April 03, 2016

45 lat



Kilka określeń, pozornie wykluczających się, doskonale pasuje do tego filmu - skromny, ale intensywny, prosty, ale o zasadniczej życiowej komplikacji. 
Dwoje ludzi w starszym wieku właśnie przymierza się do obchodów szafirowych godów, czyli 45. rocznicy pożycia małżeńskiego (co za okropne, okropne słowo!). Mieszkają w ślicznym domu gdzieś na angielskiej prowincji, z łąkami i torfowiskami za oknem, nie mają dzieci, ale mają sympatycznego psa i ciekawe pasje oraz przyjaciół i wydają się szczęśliwi. Do czasu, kiedy Geoff otrzymuje smutną wiadomość - otóż w dalekiej Szwajcarii rozpoczynają się przygotowania do pogrzebu Katii, kobiety, z którą Geoff był 45 lat temu, z którą wędrował po Alpach i która na jego oczach zginęła w czasie trekkingu wpadając do lodowej szczeliny. Po latach lodowiec odsunął się i ukazał ciało kobiety. Geoffa zdaje się to wytrącać kompletnie z równowagi. 
"Jestem stary, a ona nadal wygląda jak w 1962r." - od tych słów przy śniadaniu zaczyna się mentalna ucieczka naszego bohatera (Tom Courtenay, bardzo wiarygodny w  swych rozterkach) od...no właśnie od czego? Albo do czego? Z tym że to nie Geoff jest główną postacią tego filmu. Jest nią jego żona Kate (fantastyczna, stonowana i zwyczajnie piękna Charlotte Rampling, nominowana za tę rolę do Oscara), która na widok męża coraz bardziej odpływającego w przeszłość, zaczyna być to sfrustrowana, to smutna, to przerażona. Nie ma tu jednak nic w dramatu przez wielkie "D". To są bardzo dojrzali ludzie, nie ma dzikich zatem awantur, wrzasków, krzyków i wylewania wiader łez. Ale jest powolne topnienie lodowca - krok po kroku. Pojawia się coraz więcej pytań, coraz więcej niedomówień. Czy Geoff ożenił się z Kate, bo była podobna do Katii? Czy przez 45 lat była ona tylko nagrodą pocieszenia po stracie prawdziwej miłości? Kogo trzyma Geoff w ramionach w czasie tańca na finalnej imprezie? Kate czy Katię? 

Zdj.film.com.pl
Fantastyczne jest aktorstwo w tym filmie. Twarz Rampling, kiedy jako Kate zadaje pytania mężowi i widzimy, jak bardzo nie che znać na nie odpowiedzi albo jak bardzo chciałaby, by ta odpowiedź była inna - coś cudnego! Od strony formalnej cały film to zresztą majstersztyk - takie obrazy ocalają wiarę, że da się zrobić w kilku plenerach zaledwie, bez udziału komputerowych programów do efektów specjalnych - dzieło sztuki. Co jest miarą dzieł? Poznanie! I to jest film, w którym kategoria ta zamienia emocje bohaterów w najprawdziwsze, najszczersze emocje widza, które rezonują w nim na długo po projekcji. Wszystko tu jest surowe i chłodne - od deszczowego pejzażu angielskiej wsi, szarawej na skraju przedwiośnia, przez oszczędne dialogi, po z trudem skrywane emocje, kipiące pod powierzchnią, ale nie znajdujące ujścia. To intensyfikuje nasze doznania, bo podskórne wibracje udzielają się i nam. Trzyminutowe ostatnie ujęcie (bez ani jednego cięcia) jest absolutną koronacją filmu. Dramat bez efektu melodramatu. Tak jak lubię. Brawo, Andrew Haigh.

2 comments:

  1. dzieki za kolejna inspiracje w kwestii co warto zobaczyc, nie jest latwo znalezc wartosciowy film w tej powodzi produkcji...
    male sprostowanie: srebrne gody to 25 rocznica slubu
    pozdr

    ReplyDelete
  2. :-) Poprawiłam. Szafirowa! Kro by pomyślał! :-))

    ReplyDelete

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger