April 16, 2016

Mów do niej

Pod pretensjonalnym polskim tytułem (amerykański oryginał też niewiele lepszy  - "Say her name") i pretensjonalną okładką:

kryje się coś więcej niż pretensjonalna książka o miłości. Francisco Goldman na czterystu stronach swoich wspomnień po pierwsze żegna się ze swoją tragicznie zmarłą żoną, a po drugie stawia jej literacki pomnik. 
Goldman jest dziennikarzem, reporterem (pisał między innymi teksty o wojnie domowej w Gwatemali, sam zresztą jest w połowie gwatemalskiego pochodzenia), pisarzem i wykładowcą w Trinity College w Connecticut. Ożenił się z dużą młodszą doktorantką Uniwersytetu Columbia - Meksykanką Aurą Estradą. Odnaleziona w dojrzałym wieku miłość nie trwa, niestety, długo. Aura ginie w Pacyfiku, łamiąc kark o falę na meksykańskiej plaży Mazunte. Goldman bardzo długo nie może się pozbierać i "Mów do niej" jest pieśnią  żałobną zakochanego mężczyzny, peanem na cześć ukochanej, próbą rekonstrukcji tego, co było i próbą zrozumienia STRATY. 
Zaraz na początku wspomnień dowiadujemy się, że ulubionym opowiadaniem Aury, był tekst Cortazara, w którym pojawia się aksolotl - śliczne, morskie stworzenie. Fascynuje się nim bohater opowiadania, ogląda aksolotle w paryskim Jardin des Plantes - ogląda je za szyba akwarium i podziwia do tego stopnia, że staje się jednym z nich. I Aura jest takim właśnie aksolotlem - oglądamy ją jak rybkę w akwarium, wiemy o niej po kilkuset stronach właściwie wszystko to, co wie Goldman (na to podobieństwo zwrócił też uwagę Łukasz Najder w świetnej recenzji TUTAJ). To dobrze i źle. Bo jednak nie ma  do końca pewności, co z tych wspomnień Aura wolałaby zachować dla siebie. A tak wszystko poszło w świat. 
Jest zatem szczerze, z przekroczeniem granicy pomiędzy szczerością a ekshibicjonizmem - gwoli prawdy autor nie oszczędza też siebie. Jest zakochany, ale bywa małostkowy. Nie szczędzi nam opisów samotnego seksu z samym sobą w pustym małżeńskim łożu. W dodatku pisze tę książkę żyjąc z oszczędności Aury, z pieniędzy za jej doktorskie stypendium w Ivy League. Wywleka na światło dzienne rodzinne sprawy swojej żony, jej dzieciństwo, relacje z matką, ojcem. To są najsłabsze, najnudniejsze fragmenty książki. Przecież nie znaliśmy Estrady, nie obchodzi nas to aż tak bardzo.  
Ale obok tej wiwisekcji pojawiają się kawałki z pogranicza eseju, piękne, wzruszające. Na przykład ten, gdzie pisarz zastanawia się, czy gdy spędzał z ukochaną ostatnią noc, o której nie wiedział, że będzie ostatnią, czy już wtedy na Oceanie Spokojnym narodziła się fala, która następnego dnia zabiła mu ją. Potem następuje krótka opowieść o falach. Albo te passusy, gdy odwiedza ich ulubione miejsca w Nowym Jorku, gdzie zdaje mu się, że widzi Aurę w knajpkach i sklepikach, i wtedy, gdy schodzi po schodach swojego domu. Albo gdy Aura śmieje się, ukazując niewielką przerwą między zębami. Albo gdy chce kupić turkusowy ekspres do kawy. Albo gdy chce nurkować w błękitnej wodzie Pacyfiku.
Goldman nie znajduje sensu w śmierci żony. Pojedynczej, przypadkowej. Los Aury, świetnie zapowiadającej się pisarki i wykładowczyni, przypięła zmarszczka na powierzchni wody. Zmarszczka na powierzchni Czasu. Nic nieznacząca. Świat nie stanął przez nią w miejscu, tylko kompletnie niewzruszony trwał dalej. Świat zawalił się tylko jemu, zrozpaczonemu mężowi, któremu żona nie zdążyła urodzić córki Natalii, nie zdążyła dokończyć książki, nie zdążyła... . "No quiero morir" - "Nie chcę umierać" - to ostatnie słowa Aury, wyciągniętej na złoty, meksykański piasek. I te słowa nie dają Goldmanowi spokoju.

No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger