April 11, 2016

Pasolini


Pierwszy film Pasoliniego zaliczyłam pod koniec ogólniaka i był to "Teoremat". Nic z niego nie rozumiałam, ale czy to było ważne w wieku 18 lat? Potem, na początku moich studiów, na kanale telewizyjnym Ale kino! regularnie leciały filmy Pier Paolo. Widziałam zatem "Medeę" (z samą Marią Callas, a jakże!), "Ewangelię według świętego Mateusza" i "Dekameron". To zdecydowanie nie jest "moje" kino, choć obiema rękoma podpisuję się pod wszystkim, o co Pasolini walczył jako artysta.  O wolność, absolutną wolność w Sztuce, o ten rodzaj dzieła, które jakoś przeora nasze myślenie, wykolei pociąg myśli z torów. Zgorszy? Nie! Ależ wcale nie chodziło o epatowanie nagością i seksem, choć nie brakowało obu tych rzeczy w jego filmach. Ale ich celem było raczej poluźnianie naszych sztywnych gorsetów. 
Filmy Pasoliniego są intelektualną prowokacją, dowodem, że kultura naprawdę nie jest dla każdego, choć wmawiają nam dookoła zupełnie coś innego. Że niby o gustach się nie dyskutuje. (Ja tam twierdzę, że niektórzy gustu zwyczajnie nie mają). 
W każdym razie bardzo się ucieszyłam, że za film o kontrowersyjnym, włoskim filmowcu weźmie się Abel Ferrara, który zapewne odczuwa z Pasolinim duchowe powinowactwo (wystarczy wspomnieć "Złego porucznika" z Harveyem Keitelem). Ale - niestety - powstał obraz o Pasolinim dla fanów Pasoliniego.
Akcja skupia się na dwóch ostatnich dniach życia artysty. Ferrara w sceny z ostatniego wywiadu, ostatniego spotkania z męską prostytutką, w rozmowy o ostatnich filmie z przyjaciółmi, w scenę tragicznej śmierci (której okoliczności do dziś pozostały niewyjaśnione i podejrzenia padły nawet na włoski rząd) wplata zwizualizowane fragmenty opowiadania Pasoliniego (który samego siebie definiował głównie jako poetę). Powstaje przez to filmowa magma, dziwna hybryda, z której trudno wychwycić to, co istotne. Nielinearna struktura filmu jest ukłonem w stronę Piera, który nie wierzył w zwyczajną narrację, ale sprawia, że film jest mało czytelny. Czy naprawdę trzeba być biografem Pasoliniego, żeby obejrzeć o nim film? I czy naprawdę postać Epifania z niezrealizowanego scenariusza jest postacią wiodąca, poprzez którą mamy Pasoliniego zapamiętać? Że wiodła go gwiazda przewodnia przez Włochy pełne tandety i orgii  wprost do zbawienia jak z filmu z lat 50., gdzie atrapa nieba na ekranie jest cukierkowa i lukrowana z wierzchu? Nie sądzę, naprawdę nie sadzę.
Najlepiej wypadają sceny z Willemem Dafoe, który brawuro zagrał artystę (po włosku ma się rozumieć, co dla Dafoe nie stanowi przeszkody, mówi bowiem w języku swojej żony i mieszka od lat w Rzymie)). Dafoe stał się Pasolinim, a że jest on sam artystą o wielkiej wrażliwości i bogatej historii grania postaci na granicy rozpadu osobowości, postaci na skraju ("Ostatnie kuszenie Chrystusa", "Pluton"), miał bogaty zestaw aktorskich narzędzi, by to pokazać - tę wewnętrzną niezgodę na mieszczański porządek rzeczy, który tak autora "Opowieści kanterberyjskich" dręczył. Dlatego zapamiętamy tylko znudzenie reżysera głupotą dziennikarza, który przeprowadza z nim rozmowę, czułość, z jaką odnosił się matki, a my wiemy, że ta kobieta straciła już jednego syna i za moment straci drugiego. 
Śmiem twierdzić, że Pasolini pewnie byłby zadowolony z wyboru Willema do głównej roli. Pewnie podobałoby mu się, że nie jest to klasyczna biografia, gdzie losy bohatera są opowiedziane od A do Z, pełne faktów i kulminacyjnych momentów błyskotliwej kariery. Z ckliwym finałem. Takim filmem by się brzydził. Ale zabrakło tu jakiejś myśli przewodniej, czegoś, na czym można by się oprzeć. Szkoda.

No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger