January 15, 2016

Nienawistna ósemka



Ouch...Quentin, what the fuck have you done? 
To jest, już dziś, piętnastego stycznia, wiem to na pewno, rozczarowanie roku. Bardzo czekałam na ten film, bo "Django" był taki świetny - western odświeżony i obrany z lukrowanej skórki. Cudo. W "Nienawistnej ósemce" Tarantino zjadł własny ogon. Już raz się tak przejechałam na innym reżyserze kilka lat temu. Najpierw David Lynch zaskoczył ujmującą, inną niż wszystko "Prostą historią", by zaraz potem zanudzić pięćdziesiątym filmem o tym samym (Mam na myśli "Mulholland Drive"). W tym wypadku jest tak samo. Oczekuję od Tarantino zaskoczenia. A nie zaskoczył niczym, absolutnie niczym, wszystko już było i to u niego samego. Przez cały seans mamrotałam pod nosem "C'mom, is that ALL????". 
Jestem zmęczona tryskającą krwią (jakby nie natryskało cudnie za sto filmów w obu częściach "Kill Bill"), przemocą i mizoginizmem, powtarzaniem tych samych chwytów. Pewnie, że trudno osiągnąć geniusz "Pulp Fiction" za każdym razem (tak jak Alanis Morrissette nigdy nie nagra już tak wielkiej płyty jak "Jagged Little Pill"), bo pewne rzeczy zdarzają się, cóż, raz. Ale jakiś poziom trzeba trzymać. A przynajmniej chcieć widza wziąć znienacka. 
Narracja podzielona jest na sześć rozdziałów. W pierwszym poznajemy parę głównych bohaterów (dwoje z ośmiorga), którzy w śnieżycy podróżują dyliżansem. Są to łowca nagród John Ruth (po raz kolejny u Tarantino Kurt Russell) i jego "jeniec" Daisy Domergue (Jennifer Jason Leigh).  Przypominam, że jest tuż po wojnie secesyjnej, jest też Dziki Zachód - tym razem górzysty, mroczny i równie nieprzyjazny jak Pustynia Mojave. Zawiązanie akcji to zabranie do dyliżansu innego łowcy nagród - majora Marquisa Warrena (Samuel L. Jackson, dużo lepszy jednak w "Django"). Kolejnym pasażerem jest przyszły szeryf miasteczka, gdzie zawisnąć ma Domergue. Wszyscy czworo zaś docierają do czegoś w rodzaju sklepu/schroniska znanego jako "Minnie's Haberdashery", by uciec przed ostrą zadymką. W środku lokum nie lada zestaw towarzyszy - w tym stary generał wojsk Konfederacji Sandy Smithers. Razem - osiem osób. Gotowych skoczyć sobie do gardeł w każdej sekundzie. Co się, naturalnie, dzieje i to nie jest spoiler, bo chyba wszyscy widzieli już, co potrafi Tarantino. Schronienie przed burzą śnieżną  i jego atrybuty - kominek, ciepła kawa, wygodny fotel i pled zostają wywrócone do góry nogami.
W każdym razie aktorzy (obsada mistrzowska  - i Tim Roth, i Michael Madsen) robią, co mogą, by w krwawych bebechach działać z finezją i zapewne znajdzie ten film rzesze oddanych fanów, którym nie będzie przeszkadzało, że  Tarantino opowiedział coś, co dobrze znają. Ale że trzy godziny?  Nie dałoby się w 90 minut? Myślę, że akurat temu filmowi bardzo by się to przydało. 


Nie zaprzeczam, że Tarantino to wielki talent i od strony formalnej "Nienawistna ósemka" jest tak świetnie skonstruowana, że nie ma się do czego przyczepić. Zdjęcia, montaż, muzyka (Ennio Morricone) - pierwsza klasa. A sam pomysł, by w maleńkim wnętrzu Minnie's Haberdashery kręcić kamerą Ultra Panavision 70 mm (nieużywana w kinie od pięćdziesięciu lat) jest fantastyczny, bo dzięki niej ciasne lokum wygląda jak plener. W ogóle nie mamy wrażenia klaustrofobii, a przecież to była mała chatynka, w której osiem osób deptałoby sobie po piętach. Zatem nadmiaru osób nie ma, ale jest nadmiar słowa "nigger", "fuck", krwi i tłuczenia Jennifer Leigh po twarzy. 
Z grubej rury na koniec - to całkiem niepotrzebny film.

No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger