July 14, 2016

Syn Szawła

Mało widać, dużo słychać, jeszcze więcej czuć. Czuć emocje - skrajne, mocne. Podstawowym pomysłem na film jest niezwykły sposób kadrowania - ciasno, widzimy wszystko oczami bohatera, kątem oka, drugie i trzecie plany bardzo niewyraźne, kamera niemal siedzi na plecach głównej postaci, którą jest właśnie tytułowy Szaweł (Saul)  - węgierski Żyd, który pracuje jako członek Sonderkommando w Oświęcimiu. 
Co robi Saul? Odbiera ludzi z transportu, pomaga im się rozebrać w przedsionku "łaźni", ani razu nie dając im do zrozumienia (panika wszak opóźniłby wykonanie zadania, wszystko miało przebiegać szybko i gładko, bez zgrzytów), że to, co za chwilę ich spotka, nie będzie prysznicem. Potem pozostaje wysłuchać walenia pięścią w drzwi i nieludzkiego ryku ludzi za ścianą i... posprzątać. Ciała trzeba przenieść do krematoriów, "łaźnię" wywietrzyć i wypucować podłogi, bo za kilka godzin przecież nowy transport. Następnie trzeba wysypać popiół do rzeki. Krematoria działają w systemie 24/7, ale nawet w takim układzie nie mają odpowiednich "mocy przerobowych". Niektórych ludzi z transportu zatem zastrzeliwuje się, ustawiwszy ich uprzednio gęsiego, a z ciał układa się całopalne stosy.
Saul i jego koledzy nie okazują żadnych emocji. Są jak trzy japońskie małpki - nie widzą, nie słyszą, nie mówią. Co można ocalić w takim świecie? Będąc świadomym rychłości własnej śmierci? (Członkowie Sonderkommando szybko "zużywali" się podczas swojej "niewdzięczniej" pracy, więc przezorni Niemcy wymieniali ich mniej więcej co trzy miesiące). 
A jednak jakieś okruchy człowieczeństwa pozostają. Po pierwsze członkowie Sonderkommando stanowią jakąś grupę, jakiś, powiedzielibyśmy dzisiaj, "team". Ledwo, niemal niepostrzeżenie, ale wspierają się. Walczą o przetrwanie mimo wszystko. Życie się tli, lecz jest. 
Kiedy młody chłopak cudem przeżywa gazowanie i na oczach Saula zostaje dobity przez uduszenie przez jednego z obozowych lekarzy, w naszym bohaterze budzi się zupełnie nielogiczna, zdawałoby się, i zupełnie nie do kontrolowania chęć, by właśnie temu dziecku wyprawić prawdziwy pogrzeb. Ze złożeniem ciała do ziemi, z rabinem, z odmówieniem kadiszu. 

I na tym z kolei zasadza się pomysł na fabułę - Saul wykrada ciało, poszukuje rabina i naraża nie tylko siebie, ale wszystkich swoich kolegów. Po co? Nie wiemy i nie dostaniemy gotowej odpowiedzi. Pozornie cały pomysł nie przecież najmniejszego sensu. Ale jest próbą ocalenia - resztek przyzwoitości, godności, szacunku, miłości, porządku dawnego świata. 
"Syn Szawła"- debiut reżyserski László Nemesa - zgarnął wszystkie możliwie filmowe nagrody. Słusznie. To bardzo ważne, bardzo dobrze zrobione kino  - mamy wrażenie jednego ujęcia, jakby nie było cięć montażowych, całość robi duszne, klaustrofobiczne wrażenie, podczas projekcji często brakuje oddechu od tej wszechogarniającej ciasnoty kadru. Nie opowiada o niczym, czego w miarę wykształcony człowiek nie wiedziałby o Zagładzie. Ale kolejny raz podjęta w kinie  tematyka zaskakują nie tylko formą, ale i treścią - skondensowaną do minimum a jednak niezwykle pojemną. Wahadło nastroju wychyla się w jedną i drugą stronę - cisza jest naprzemienna z chaosem. Rezonuje to u widza rozedrganiem i dyskomfortem, nie oszczędza nas Nemes na ekranie, bo widać dużo, pomimo że widać mało. Z głównym bohaterem widz nawiązuje bardzo intymny kontakt, słyszmy jego oddech, napiera na nas jego gorączkowe spojrzenie, słyszymy to, co on - różne języki, krzyki, płacz niemowlęcia, trzaskanie ognia, zgrzyt łopaty wbijanej w kupę popiołu. Robi to po stokroć większe wrażenie niż ukazywanie wszystkiego wprost.  
Fatalizm sytuacji Saula wisi nad nim jak miecz Damoklesa. Od początku do końca, by w finale opaść z hukiem wystrzałów. (Bo że film nie skończy się dobrze, to chyba każdemu wiadomo od pierwszego kadru).  
P.S. Film dostępny w wypożyczalni internetowej TU. 

No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger