December 02, 2015

Ghadi. Anioł. Czyli kino libańskie uwielbiam.


Kinematografia libańska jako taka oczywiście nie istnieje. Nie finansuje jej Liban, będący w zapaści finansowej po wojnie domowej. I tak na przykład cudny "Anioł  w reżyserii Amina Dora został wyprodukowywany przez Katar.
Dora zrobił ciepłą komedię - satyrę na bigoterię, ludzką dwulicowość, ortodoksyjną wiarę. (Atmosfera filmu kojarzy się z polskim "U pana Boga za piecem"). Nauczyciel muzyki w malutkim libańskim, chrześcijańskim miasteczku musi zmierzyć się z nietolerancja i nieufnością sąsiadów, kiedy jako trzecie dziecko rodzi mu się syn z zespołem Downa. Niewykształceni ludzie boją się chłopca, robią wszelkie podchody, by Leba odesłał syna do specjalnego ośrodka dla upośledzonych. Ojciec nie chce tego uczynić, bardzo kocha Ghadiego. Wpada na prosty i genialny pomysł - chłopca uznanego przez miasteczko za szatańskie dziecko prezentuje jako... wysłannika niebios, anioła.Prości ludzie dają się nabrać na te sztuczkę i już wkrótce pod oknem, w którym zazwyczaj przesiaduje Ghadi, zbierają się na modlitwy, by błagać o wstawiennictwo.
Opowieść balansuje na granicy kiczu, nigdy jednak jej nie przekracza. Nie sposób nie polubić wszystkich bohaterów - sympatycznych, zwyczajnych, z krwi i kości, nawet jeśli część z nich malowana jest grubą kreską. Jest to zabieg celowy, bo mieszkańcy miasteczka są raczej archetypami ludzkich charakterów - jest miejscowa ladacznica, policjant, nieuczciwy sklepikarz itp.
W obrazie tym obśmiewa się nie tylko ludzkie przywary, ale i zwyczaje takie jak patriarchat. Przezabawne są sceny, kiedy Leba po ślubie jest osaczany przez sąsiadów i sąsiadki i ich porady, jak spłodzić syna. Bo nie chodzi tylko o to, by mieć po prostu dziecko, ale właśnie konkretnie syna. Mamy wręcz kakofonię głosów w tej sprawie - jak, gdzie, kiedy. Bohaterowie w ogólnie mówią dużo i ekspresyjnie, ale na szczęście scenarzysta Georges Khabbaz nie smaży ich w żywym ogniu, ale lekko podgrzewa atmosferę, w sam raz na tyle, by w odpowiednim momencie coś zabawnego rozładowało emocje pomiędzy nimi.
Kamera sprawnie prześlizguje się pod dachach nieistniejącego naprawdę miasteczka, łapie złote, południowe światło i wygładza pęknięcia i rysy w murach i historycznej przeszłości. Jakby nigdy w tym kraju nie było żadnej wojny.
Takie pozytywne kino, w którego optymizmie można wygrzać kości w grudniowy, ponury wieczór. Tak jak zresztą w czasie seansów innej libańskiej reżyserki Nadine Labaki, autorki "Karmelu" i "Dokąd teraz?", które wam bardziej niż serdecznie polecam.

No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger