February 27, 2016

Brooklyn


Opowieść o miłości i tęsknocie. A także o umiejętności zostawienia tego, co dobre i znajome za sobą w imię wolności. Piękny, filmowy głos w sprawie imigracji w ogóle, w którym Saoirse Ronan (jej imię wymawia się "Sirsha") błyszczy blaskiem iście gwiazdorskim - bo choć otoczona dużo bardziej znanymi nazwiskami  (w filmie grają Julie Walters, Jim Broadbent, Domhnall Gleeson, bez którego chyba nie ma Oscarowego filmu w tym roku) - jest wyrazista i wiarygodna w swej roli nie dlatego, że to pierwsze skrzypce, ale dlatego, że w tej dziewczynie drzemie wielki talent. Zresztą nie pierwszy raz ta aktorka o jasnych, przejrzystych oczach przykuwa moją uwagę. Pamiętam ją doskonale z trzech filmów - "Pokuty", w której grała młodszą siostrę Keiry Knightley, z "The Grand Budapest Hotel" oraz  z "Hannah"). Tu po raz pierwszy w dużej, dramatycznej roli. Bez fałszu. Szczerze i wzruszająco. 
Są lata 50. ubiegłego wieku. Eilis Lacey jest młodziutką Irlandką, która wyjeżdża do Ameryki zwyczajnie... za chlebem. Jest panną z dobrego domu, nieśmiałą, speszoną nowymi okolicznościami, wielkim miastem, możliwościami. Do tego przybita tęsknotą za domem, za tym, co kochane i oswojone. Wtedy na jej drodze staje przystojny Włoch. Eilis musi znaleźć w sobie siłę do podążenia za głosem serca, musi wyjść ze sztywnego, szytego na miarę irlandzkiego gorsetu konwenansów i uprzedzeń. Pierwsza miłość wybucha z intensywnością, na jaką stać tylko ludzi dwudziestoletnich. Tony i Eilis budują zatem zamki z marzeń, pełni wiary i optymizmu. Jest ślub i zaraz potem nagła potrzeba powrotu do ojczyzny. Eilis wraca do Irlandii i cała druga połowa filmu, to próba odpowiedzi na pytania, gdzie jest właściwie teraz dom?? Zwłaszcza, że po drugiej stronie oceanu poznaje innego mężczyznę. 
To zdecydowanie jeden z najlepszych filmów 2015 roku i jeden z lepszych o imigrantach. Przecież historia Ameryki oparta jest na imigranckich losach ze wszystkich stron świata. "Brooklyn" to opowieść, jak zapuszczane są korzenie w Nowym Świecie. 
Reżyser John Crowley stworzył bardzo intymny portret młodej dziewczyny na skraju dorosłości, która odkrywa, gdzie jest prawdziwy dom ("home" a nie "house") i co się na nań składa. Droga do niezależności jest trudna, my, którzy mamy ją za sobą, rozumiemy rozterki bohaterki, jej emocjonalne wahnięcia i rozkosz smaku pierwszego haustu powietrza w nowym miejscu. W miejscu, gdzie nikt nas nie zna i nie ma żadnych oczekiwań, że będziemy tacy czy śmacy.  Colm Toibin, który napisał scenariusz na podstawie swojej książki (nie czytałam), swoją bohaterkę traktuje z czułością, ale poważnie. Eilis nigdy nie jest naiwnym podlotkiem, nigdy nie jest niedojrzała. 
Bardzo podobają mi się w tym filmie zdjęcia (Yves Bélanger) - Irlandia ma tu kolor wody, jest sporo szarości, barwy chłodne, stonowane jak szacowne małomiasteczkowe matrony. Brooklyn (zdjęcie poniżej) jest wyzłocony, magiczny, tętniący ciepłem, życiem. Dlatego Eilis, która wraca do Irlandii też jest bardziej kolorowa niż Eilis, która wyjeżdża. 

Zdj. latimes.com
To był doskonały film na Walentynki. Aż szkoda, że z lekkim poślizgiem wszedł u nas do kin.  


No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger