April 19, 2016

Dwa filmy z Brie Larson



Ponieważ "Pokój" był pierwszym filmem, w którym zobaczyłam Brie Larson, bardzo byłam ciekawa innych filmów  z tegoroczną Oscarową aktorką. Obejrzałam zatem dwa małe, niezależne filmy, takie spod znaku festiwali w Sundance i South by Southwest. Obydwa spokojnie mogę polecić i aż zaczynam miejscami żałować, że nie pracuję w szkole średniej, bo z przyjemnością pokazałabym je szerszemu gronu młodzieży. 
Szkoda, że ja nie miałam dostępu do takich filmów w ogólniaku. Ile się trzeba było nałazić za Jarmuschem, za czymkolwiek, co świat oglądał. Pewnie z czasów dorastania najmilej wspominam "Reality bites"  z Winoną Ryder i "The Pallbearer" z Gwyneth Paltrow. Bardzo się utożsamiałam z ich bohaterkami.  
Robienie filmów dla młodzieży uważam za wyjątkowo trudne, bo to bardzo "emocjoczuła" grupa. Byle fałszywa nuta, najmniejsze podejrzenie publiczności o moralizowanie i bum!  - wszystko się sypie. Obydwa filmy, o których dziś tu krótko opowiem, wydają się niezwykle szczere. 


Pierwszy to "Short term 12" (polska wersja tytułu dość nieszczęśliwa - "Przechowalnia numer 12") w reżyserii Destina Daniela Crettona, który oparł fabułę filmu na własnych doświadczeniach - pracował jako superwizor w ośrodku wychowawczym. Właśnie tu dzieje się cała akcja. Trudna młodzież i ich opiekunowie. Siłą "Short term" jest scenariusz, gdzie ciężar dramatu wychowanków rozładowuje humor. Wyczuwa się niezwykłą pewność, z jaką opowiada nam się całą tę historię. 
Grace (Brie Larson właśnie) i jej chłopak Mason (John Gallagher Jr) oboje są superwizorami grupy w ośrodku. Sami pochodzą z rodzin zagrożonych ryzykiem przestępstw, doskonale rozumieją swoich podopiecznych. Nie przekraczają granicy przyjaźni w relacjach z nimi, ale pomagają im się odnaleźć w sytuacji. Do czasu aż do ośrodka nie trafia Jayden. Pochmurna, zamknięta w sobie nastolatka sprawia, że demony przeszłości, które Grace zostawiła za sobą lata temu, ożywają na nowo. I to był moment najwyższej próby dla realizatorów, bo można było bardzo łatwo zmanipulować widzów, sprawić, by łkali i ocierali czerwone od łez oczy. Tak się, na szczęście, nie stało. Jest za to solidna opowieść, bez cienia sentymentalizmu. 
Pomaga w tym praca kamery (autorem zdjęć jest swojsko brzmiący Brett Pawlak), która unika zbliżań, wtedy, gdy mogłoby się zrobić zbyt wzruszająco i raczej dystansuje się do pokazywanych postaci. 
Plus aktorstwo. Naprawdę świetne! Jaka to przyjemność nie oglądać ciągle tych samych twarzy na ekranie. Tu dużo świeżej, młodej aktorskiej krwi. 

Drugim filmem jest "Cudowne tu i teraz":

Z kolei James Ponsold zrobił film o młodych ludziach na skraju dorosłości. Po angielsku to się ładnie nazywa "coming of age". "Cudowne tu i teraz" jest adaptacją książki Tima Tharpa (nie czytałam) i w niebanalny sposób mówi o wszystkich rozterkach ludzi, którzy kończą szkołę średnią i muszą wyznaczyć sobie ścieżkę, którą pójdą dalej. Jest o pierwszych ważnych uczuciach, pierwszym seksie, pierwszym alkoholu, balu maturalnym, chęci wyjechania z miasta i niezliczonych próbach odpowiedzi na pytanie "Kim jestem?"
Główny bohater Sutter (świetny Miles Teller) właśnie rozstał się ze swoją dziewczyną (Brie Larson, tym razem w roli drugoplanowej). Za dużo pije, jest niemożliwie leniwy i ze wszystkich sił stara się opóźnić start w dorosłość, czyli odpowiedzialność. Trochę na przekór swojej eks zaczyna się spotykać z Aimee (śliczna Shailene Woodley), eteryczną, delikatną samotniczką, która wywraca świat Suttera do góry nogami, z czego prawie do samego końca on nie zdaje sobie sprawy. Z tym że nie jest to "high school romcom", gdzie wszytko toczy się gładko i wszelkie wątpliwości znikają z wiosennym deszczem. Ten film jest o wiele bardziej serio. Po raz pierwszy od dawna ktoś pokazał tu na przykład problem alkoholizmu wśród nastolatków. Jakby nie było Sutter pije przez cały film. Z piersióweczki ukrytej za połą marynarki lub kurtki popija whisky, która pomaga znieść niedole osiemnastolatka - to, że matka każe sprzątać, że matematyk w szkole się czepia, że była dziewczyna już spotyka się kimś innym, wreszcie że niewidziany od lat ojciec okazuje się być kimś zupełnie innym niż syn to sobie wyobrażał. 
Młodzi ludzie w filmie Pensolda mają pełny wymiar. Nie są ani zbyt mili, ani zbyt chamscy. Nie ma przerysowania w żadną ze stron. Szkoda, że więcej filmów nie traktuje tak swoich bohaterów - z szacunkiem i powagą, wielowarstwowo, bez lukru. "Cudowne tu i teraz"  rozbija klisze, przez jakie oglądamy nastoletnich bohaterów zazwyczaj w filmach.

No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger