April 22, 2016

Królowa pustyni



Biografia Gertrude Bell miała wszelkie zadatki na ekscytujący film. Ekscytujący wizualnie ("Pod osłoną nieba" Bertolucciego to nie jest, choć niektóre ujęcia naprawdę pięknie wykadrowane) i pod względem wartości opowiedzianej historii. Chwieje się zwłaszcza akcja - życie niesamowitej Bell -archeolog, podróżniczki, badaczki plemion na Bliskim Wschodzie, niestrudzonej orędowniczki arabskiej kultury, jednej z pierwszych kobiet, które ukończyły Oxford - sprowadziła się do nieudanego romansu i tulenia żalu po stracie wśród malowniczych wydm. 
Herzog co prawda bronił się w jakimś wywiadzie, że nie chciał uskutecznić tym filmem encyklopedycznej relacji z życia Bell. Stąd wiele wątków jest pominiętych (kto ich ciekaw, może sięgnąć do właśnie wydanej przez Zysk i s-ka biografii Gertrude Bell), inne trochę podkolorowane. I ja to oczywiście rozumiem, w końcu to nie dokument. Ale przez zbyt skrótowe potraktowanie wątku politycznego (dopiero z napisów końcowych dowiadujemy się, że Bell aktywnie uczestniczyła w wytyczaniu granic państw tj. Irak i Iran!), całość zbyt przypomina tani romans z egzotyką w tle. 
Byc może błędem było obsadzenie w roli dwudziestoparolatki blisko pięćdziesięcioletniej Nicole Kidman. Podobno pierwszą kandydatka do tego filmu była Naomi Watts, aktorka o znacznie szerszym niż Kidman wachlarzu możliwości. Ja problem z Nicole Kidman mam taki, że nie potrafię zapomnieć o tym, że oglądam na ekranie właśnie ją. "Nie zlewa" mi się ona z postacią, którą gra, nigdy nie znika Kidman, by wyłoniła się Bell - obie pozostają jakimś dziwnym sposobem osobnymi bytami. I cóż z tego, że lico gładkie i twarz tak oświetlona, że wymodelowano wszystkie ewentualne zmarszczki (nie ma prawie dużych zbliżeń)? Żadną miarą nie da się uwierzyć, że widzimy na ekranie młodą dziewczynę.  
Błahość opowiedzianej historii nie dziwiłaby pewnie aż tak bardzo, gdyby nie nazwisko reżysera. Film zrobił nie kto inny jak Werner Herzog. Po serii jego kapitalnych dokumentach o ludziach gdzieś w trasie, na szlaku (choćby niezwykłe "Spotkania na krańcach świata" o mieszkańcach stacji badawczych na Antarktydzie) wydawać by się mogło, że twórca ten jest wyjątkowo czuje opowieści o ludziach niezwykłych, ludziach w drodze. Dziury w drodze Bell połatane są miłosnymi uniesieniami, co niechybnie pcha całość w stronę melodramatu.  Z tym że bardziej "melo" niz "dramatu" tak naprawde. 
Co zostaje po filmie? Kilka kadrów z wędrującą po piaskach karawaną, złote zamki na pustyni. I już. Powiało, przysypało opowieść cienką warstwą pyłu. 

Zdj.multikino.pl

No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger