January 03, 2016

Afrykańska królowa



Rozpoczęłam serię filmów z Humphreyem Bogartem. Bogey, cóż, pomaga mi prasować. Odświeżam Hollywoodzkie klasyki wykonując najbardziej mózgobójcze zajęcie pod słońcem. Był już "Sokół maltański" i "Afrykańska królowa", wkrótce "Wielki Sen" i "Sabrina". 

Są aktorzy lepsi i gorsi, są wielkie gwiazdy i ledwo muśnięte talentem gwiazdeczki (co prawda taki jest jakiś obecnie etap, że mamy na ekranach kompletne, totalne beztalencia, co się chyba nigdy wcześniej nie zdarzało, ale widocznie...jakie czasy, takie gwiazdy). Raz na jakiś czas zdarza się jednak aktorska supernowa. John Huston zaprosił do swojego filmu aż dwie takie supernowe - Bogarta (Oscarowa rola)  i Hepburn.  Tę drugą Hepburn. Katherine. Jedna z najlepszych aktorek w historii kina została przyćmiona nieco przez swą młodszą, sympatyczną koleżankę po fachu  - Audrey i pozostaje żywic nadzieję, że nadejdą czasy, iż odzyska należne jej miejsce w panteonie największych gwiazd Hollywood ever. Poświęcę Katharine wkrótce zupełnie osobny post. 
W każdym razie jesteśmy w roku 1951. John Huston zabiera ekipę filmową do Kongo, by w oryginalnych, afrykańskich plenerach nakręcić przygodowy romans z akcją, która ma miejsce u progu pierwszej wojny światowej. Wątek streszczony w kilku słowach brzmi średnio wiarygodnie. Ba, nawet zabawnie. Ona, panna Rose, przebywa w niemieckiej Afryce Wschodniej wraz z bratem na misji. Jest purytańską metodystką. On, Charlie, Kanadyjczyk, pływa malutkim parowcem o nazwie "Afrykańska królowa" i wozi m.in.: pocztę wzdłuż wodnego szlaku. Kiedy wybucha wojna i Niemcy chcą przejąc tereny i tubylców, Rose i Charlie zostają niejako skazani na siebie i kilkumetrową łódź. On, wagabunda i samotnik, po raz pierwszy zakochuje się, ona - odkrywa uroki świata natury. Także po raz pierwszy. Opadają sztywne koki i krochmalone suknie, warstwa po warstwie. 
Ponieważ są tak inni, od początku pomiędzy nimi iskrzy. Stąd humor (którego podobno nie było za dużo w oryginalnej wersji scenariusza, Hepburn i Bogart, którym się świetnie razem grało, dodali sporo od siebie) i wartka akcja. Bohaterowie wpadają na pomysł, by zniszczyć niemiecki statek, który pływa po jeziorze gdzieś w Afryce Środkowej. Cały film płyną zatem z biegiem wód rwącej rzeki, by dotrzeć do owego jeziora i przyczynić się do przegranej Niemców w czasie wojny, co się , naturalnie, udaje, bo film nie jest melodramatem, ale komedią romantyczną. 


"Afrykańską królową" ogląda się fantastycznie ze względu na główną parę, to po prostu czysta przyjemność ich dwoje na ekranie. Ale i tempo akcji jest naprawdę niezłe i jedyne, co trąci po ponad sześćdziesięciu latach myszką, to sposób, w jaki pokazano Afrykę. To Afryka a'la Hollywood - obrazki z rykiem lwa w tle, kolorowymi strojami plemiennymi, palmami i krokodylami, i hipopotamami na brzegu rzeki.  Miło, egzotycznie, pachnie przygodą. I tyle. 
Na szczęście zupełnie nie o Afrykę tu idzie. Dobre, oldschoolowe kino.

No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger