December 15, 2015

Slow West



Rzadko oglądam westerny. Raz, że nie za często się je obecnie robi, dwa, że klasyka westernowa podchodzi mi w ograniczonych dawkach. Choć podobało mi się  i "Rio Bravo", i "W samo południe", i "Dyliżans". Z tych nowszych zdecydowanie "Django" Quentina Tarantino  najbardziej.
"Slow West" wpisuje się w tę tradycyjną spuściznę bardziej  niż na przykład w "True Grit" braci Coen, ale robi to w zadziwiający sposób. Jest westernem i dekonstrukcją westernu jednocześnie - wszystkie elementy, z których western powstaje (czas akcji - koniec XIX wieku, miejsce akcji - American frontier, bohaterowie - samotni jeźdźcy i wyjęci spod prawa, strzelanina jedna za drugą, charakterystyczne plenery - otwarte przestrzenie, jeszcze nieucywilizowane, czyli prerie, pustynie, góry na horyzoncie, kaniony, kaktusy itp., a także rekwizyty od stroju przez rewolwery i konie)   są tu nam pokazane jak na dłoni, a jednocześnie każdy w z nich wraca do materii filmu, by stworzyć nową jakość. Nie jest to także antywestern w rozumieniu na  przykład filmów Sama Peckinpaha ("Pat Garret i Billy Kid"). Zatem w jakim?
Akcja "Slow West" (reż. John M. Maclean) rozgrywa się w latach 70. XIX wieku.  Młody Anglik Jay Cavendish przemierza pustkowia (zapierające dech w piersiach, przepięknie skadrowane) w poszukiwaniu ukochanej i jej ojca, którzy zbiegli z Wielkiej Brytanii i ukrywają się gdzieś w małym domku na prerii. Za obojgiem wystawiony jest list gończy - "Wanted dead or alive" (jak w piosence Bon Jovi). Cavendishowi towarzyszy tajemniczy jeździec o imieniu Silas (cudowny Michael Fassbender), który czasem ratuje towarzysza z opresji, a czasem podejrzewamy u niego inne zamiary. Za obydwoma krążą jak sępy bounty hunters - zdobywcy nagród za osoby poszukiwane listami gończymi.


Scenariusz jest rozpisany głównie na głos zakochanego po uszy Anglika. To ona ogląda Amerykę swoimi niedoświadczonymi oczyma. Zostaje tu wykorzystana jego młodzieńcza naiwność, wiara w miłość, siłę ducha, prawdę i innych ludzi. Skutecznie warstwa po warstwie jego zapał i łatwowierność zostają w trudnych, choć malowniczych warunkach stanu Colorado zamienione na gorycz porażki. Piękna jest scena spotkania z niemieckim traperem, niejakim Johanem, który najpierw gości chłopca przy swoim ognisku, by nocą go okraść i zostawić jedynie kartkę, na której narysowana jest strzałka i napisane "West". Słowo pisane, honor, nie mają tu absolutnie żadnego znaczenia i jeśli nie uratuje cię fart, nic cię nie uratuje. Ale choć to Jay jest w swojej Podróży, to naszą uwagę przyciąga jego towarzysz, który nawiguje młodszego kolegę w czasie drogi. (W jakimś sensie jest to także kino drogi). Mroczny, odważny, prawdziwy bohater, hero.
"Slow West" jest opowieścią o tym, jak zakończył się Dziki Zachód. Wielcy bohaterowie założyli rodziny w domkach z widokiem na Góry Skaliste, stali się everymenami w kapeluszach z szerokim rondem. Jednak inaczej niż świat Indian, których terytoria zajęli i który jest światem zgliszcz i popiołu, nie stracili pamięci o swoich dokonaniach i stworzyli własną legendę.
"Slow West" jest wariacją na temat westernu. Bardzo piękną, stanowi ten film nie lada gratkę dla kinomana, bo zabawa w odszyfrowanie, jaki element z czego został wzięty, jest niezwykle przyjemna. Jest to trudna sztuka dla reżysera, stworzyć coś nowego an tym polu, bo historia gatunku liczy sobie sto lat i jest się do czego odwoływać. A jednak jest to film zupełnie świeży. Bardzo mi się podobał. (W tym samym duchu polecam także "Meek's Cutoff" reżyserki Kelly Reichardt.). Ale może klucz jest w oddaleniu? Film zrobił Szkot. I nakręcił go w Nowej Zelandii.

No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger