszystko toczy się bardzo leniwie.
Film jest ciosem w indyjski system prawny i miał w związku z tym poważne problemy z cenzurą w rodzinnym kraju (choć u nas w Europie na Festiwalu Filmowym w Wenecji zdobył dwie nagrody). Opowiada on fikcyjną (podobno) historię ulicznego poety i śpiewaka Narayana Kamble (w tej roli naturszczyk Vira Sathidar), który zostaje oskarżony o podżeganie do samobójstwa swoją piosenką. Ofiarą jest biedny czyściciel ścieków, który zatruł się na śmierć toksycznymi wyziewami.
Absurdalny, wydawałoby się,  zarzut jest traktowany przez wysoki sąd bardzo poważnie, Narayan zostaje skazany na areszt bez możliwości wyjścia za kaucją i oskarżony o wywrotową działalność na szkodę Indii. Ulicznego barda broni idealistycznie nastawiony do świata przepisów prawnik, a oskarżycielem jest bardzo sumienna i przepisowa pani prokurator. 


Zderzenie tradycji i nowoczesności jest w Indiach niezwykle mocne (bardzo mi się z tego powodu kojarzył "Court" z pięknym irańskim "Rozstaniem"). Najciekawszym zabiegiem w tym filmie było przyjrzenie się, jak wygląda czas "off" poszczególnych bohaterów. Ulgę odczułam, że nie urodziłam się w Indiach. Europejski patriarchat jest niczym w porównaniu z indyjskim. Miły adwokat w domu pomiata własną matką, pani prokurator po powrocie z sali sądowej zakłada zgrzebny fartuch i pichci obiad, podtykając sałatkę mężowi pod nos, zaś sędzia prowadzący sprawę  - wykształcony człowiek - okazuje się prywatnie wierzyć w najgłupsze zabobony i podczas rodzinnego obiadu z innymi mężczyznami siedzi osobno, pozwalając, by kobiety dolewały piwo i donosiły dania.
Zupełnie nietypowa jest też praca kamery w tym filmie. Sceny sądowe oglądamy "na chłodno", w planie ogólnym, żadnych zbliżeń.  Potęguje to wrażenie przyglądania się czemuś z zewnątrz, łatwiej złapać dystans i ocenić groteskowość indyjskiego wymiaru sprawiedliwości.
Niewytrenowany do pracy z kamerą Vitar Sathidar daje popis niezwykłych możliwości. Dwa razy widzimy jego freestylowy występ i muszę przyznać, że to kapitalna muzyka i kapitalne teksty. Jego Narayan tchnie stoickim spokojem, dumą, wewnętrzną wolnością, której - wiemy to - nikt nigdy mu nie odbierze.


No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger