April 09, 2016

Masaan




"Masaan" po hindusku oznacza "krematorium". Nie przypadkiem taki tytuł, bo akcja filmu dzieje się w ghatach w miejscowości Waranasi, słynącej z palenia zwłok u brzegów Gangesu. 
Ojciec głównego bohatera jest palaczem. To oznacza również przynależność do jednej z najniższych kast. Syn nie chce iść w ślady rodzica, jest studentem inżynierii na politechnice i zakochuje się ślicznej dziewczynie. Z wyższej kasty. 
W tym samym ghacie pracuje jako drobny sklepikarz ojciec głównej bohaterki. Dziewczyna zostaje oskarżona o podżeganie do samobójstwa swojego chłopaka, a skorumpowany policjant obiecuje "załatwić" sprawę za jedyne 300 000 rupii - sumę nieosiągalną dla biednej rodziny. 
Slumsowy background obu rodzin jest pretekstem do opowiedzenie bardzo nośnej, wzruszającej historii - o tym, jak coraz trudniej młodym w Indiach jest pogodzić się z przynależnością do kasty, z brakiem możności transferu kulturowego i finansowego. Konserwatywne indyjskie obyczaje są w sprzeczności z wolnością osobista. Dlatego wybór Waransi jest tak tu istotny  - to jedno z najświętszych miejsc w Indiach. Centrum buddyzmu i hinduizmu.  Oś prastarych obrzędów. W świecie globalizacji jednak kolejne pokolenia mają już jednak zupełnie inne oczekiwania.
W obrazie tym dwa równoległe watki splatają się za pomocą jednej rzeczy - złotego pierścionka z kamieniem szlachetnym.  Pierścionek staje się zupełnie przypadkowym ogniwem w łańcuchu zdarzeń, jest jak meteor, który wybija planety z trajektorii lotu. Nie jest to nowy pomysł - wystarczy wspomnieć choćby filmy takie jak "Babel" czy "Amores Perros" (oba autorstwa Alejandro Inarritu) , które pokazywały jak krzyżują się losy ludzkie - na oślep, zupełnie zwyczajnie, bez fanfarów.
Debiut reżyserski Neerana Ghaywana jest bardzo solidną konstrukcją, jego gramatyka filmowa pozostaje bez zarzutu, a opowiedziana historia rezonuje - wzrusza i wzbudza empatię. Fantastyczne zupełnie są tu zdjęcia - Indie są biedne, ale kolorowe, pełne świateł, ciekawych twarzy, rozmów i prostego, smacznego jedzenia. Za kamera stał Avinash Arun Dhaware i jestem więcej niż pewna, że to nazwisko do zapamiętania. Bardzo podobała mi się scena podrywania koleżanki przez bohatera - późnym wieczorem, w  czasie religijnego święta i parady na tętniącej życiem i  rozjarzonej setkami żarówek ulicy.  

 Zdj. indiaexpress.com

Świetny jest też młody aktor Vicky Kaushal, który wciela się w rolę zakochanego chłopaka i jest jedną nogą w ghacie  z ojcem - pomaga kremować zwłoki, rozbija czaszki w popiele, a drugą - na uczelni, z dala od zwyczajów, z kontem na Facebooku. 
To co mnie jedynie nieco zdziwiło - to że w obrazie, który tak serio podchodzi do tematu wolności, niezależności, ucieczki od teoretycznie dawno zapisanego losu - temat korupcji (wszechobecnej jak się zdaje) przemknął bez refleksji. Trzeba zapłacić i już. Bez walki, z rezygnacją, bez wyważania drzwi z innej strony. 
Niemniej jednak to świetne, inspirujące kino.

No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger