March 29, 2016

Mała zagłada

Jak powiem, że niektóre książki bolą, to zabrzmi to bardzo trywialnie. Ale tak jest. Bolą i już. Są jak rwa kulszowa wyobraźni - ani spać nie idzie, ani odetchnąć przez parę dni spokojnie. 
Jestem mocno zaprawionym czytelnikiem, w dodatku takim, który dość często masochistycznie wybiera lektury trudne, smutne i duszę kaleczące. Bo autorka Brulionu jest w głębi duszy przekonana, że świat jest do kitu urządzony, a ludzie to - jak powiedział Marek Edelman - "takie zwierzęta, która lubią zabijać". I choć w życiu prywatnym nie jest aż takim malkontentem, to tracenia czasu na bzdurne książki sobie jednak nie wyobraża. Bo w świecie działy się i dzieją zbyt ważne rzeczy, żeby o nich nie wiedzieć (stąd to zamiłowanie do reportażu i przywiązanie do Wydawnictwa Czarne). 
"Mała zagłada" Anny Janko jednakże prawie mnie zabiła. Co mnie samą o tyle zszokowało, że przecież ja to WSZYSTKO wiem, o czym tam jest napisane. Z lekcji historii, z lektur, z dziesiątek wspomnień wojennych, z artykułów, z opowieści rodzinnych. A jednak prawie mnie ta książka zabiła. Nie tak dosłownie, ale naprawdę nie pamiętam (ostatnio na pewno kilka miesięcy temu byli to "Cynkowi chłopcy" Aleksijewicz), kiedy mnie coś tak dręczyło w czasie czytania i po. Jakieś łzy, strachy, koszmary, poczucie winy dziwne. Że mi dane żyć spokojnie. A innym nie.
Anna Janko wraca w swoim dziele do lat dzieciństwa własnej matki. To jej dedykuje książkę i ją umieszcza w roli głównej. Ten najprawdziwszej, bo z życia wziętej. Matka Janko, Teresa Ferenc, jest ocalałą z rzezi byłą mieszkanką wsi Sochy na Zamojszczyźnie. Jednym z dzieci Zamojszczyzny, których historia nigdy jeszcze nie została tak pięknie opowiedziana. 

Zdj. Wydawnictwo Literackie
Mała Terenia, lat 9. Wielkie, mądre oczy, równo przycięta grzywka.  Jej młodszy brat, lat 5 - pyzaty, śliczny blondas. I młodsza siostra, zwana czule Kropką,  lat 3.  Uciekają  z ojcem i matką z domu bladym świtem. Jest czerwcowy poranek 1943r. Do wioski wkraczają Niemcy, by w kilka godzin obrócić ją w popiół, a  mieszkańców wymordować, strzelając do nich jak do kaczek. Rodzice rodzeństwa zostają zabici na ich oczach. Wielu, wielu innych rodziców również. Ocalałe z rzezi dzieci do końca życia nie mogą otrząsnąć się po tragedii. A to jest zaledwie punkt wyjścia do opowiedzenia dłuższej historii. 
Janko skupia się w swojej powieści na dzieciach wojny w ogóle, na problemie sierocym. Ileż stron zapisano o walkach na froncie, o bohaterach i ofiarach. O dzieciach, poza opowiadaniami Nałkowskiej, nie czytałam nigdy. Nigdy tak. 
Zatem czytasz. I nie wierzysz. Odkładasz lekturę. Przyglądasz się swoim jasnowłosym pociechom. Czy siedemdziesiąt lat temu uznano by je za wystarczająco aryjskie? Wracasz do lektury. Płaczesz. Znowu odkładasz. Bo to się miejscami niemal nie da czytać. A jednak trzeba, trzeba czytać, trzeba opowiadać tę historię wciąż i wciąż w nadziei, że Fortuna nie zatoczy nigdy pełnego koła i pobiegnie przed siebie w jasną przyszłość. Trzeba palić ten znicz pamięci, trzeba wiedzieć. 
"Mała zagłada" to wstrząsający esej o wojnie. O wojennych zniszczeniach, ranach na całe życie, o tym, że to się nigdy nie kończy. Bo jak nie Waffen-SS, to Tutsi i Hutu. Jak nie Hutu, to Bałkany. 
Jadę do Soch niebawem, zapalę świeczki na tym cmentarzu. Po raz pierwszy w życiu też czuję, że nadszedł czas na wstrzymanie na moment oddechu w którymś z obozów zagłady (byłam kiedyś w Dachau, nie pytajcie nawet, co tam za zielony park zrobiono). A "Mała zagłada" powinna wejść w kanon lektur. Już. Natychmiast.

No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger