February 29, 2016

Czy "Spotlight" był najlepszym filmem ubiegłgo roku?


Nie, nie był. Ale to nadal niezłe kino. I to, że powinna dostać nagrodę, moim zdaniem, "Zjawa", to nie wina samego filmu, który z z narracyjnego i technicznego punktu widzenia jest bardzo dobry. Świetny scenariusz, świetny aktorski team, świetny temat. 
Zacząć by trza od tego, że Amerykanie bardzo lubią swoich dziennikarzy, zwłaszcza reporterów (wystarczy wspomnieć  filmy z reporterami w rolach głównych jak "Wszyscy ludzie prezydenta" czy znakomite "Good Night and Good Luck"), zresztą mają prasę na najlepszym możliwie poziomie i choćby Tomasz Terlikowski się wściekł, to nic w Polsce z gazet codziennych nie zbliża się nawet jakością do "The New York Times". Do "The Boston Globe" pewnie też nie, choć przyznam, że nie czytuję, więc zostawiam sobie margines błędu. 
W każdym razie "Spotlight" opowiada historię reporterów z dodatku do "The Boston Globe" właśnie, który zajmuje się sprawami kryminalnymi i przestępstwami. Nazywa się ten dodatek "Spotlight", istnieje naprawdę, bo historia jest jak najbardziej prawdziwa i sama doskonale pamiętam, jak zrobiło się o niej głośno.  W końcu dostała Nagrodę Pulitzera.
Temat jest ważny - pedofilia w Kościele katolickim. Zwłaszcza u nas jest to wciąż sprawa, z którą obchodzimy się jak ze śmierdzącym jajem. (Stąd ten Terlikowski mi się wyżej pojawił, bo choć filmu nie widział, to już się chętnie wypowiedział). W czasie cofamy się o 14 lat, mamy rok 2002. Dziennikarze śledczy ze "Spotlight" wpadają na trop sprawców przemocy seksualnej wobec dzieci w rejonie Bostonu (Ach, ta sztywna Nowa Anglia!). Rozmiar procederu przerasta jakiekolwiek ich założenia, bo okazuje się, że molestował nie jeden czy dwóch księży, ale cała armia pedofilów w sutannach  - w sumie kilkaset osób. Ale najbardziej przerażające w całej tej historii było to, że ta armia była latami kryta przez swoich zwierzchników, którzy o wszystkim wiedzieli i nie zrobili absolutnie NIC, by kogokolwiek spotkała kara. Wszystko zostało zamiecione pod dywan. Watykański dywan ze złotogłowiu. Do dziś to największa tego typu afera w tej instytucji. Kardynał Law nawet po publikacjach gazety nie raczył ustąpić z pełnionej funkcji.  

Zdj.nytimes.com
Siłą filmu jest kapitalne aktorstwo -  i Mark Ruffalo, i Michael Keaton, i Rachel McAdams, i Liev Schrieber, i Stanley Tucci są naprawdę fantastyczni. Po pierwsze pokazują oblicze dziennikarstwa takim, jakie ono powinno być - rzetelne, odważne i w miarę możliwości bezstronne. Po drugie są postaciami z krwi i kości - obserwujemy ich też wżyciu codziennym. To nie superheroes. Zwykli ludzie. Którzy nie boją się zajrzeć pod ten cholerny dywan. 
Historia chwyta ze serce, narracja prowadzona jest tak, jakbyśmy siedzieli przy biurku w redakcji. Co nie gra? Ano to, że w 2016r. nikt o całej aferze nie pamięta, nie przyniosła ona spodziewanego oczyszczenia, pomimo kolejnych skandali w szeregach Kościoła w latach późniejszych na całym świecie, temat zdechł. W Polsce każde podnoszenie go równa się z zamachem na papieża. O ile sama historia bardzo długo siedzi w głowie po seansie, to świadomość, że nic tak naprawdę się nie zmieniło, jest obezwładniająca. Żadnego bicia się w piersi, jakieś przymuszanie do płacenia ofiarom odszkodowań. "Zwierzoczłekoupiór" arcybiskup Wesołowski w swoim archiwum miał 100 000 [sic!!!] plików z pornografią dziecięcą. 
Zamiast wielkiego "Bum!" - ciche "pff...." . Szkoda. 

A dla ekipy - gratulacje!
Zdj.abcnews.go.com

No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger