February 21, 2016

Król życia



Dzięki Bogu za VOD. Choć bardzo lubię chodzić do kina, nie mam takiej możliwości, by bywać tam tak często jak chcę. Starannie wybieram, na co idę. Ale na szczęście są też i filmy, których nie ma potrzeby oglądać na wielkim ekranie i można spokojnie poczekać, aż będą dostępne w internetowej wypożyczalni. 
Do takich filmów zdecydowanie należy "Król życia" Jerzego Zielińskiego, autora zdjęć do m.in. "Dzieci Ireny Sendlerowej" z Anną Paquin. Wolta z wózka operatora na krzesło reżysera nie do końca udana. To miał pierwszy polski feel-good movie. Scenariusz Fadiego Chakkoura oparty jest na dość klasycznym schemacie w tego rodzaju filmach - zmęczony praca korpoludek odkrywa uroki codzienności i zwyczajności. I ponieważ widzieliśmy to wiele razy ("Dobry rok" Ridleya Scotta, "Pod słońce" Brada Mirmana, "Wypalony" Fabienne Godet i wiele,wiele innych), mamy prawo oczekiwać pewnej dozy zręczności w opowiedzeniu znanej historii. Nic z tego. Mam wrażenie, że ktoś obgadał pomysł na film w kawiarni przy stole i na zasadzie "To pogadalim, coś się wymyśli" podjęto próbę nakręcenia dłuższej opowieści. "Sprawa się rypła", bo całość naprawdę jest bardzo niespójna. To ciąg byle jak posklecanych epizodów, które ciągną karykaturalnie naszkicowane postaci. 
Główny bohater Edward jest pracownikiem korporacji, której szef rzuca złote hasła rodem z podręcznika do zarządzania. Edward ma dość, a w odwróceniu biegu życia niechcący pomaga nieszczęśliwy wypadek samochodowy, po którym nasz bohater niezwykle odmieniony zamiast wrócić do korpopracy, zapuszcza baki, słucha Elvisa i przesiaduje pod blokiem z kolegami z podstawówki . Jest tu kilka sztampowych obrazków - Edward w deszczu (operator Jan Holoubek puścił deszcz przed kamerą w samym słońcu, więc światło jak na południu Francji), Edward w windzie przemawiający do sąsiada, którego wcześniej nie lubił, Edward złotousty (teraz niemal jak były szef, tyle że na przeciwnym biegunie życia) prawi morały, jak to przed śmiercią ważne , by pamiętać, że puszczało się zapałki w strumyku. 
Nuda, panie. Każda scena przewidywalna, dialogi miejscami w ogóle się nie kleją i brzmią jak wymiana  zdań w podrzędnym serialu brazylijskim. Dlatego nie polecę tego filmu. Poza jednym elementem, który przykuł moją uwaga. Ten element zwie się Robert Więckiewicz i jest dowodem, że nawet z drętwo napisanej roli wycisnąć można wszystko, co się da. Robert zdając sobie  (chyba) sprawę  z niedociągnięć scenariusza, gra na 100% procent swoich możliwości. Żadnego odwalania roboty. Kto lubi Roberta, może jednym okiem popatrzeć. 


2 comments:

  1. Roberta nie lubię, ale wczoraj obejrzałam "Króla życia" (i też się cieszę, że nie w kinie). Bez bólu wielkiego, ale i bez przyjemności. Słaby film. Mnie ani nie bawił, ani nie dał do myślenia. Kiedy pojawiły się napisy końcowe miałam ochotę spytać "ale o co w tym filmie chodziło?"
    Do kina też bym chciała częściej, ale nie mogę, więc podobnie jak Ty, uważnie selekcjonuję własne wybory. Czasami są mniej własne, jak w przypadku obejrzanego ostatnio "Deadpoola" czy najnowszych "Gwiezdnych wojen" (kompromis, wiadomo), ale zdarza się, że we dwoje chętnie wybieramy ten sam tytuł ("Everest", "Amy" czy "Marsjanin"). Teraz mam ochotę wybrać się na film "Ojcowie i córki".

    ReplyDelete
  2. My ostatnio do kina jednak osobno. :-)) W domu razem.

    ReplyDelete

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger