January 02, 2016

Do latarni morskiej


Odkrywam na nowo Virginię Woolf. Nie rozumiałam z niej zbyt wiele w liceum, choć wydawało się to takie dekadenckie czytać ją w wieku lat 16. Bzdura. Do niektórych książek trzeba dojrzeć, okrzepnąć, zestarzeć się. 
Powieść została wydana w 1927, co oznacza, że Woolf była już wtedy dojrzałą, bardzo świadomą pisarką. Została przez autorkę podzielona na trzy części - w pierwszej z nich poznajemy bohaterów, rodzinę Ramsay i ich znajomych, którzy przebywają właśnie w swoim wakacyjnych domy na wyspie na Hebrydach; druga część dotyczy kolejnych dziesięciu lat, to między innymi lata wojny, narrator w nawiasach daje nam zdawkowe informacje, co dzieje się z postaciami z części pierwszej, ale głównym bohaterem jest opustoszały dom letniskowy; trzecia część to powrót na Hebrydy po latach. Całość to oczywiście strumień świadomości, technika, z którą Woolf radziła sobie jak mało kto, ale nie będę się tu teraz o tym rozpisywać, powstały niezliczone recenzje i opracowania tej książki. 
Niesamowite, jak mozolnie w pierwszej części budowany jest portret życia codziennego bohaterów. Z najdrobniejszymi szczegółami wiemy, co widzą, jedzą, gdzie spacerują, co czytają. A potem na kilku stronach zostaje ten domek z piasku, jakim jest ludzkie życie (czy to fikcyjnych bohaterów czy prawdziwych istot)zmieciony przez wiatr, czas, przemijanie. Nieuchronne, nieubłagane. Kilkoma pociągnięciami pióra życie rodziny Ramsay zapada się. 
Bardzo żałuję, że Virginia Woolf nie żyje. Bo chciałabym do niej napisać maila, powiedzieć, że czuję tak samo jak ona, że nazywa pięknie i poetycko to, co myślę, a  czego nie umiem sama ubrać w słowa. Dawno nie miałam już wrażenia, że książka może być tak bardzo "moja". Oprócz tego, że urzekł mnie styl, metafory, elegancja języka, to jest to książka poniekąd o mnie. To nie jest tekst "do przeczytania" - wymaga smakowania, czyli czasu i zaangażowania, skupienia i chwili ciszy. Akcja sensu stricte ustępuje tu miejsca introspekcjom, na poły filozoficznym rozważaniom. 
Ujęło mnie, jak potraktowany został czas - jesteśmy niczym w jego obliczu, jesteśmy malutkimi trybikami w ogromnej machinie świata i nie ma nawet wielkiego znaczenia, jeśli któryś z trybików przestaje działać. Ważna jest chwila, moment, w którym uda nam się zatrzymać i przez jego pryzmat spojrzeć na całość. Jest to, jak sądzę, umiejętność, którą zdobywa się z czasem. Kiedy byłam bardzo młoda bez przerwy wybiegałam myślami w przyszłość   - co będzie, jak będzie, kiedy? Teraz robię to znacznie rzadziej, bo szkoda mi umykającego czasu. Umiem docenić już tu i teraz, delektować się zwyczajnością i nicniedzianiem się. Zaczęłam nawet wypisywać sobie z tej powieści ważne spostrzeżenia, tożsame z moimi, ale wyszło mi, że musiałbym gdzieś na kartki przepisać pół książki. Teraz pozostaje mi oddać "Do latarni morskiej" do biblioteki, zakupić własny egzemplarz, bo będę wracać do tej powieści raz po raz, spijać z niej złote myśli i zatapiać w jej melancholijnym, tęsknym nastroju. 

P.S. Plaża z widokiem na latarnię morską, która zainspirowała Woolf do napisania tej książki istnieje naprawdę (w Kornwalii). Kilka lat temu została sprzedana za oszałamiającą cenę 80 000 funtów:

  Więcej informacji TUTAJ.

5 comments:

  1. Zgadzam się z Twoim zdaniem na temat tego, że do niektórych książek trzeba dojrzeć. Podczytywałam Woolf w liceum i też niewiele z niej rozumiałam i nie doceniłam twórczości pisarki. Dopiero na studiach zagłębiłam się w książkach Virginii i w książkach o Virginii (pisałam o niej pracę magisterską) i pokochałam autorkę całym sercem. Myślałam, że zbrzydnie mi analizowanie zdanie po zdaniu np. "Pani Dalloway", ale nie, dzięki temu można wychwycić wszelkie niuanse i dostrzec to, co umyka przy "zwyczajnej" lekturze. Kupiłam "Eseje wybrane", czekają na przeczytanie, ale nie wątpię, że się nimi zachwycę.

    ReplyDelete
  2. Ciekawam, jak brzmiał temat Twojej pracy?

    ReplyDelete
    Replies
    1. Intertekstualność współczesnej kultury na podstawie powieści "Pani Dalloway" Virginii Woolf, "Godzin" Michaela Cunninghama i filmu "Godziny" Stephena Daldry'ego.
      Pisałam pracę pod okiem prof. Mirosława Przylipiaka, który jest filmoznawcą, więc najwięcej miejsca poświęciliśmy Godzinom Daldry'ego, ale musiałam dogłębnie poznać Virginię Woolf, bo to ona jest spoiwem wszystkich utworów, o których traktowała praca.

      Delete
  3. Świetny temat. Przylipiaka znam, oczywiście z jego tekstów, musiał być fajnym prowadzącym. Jesteś po kulturoznawstwie?

    ReplyDelete
    Replies
    1. Tak, po filologii polskiej i kulturoznawstwie.
      Profesora Przylipiaka bardzo fajnie wspominam - i jako promotora, i jako wykładowcę.

      Delete

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger