February 03, 2016

Dark Star Safari



Paul Theroux wybrał się kilka lat temu w długą podróż z Kairu do Kapsztadu. I opisał ją w książce "Dark Star Safari". Bardzo kojarzy się jego sposób pisania z Ryszardem Kapuścińskim (którego "Heban" , i nie tylko, uwielbiam), ale gdybym spotkała Theroux, zadałabym mu chętnie kilka pytań, na które nie ma odpowiedzi w lekturze. 
Nie wiem dużo o Afryce. Od strony literatury faktu największym problemem jest to, że poznajemy ją oczami białych - podróżników, reporterów, dziennikarzy. I to ich obraz utrwala się coraz bardziej w naszej pamięci i świadomości. 
Theroux mieszkał w Malawi i Ugandzie w latach sześćdziesiątych, zatem ta wyprawa jest niejako też i powrotem do ziemi, którą znał. Nic nie jest, oczywiście, takie jak było. To co przeraziło autora najbardziej, to fakt, że przez czterdzieści lat, jakie minęło od jego ostatniej wizyty na Czarnym Lądzie, nic się tam nie poprawiło, a nawet przeciwnie - jest dużo gorzej. W pooranej rządami Idiego Amina Ugandzie (polecam doskonały film "Ostatni król Szkocji" o tym potwornym dyktatorze, którego zagrał Forest Whitaker) nie ma szkół wyższych, dróg, południowy Sudan i północna Kenia są w zasadzie niemal nieprzejezdne i bezpaństwowe, rządzą tam rabusie i mniej lub bardziej lokalni watażkowie. Jedyna kasa, jaka wpada z realnej turystyki, to ta związana z myślistwem - dla chętnych na wyprawy na safari są luksusowe hotele i wyasfaltowane drogi, rybak mieszkający pięćdziesiąt kilometrów dalej nie ma jak sprzedać swoich ryb, bo nie ma drogi, która prowadzi na targ w pobliskim miasteczku. Plus prostytucja i wszechobecne AIDS. Bieda, korupcja, brak dostępu do edukacji, wody, marzenie co drugiego człowieka o wyjeździe do Ameryki, która ma niemal mityczny wymiar. 
Autor w afrykańskiej podróży. Zdj. theguardian.com 

Obraz Afryki, jaki wyłania się z powieści Theroux, jest dość ponury. Choć kolorowy także, a jakże - piękne tu opisy zachodów słońca, afrykańskiego buszu, światła gwiazd na pustyni. Tylko nadal to wszystko jest pisane z pozycji białego, który jest w drodze, przejazdem. Pojawia się nagle i równie nagle znika. Cóż  z tego, że je jak lokalsi, ubiera się jak lokalsi? Patrzy z lekką pogardą na zwyczajnych turystów, którzy spędzają miesiąc miodowy w Luksorze czy na bladych misjonarzy w zakurzonych garniturach. Mocno krytykuje członków różnych organizacji charytatywnych działających w Afryce, wciąż wypomina im świetne wozy terenowe, którymi się poruszają. Ale nie rozmawia z żadnym z nich, nie zagląda do żadnego miejsca, które organizuje pomoc. Pytanie, czy Afryka uzależniła się od pomocy (na pewno tak) jest  w ogóle drugorzędne, bo to, co mnie zastanawiało w trakcie lektury, to, że istnieje jakiś obraz Afryki, który nie pasuje do... No właśnie do czego? Przyłożono szablon zachodniej cywilizacji i sprawdzono, że tam nie da się od niego odrysować tego samego. To źle? Z czyjego punktu widzenia? Naszego? Bo to się nie zgadza z naszymi założeniami? A jak powinno być? A jak chcecie, drodzy mieszkańcy Afryki, żeby było? 
Nie znam odpowiedzi na te pytania, nie wiem, czy zna je ktokolwiek, ale Theorux nie postawił ich w tej opowieści. Kapuściński wygrywa pokorą. Jednak. 

P.s. Podobną trasę, ale na rowerach, pokonało kilku chłopaków z Polski, w tym jeden z mojego miasta [!] i można relację Macieja Czaplińskiego przeczytać w bardzo dobrej książce "Afryka - przekrój podłużny". 


No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger