March 15, 2016

Magiczne lata


Po pierwsze - piękna okładka. To ona jest pierwszym tropem. Chłopiec na rowerze na tle księżyca? Hę? E.T.! A o czym był film E.T.? O Wielkiej Przygodzie! O dorastaniu! O niemożliwym! Z góry przepraszam za egzaltację i stos wykrzykników, ale naprawdę nie sposób się powstrzymać przed zdekodowaniem tej książki w całości.
Po drugie - tytuł. Angielski brzmi "Boy's life", ale po polsku to "Magiczne lata". Jednoznacznie przywodzą na myśl serial "Cudowne lata". Pamiętacie Kevina Arnolda? Kevin dorasta w małym miasteczku w Ameryce w latach sześćdziesiątych. Serial jest opowiadany z perspektywy lat, z perspektywy dorosłego Kevina, który z nostalgią i sentymentem wspomina najpiękniejszy czas swojego życia. 
Po trzecie - w kwestii rozmachu narracji, umiejętności sterowania akcją tak, by trzymać czytelnika wciąż i wciąż w napięciu - czuć z daleka szkołę Stephena Kinga. W najlepszym z możliwych znaczeń. Robert McCammon jest zdolnym uczniem, takim, który zdecydowania dorównuje mistrzowi, ale jednocześnie wypracowuje własny język i styl. Choć mam wrażenie, że "Magiczne lata" (wyd. Papierowy Księżyc) są niewątpliwie ukłonem w stronę noweli Kinga zatytułowanej "The Body" (na podstawie której powstał fantastyczny film z Coreyem Feldmanem, Riverem Phoenixem i Kieferem Sutherlandem - "Stand by me"). I tam, i tu - jest grupa dwunastoletnich chłopców. Jest też tajemnica pewnego ciała, którą główny bohater Cory usiłuje rozwiązać. Ów trup pojawia się już w pierwszej, fenomenalnie napisanej scenie - Cory i jego ojciec rozwożą bladym świtem mleko. Kiedy jadą szosą, z lasu wyjeżdża auto, które przecina drogę i wpada ze skarpy wprost do jeziora. Ojciec zatrzymuje wóz i w desperacji skacze do wody, w nadziei uratowania kierowcy. Zanim auto zatonie - mężczyzna dostrzega, że kierowca od dawna nie żyje. Ma zmasakrowaną twarz, stalowa linkę zaciśniętą wokół szyi i jest przykuty kajdankami do kierownicy. Na miejscu, w którym Cory'emu wydaje się, że widzi postać obserwującą zdarzenie, zostaje znalezione tylko dziwne, zielone piórko. 
Na życie małego miasteczka, w którym nigdy nic się nie działo, pada długi cień. Kim jest zbrodniarz? Kim jest ten, kogo zabił? Głównych bohaterów dręczy to pytanie, ale jednocześnie narrator nie poprzestaje na tym jednym kłopocie. Przed Corym piętrzy dziwne zdarzenia, wywołuje mnóstwo duchów i proroczych snów. Całość okraszona jest specyficzną atmosferą prowincjonalnego miasta gdzieś na Południu, z jego gorącym i wilgotnym latem oraz świetnie nakreśloną opowieścią o dorastaniu, o wychodzeniu z lat chłopięcych, o łabędzim śpiewie dzieciństwa. 
McCammon maluje w naszych głowach świat, który oglądamy na starych fotografiach w kolorach sepii lub co najwyżej wyblakłego Kodaka. Tu wybucha on feerią barw i synestezją zmysłów. Każdy, kto pamięta, jak się czuł mając lat dwanaście, o czym marzył i w co wierzył - odnajdzie tu kawałek siebie. Jest tu też żarliwa tęsknota za czasem minionym, za czasem, gdy dzieci nie siedziały przed komputerami, tylko pruły na rowerach przez polne ścieżki, biwakowały w lasach i znikały na całe dnie z domu w poszukiwaniu przygód i dobrej zabawy. Koniecznie!

“See, this is my opinion: we all start out knowing magic. We are born with whirlwinds, forest fires, and comets inside us. We are born able to sing to birds and read the clouds and see our destiny in grains of sand. But then we get the magic educated right out of our souls. We get it churched out, spanked out, washed out, and combed out. We get put on the straight and narrow and told to be responsible. Told to act our age. Told to grow up, for God's sake. And you know why we were told that? Because the people doing the telling were afraid of our wildness and youth, and because the magic we knew made them ashamed and sad of what they'd allowed to wither in themselves.” 
Robert McCammon, Boy's Life

1 comment:

  1. Koniecznie! Od dawna czaję się na tę powieść:)

    ReplyDelete

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger