April 24, 2016

The Witch



Ludzie oglądają filmy, bo lubią się bać. Od zawsze. Strach w kinie jest strachem oswojonym, przez to bezpiecznym - jem popcorn, wokół mnie ludzie, nic złego się nie stanie. 
Twórcy od początku zatem wykorzystują tę naszą skłonność do dreszczyku i horror jako gatunek ukonstytuował się dość wcześnie. Z tym że jest to gatunek filmowy, w którym bardzo łatwo jest przesadzić, zepchnąć akcję w stronę komiksowości i groteski, zalać ekran krwią i potworami, co robi się bardziej śmieszne niż straszne. 
Od kilkunastu lat nieustającym powodzeniem cieszą się co prawda filmy w style gore i widzę tu niestety pewien dramatyczny brak estetyki i zagłuszanie wszelkiej wrażliwości widza. Nie wiem, jaką można czerpać przyjemność z filmu, w którym bezustannie ktoś jest torturowany na wszelkie sposoby. Dawki wrażeń są coraz silniejsze, kolejne części "Piły" (widziałam dwie, wysiadłam po drugiej, tego się jednak nie da oglądać), filmy takie jak "Sadysta" (o którym bardzo źle jakiś czas temu wypowiadał się sam Stephen King, król horroru przecież) są niczym innym jak pornografią zbrodni i przemocy, który służy jedynie temu, by wzbudzić w widzu obrzydzenie. Niepokojąca jest ilość produkcji tego typu, ich popularność w sieci. Gdyby tak przyjrzeć się statystkom na przeróżnych stronach oferujących filmy w systemie BitTorrent, dane zatrwożyć powinny wszelkie urzędy do spraw wychowania i edukacji. 
Dlatego rzadko daję się namówić na oglądania horrorów - nie dlatego, że nie lubię bać się w kinie, bo lubię, ale dlatego, że nie chcę przypadkiem trafić na coś, co zostanie niepotrzebnie pod powiekami.  Na liście moich ulubionych filmowych "straszydeł" są między innymi obrazy takie jak "Lśnienie" Stanleya Kubricka, "Noc żywych trupów" George'a Romero  i "Labirynt fauna" Guillermo del Toro.

 Zdj. 123movies.to

Dołączy do nich także obejrzana dopiero co "Wiedźma" - "The Witch" w reżyserii Roberta Eggersa. 
"The Witch" uwodzi nastrojem. To jest to czego się boję najbardziej - nie biegania z nożem za ofiarą, nie Freddy'ego Krugera. Boje się tego, co-zaraz-się-stanie. Nie tego, co już się dzieje. W "Wiedźmie" jest złowieszczo od samego początku, od pierwszych scen obecność ponurego lasu za gospodarstwem głównych bohaterów zwiastuje jakąś katastrofę. 
Akcja filmy dzieje się na początku XVII wieku gdzieś w Nowej Anglii (postacie mówią nawet siedemnastowieczną angielszczyzną), jest to czas jeszcze przed słynnym polowaniem na czarownice, które finał będzie miało na procesie w miasteczku Salem w 1692 (o tych wydarzeniach z kolei traktował inny film  - "The Cricible" z Winoną Ryder). Nowi mieszkańcy Ameryki, purytanie z Anglii, którzy przybyli do brzegów Nowego Świata, by zaprowadzić tu lepszy porządek - żyją tu w bogobojnej atmosferze. Dużo pracują, dużo się modlą. W pierwszej scenie widzimy jak dumny ojciec rodziny nie zgadza się na nie dość chrześcijańskie warunki sądowe i opuszcza wraz z żoną i czwórką dzieci miasteczko, by w leśnej głuszy wybudować nowy dom i wieść życie zgodnie z wytycznymi z Pisma. Kiedy na świat przychodzi piąte dziecko, zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Niemowlę znika, starszy syn wraca z wyprawy do lasu chory na bliżej niekreśloną chorobę, kilkuletnie bliźniaki zdają się rozmawiać z czarnym kozłem w zagrodzie, pozostałe zwierzęta dziwnie się zachowują. Im więcej modłów, tym gorzej. Członkowie rodziny zarzucają się wzajemnie oskarżeniami o czary. Główną podejrzaną jest najstarsza córka - Thomasina (debiutantka Anya Taylor-Joy, kapitalna rola!). Atmosfera zagęszcza się - pięknie to słychać, dźwiękowcy zrobili tu kawał dobrej roboty, a muzyka potęguje wizualne wrażenia. Zdjęcia są w spokojnych kolorach ziemi - dużo tu szarości, która sprawa wrażenie smutku, przygnębienia, tęsknoty. W miarę upływu akcji robi się coraz ciemniej i coraz bardziej klaustrofobicznie. Czy Thomasiną jest wiedźmą, czy wszyscy w tej rodzinie zwariowali? Zwariowali od trudów życia, od ukrywania emocji, seksualności, od rozmów z Bogiem? 
Eggert dostał za ten film nagrodę na festiwalu w Sundance. I bardzo słusznie, bo to kawal porządnego kina. Kolejny dowód, że fajny film można zrobić małymi środkami (budżet "The Witch" wynosił zaledwie milion dolarów), wystarczy dobry pomysł, techniczna sprawność i świetni aktorzy.

No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger