June 19, 2016

Wyspa łza



Długo zabierałam się do tej książki, którą trudno nawet jednoznacznie zaklasyfikować gatunkowo. Bo nie jest to ani klasyczny reportaż, ani esej, ani pamiętnik. "Wyspa łza" jest wszystkim po trochu. 
Gwiazda Joanny Bator jako powieściopisarki wybuchła nagle i jasno. W ciągu kilku lat napisała trzy powieści, za "Ciemno, prawie noc" otrzymała Nagrodę Nike. A wcześniej była zawodowym antropologiem kultury i pracownikiem PAN. 
Bardzo podobały mi się jej reportaże z Japonii ("Japoński wachlarz" i "Rekin z parku Yoyogi"). Bardzo podobała mi się dylogia "Chmurdalia" i "Piaskowa góra". Ale sama okładka "Wyspy łzy" odpychała bardzo długo (okładka i zdjęcia w środku, które dopełniają tekst, są autorstwa Adama Golca). 
Jak zatem moje wrażenia po lekturze? Mieszane. Kilka fragmentów błyskotliwych, bliskich samej mnie, mogłabym się ich nauczyć na pamięć. Jest to książka o podróży - tej dosłownej "za morze", na tropikalną Sri Lankę i tej metaforycznej - przez życie i w głąb siebie. Wszystkie trzy plany wędrówki poprzez czas i szerokości geograficzne nakładają się na siebie. Bycie w podróży jest tu potraktowane inaczej niż u kogokolwiek innego, kto pisał o podróżach. Nie dowiemy się za dużo o Sri Lance, na którą Bator przybywa w poszukiwaniu Sandry Valentine - Amerykanki, która zaginęła na wyspie w 1989r. Słowa "znikła bez śladu" są pierwsza zahaczką do napisania tej książki (sam pomysł z zahaczkami, czyli fragmentami rzeczywistości, która są początkiem kłębka literackiej narracji- niesamowity), ale jednocześnie wiemy, że wyprawa na egzotyczną Wyspę Łzę jest jedynie pretekstem do pisania o sobie. Jest to w jakimś sensie ponowna wyprawa do Wałbrzycha, z którego Bator pochodzi. Tyle że droga wiedze przez Ocean Indyjski. Był to dla mnie najciekawszy motyw w całej książce - ta podróż do źródeł, próba wiwisekcji własnego pisania i zrozumienia, co się dzieje, gdy siedzi się nad korytem rzeki zwanej Literaturą i zaczyna się ono napełniać słowami. Nic tylko brać wiadra i nosić tę wodę. 
Co mnie w w tych esejorozważaniach drażniło? Język. Ucho do języka ma Bator jak mało kto. Frazy gną się na rozkaz demiurga i lepią do siebie jak ciasto najwyższej próby. W poprzednich tekstach. Tu pojawia się maniera, zdania są długie i kręte jak srilańskie ścieżki, zawijają, zawracają i gubią sens. Całość pokryta jest grubą warstwą egzaltacji i niebezpiecznie blisko zbliża się do "Jedz, módl się i kochaj" Elizabeth Gilbert, którą uważam za jedną z najsłabiej napisanych książek, jakie czytałam. No chyba że przydzielamy Nagrodę Pensjonarek.

No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger