January 11, 2016

Marsjanin. Czyli Matt Damon zasłużył na Złotego Globa.



Skoro Matt Damon dostał Złotego Globa za tę rolę, czas napisać słów kilka. Bo bardzo lubię Matta Damona, dzięki któremu ten w sumie niezły film jest jeszcze lepszy. 
Po pierwsze to historia dla miłośników science fiction, gatunek nieobcy twórcy "Łowcy androidów" (Ridley Scott pracuje teraz nad kolejną częścią "Obcego"). Po drugie - stara jak świat i ludzie historia przetrwania. Od zawsze ludzie opowiadali sobie historie o tym, jak bohater przeżywa na bezludnej wyspie, pokonuje szereg niebezpieczeństw, wygrywa królestwo i księżniczkę, a także długie i szczęśliwe życie. To jest właśnie taka historia, z tym że akcja dzieje się na Marsie i nie ma księżniczki, bo zrezygnowano z wątku miłosnego. Po trzecie Scott postanowił być tym razem autoironiczny i zabawny, film nie jest aż tak bardzo serio, mruga się tu do nas to lewym, to prawym okiem. Na szczęście, bo przy całej skłonności twórcy "Gladiatora" do pompatyczności, mogło być naprawdę nieznośnie.  Zasługa to największa Drew Goddarda, który książkę Andy'ego Wiera przerobił na scenariusz.
Jasne, że myśmy to w kinie już wszystko widzieli. Była "Misja na Marsa", niedawno "Interstellar" czy świetna "Grawitacja" z Sandrą Bullock. Plus oczywiście "Apollo 13", który również był o nieudanej wyprawie poza naszą planetę. Kino rozrywkowe ma to do siebie, że pójdziemy jednak i po raz setny, żeby się...no właśnie rozerwać. "Marsjanin" spisuje się  w tym wypadku modelowo. Tym bardziej, że nie ma tu słowa o tym, jak mroczno i smutno, i rozdzierająco samotnie jest w kosmosie. Kosmos jest przygodą w "Marsjaninie". Mars nie jest aż tak nieprzyjazny jak mogłoby się wydawać, a na dodatek bardzo jest piękny (zdjęcia kręcono m.in. na pustyni w Jordanii) - precz z szarościami, wszystko tu faluje od kolorów - pomarańczowego, brunatnego, żółtego.  Od natężenia ochry niejeden malarz mógłby oszaleć. (Mnie chyba najbardziej przypominała się Lucasowka planeta Tatooine).

Główny bohater Mark Watney zostaje sam na Marsie. Załoga uznaje go za nieżywego po burzy piaskowej i opuszcza stację badawczą. Mark musi sobie poradzić całkowicie sam w ekstremalnie trudnych warunkach  - podstawowe sprawy tj.: jedzenie, tlen, wodę musi szybko rozkminić (przypominam, że działa ex Bourne i, bez obawy, na pewno sobie poradzi), bo miną lata, nim NASA ruszy na pomoc. Jeśli w ogóle. To teatr jednego aktora, bo ponad dwugodzinny film jest zagrany niemal w całości przez jedną osobę - Matta Damona, któremu jako widzowie zwyczajnie wierzymy. Wierzymy, że jest botanikiem i inżynierem w jednym, że wyhoduje sobie te ziemniaki, że naprawi i uruchomi i pojazdy, i kamery, i wszystko inne też. Wierzymy w jego niezłomność i optymizm bez cienia fałszywej nuty ze strony aktora. Naprawdę trudno wyobrazić sobie kogokolwiek innego w tej roli. Kogokolwiek, kto połączyłby swój nieodparty chłopięcy urok z błyskotliwością działania. "Marsjanin" jest jak "Cast Away" na Czerwonej Planecie i bardzo dobrze się go ogląda.  

Hi, Matt!

Zdj.www.indianexpress.com

2 comments:

  1. Widziałam w kinie i naprawdę fajnie spędziłam czas, oglądając "Marsjanina" na dużym ekranie. I Matta też lubię:)

    ReplyDelete
  2. Golden Globe for golden boy. :-) Też widziałam w kinie jakiś czas temu, ale liczyłam na tę nagrodę po cichu dla Matta, stad poślizg. :-)

    ReplyDelete

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger