January 31, 2016

Zjawa


Alejandro Gonzalez Inanrritu ma od jakiegoś czasu luksus pracy z najlepszymi filmowymi fachowcami na świecie, którzy będą w stanie jego wizję filmu zbudować w scenografii, kostiumach, kadrach, oświetleniu centymetr po centymetrze. Zgodnie z wyobrażeniem reżysera. Dzięki temu jako widzowie jesteśmy w "Zjawie" porwani w sam środek lodowatego świata Dzikiego Zachodu (znowu sroga zima, Wild West także ostatnio u Tarantino pokryty lodem, śniegiem i szronem) z akcją gdzieś na bezdrożach Dakoty Południowej. 

 Film zainspirowany jest prawdziwymi wydarzeniami, co oznacza, że na potrzeby kina zostały one mocno udramatyzowane. I rzeczywiście śledzimy zemstę Hugh Glassa na wdechu. Leonardo DiCaprio jak zwykle świetny (pytanie, czy dostanie Oscara uważam już za nudne, bo fakt, że to jest kawał wielkiego aktora, jest tak "autentyczny" jak to, że "Słowacki wielkim poetą był". Z tym że co do Słowackiego nie mam osobiście pewności, a co do DiCaprio to owszem, ale byłoby niefajnie, gdyby Oscar-buzz zdominował sam film), ale Tom Hardy nie ustępuję mu nawet o milimetr. Gra jest surowa, bez zbędnych gestów i słów - ba, bohater DiCaprio przez większą część filmu w ogóle nic nie mówi. Hugh Glass, któremu zostaje odebrane wszystko, łącznie z życiem rodzonego syna, dosłownie czołga się przez skutą lodem krainę pchany nienawiścią. Kraj, przez który musi przejść, jest nieprzyjazny w każdym aspekcie - zarówno natury, jak i mieszkańców, niemal diabolicznych Indian, zamieszkujących te ziemie. Podróż staje się ponadludzkim wyzwaniem, jest torturą, którą można znieść tylko wobec wszechogarniającej myśli o zemście, iż tylko "śmierć za śmierć" będzie mogła ugasić pożogę, która wybuchła w duszy Glassa. Widzimy ją w jego oczach. Sam Glass jest na wpół martwy, wlecze swe poszarpane członki przez równie jak on niemal martwą krainę. Życie nie jest tu w cenie, nikt się nie rozczula, nie pochyla. Nie oszczedzony zostaje naturalizm pięknej i okrutnej scenerii - skalpy, wilki, rany kłute i szarpane. Głód, strach, gniew. A w tle lasy, wodospady i rwące rzeki. 

Zdj. telegraph.co.uk
To co mnie najbardziej się podobało, co było crème de la crème, to oczywiście zdjęcia. Na pewno dla nich zobaczę ten film jeszcze raz za jakiś czas. Emmanuel Lubezki wyciągnął mnie z kinowego fotela prosto w środek mroźnego pustkowia i przeczołgał po zamarzniętej na kość ziemi. Słynna już scena z niedźwiedziem warta wszystkich operatorskich nagród świata - niby wiemy, że ten miś to tylko trylion pikseli, ale całość - nakręcona w jednym ujęciu, bez montażu - naprawdę czapki z głów. Wszystko boli. Poza tym montaż jest w "Zjawie" niemal niedostrzegalny, przechodzenie od ujęcia do ujęcia, od sceny do sceny tak gładkie, tak bezszwowe, że trzy godziny akcji mijają jak mgnienie oka.
"Zjawa" to epicka opowieść o sile przetrwania, o tym, że niemożliwe może stać się możliwe, jeśli jest odpowiednio motywowane. To wreszcie kolejna historia z cyklu "how the West was won". Ale bez cienia ckliwości, bez żadnej możliwości opowiedzenia tej historii przy bezpiecznym ogniu kominka wnuczkowi sto lat później. Wnuczek miałby potworne koszmary do końca życia. 
W każdym razie "Zjawa" jest jak rewolwer, w którym nie ma ślepaków. Odpalają wszystkie naboje, a przy każdym wybuchu widz wzdraga się z ulgą, że to nie jego spotkała ta przygoda. Porządne kino.

P.S. Czy w wyścigu po tegoroczne Oscary jest jakiś film bez Domhnalla Gleesona? ;-)

Zdj. news.com.au

1 comment:

  1. Zdjęcia w "Zjawie" są niesamowite. Ich rozmach powala. Wielki szacun :-).

    ReplyDelete

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger