August 20, 2016

Mój przyjaciel smok

Dajcie się obcej kobiecie zachęcić do pójścia do kina. Zgarnijcie potomstwo, jeśli je macie i idźcie. Bo dziś mało takich filmów jak Disneyowski "Mój przyjaciel smok". I to najlepsza chyba fabuła tej wytwórni od dobrych paru lat (choć remake filmu z 1977r.). 
Co mnie tak urzekło? Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że w gruncie rzeczy wszystko. Nieśpieszna, bardzo oldchoolowa narracja, będąca ukłonem w stronę babcinych opowieści, gdzie nie działo się sto tysięcy rzeczy na sekundę (w tym wypadku to narracja "dziadkowa" - aksamitnym głosem Roberta Redforda opowiedziana), wątek przyjaźni, rodziny, więzi z drugą istotą, muzyka, aktorstwo, mistrzowskie efekty specjalne. W związku z tymi ostatnimi - bardzo dawno nie miałam wrażenia, że rolą efektów jest nie tylko wydobycie z naszych gardeł wielkiego "Wow", ale także maksymalnie przybliżenie, oswojenie opowiadanej historii. Tytułowy smok jest zatem oczywiście smokiem komputerowym, wykreowanym przez dziesiątki specjalistów od CGI, ale jednocześnie w każdej sekundzie zapominamy, że jest nieprawdziwy, bo z pikselami podarowano mu duszę, osobowość, emocje. Elliot (tak smok ma na imię, co jest mrugnięciem okiem do fanów kina Stevena Spielberga, autora pierwszego tegorocznego letniego hitu dla dzieci, świetnego nawiasem mówiąc "BFG"; pamiętacie, że bohater filmu "E.T." miał własnie na imię Elliot?) jest sympatyczny jak Falkor z "Niekończącej się opowieści" i równie "psi". Parska jak pies, gania własny ogon jak pies, ma oczy mądre jak pies. (W czasie projekcji myślałam sobie, że w jakimś sensie ten smok symbolizuje też każdego dużego psa, jakiego mieliśmy w dzieciństwie i który wydawał się większy niż był naprawdę). Ale jak przystało na prawdziwego smoka jest też zielony i potrafi latać.
Cała historia jest w sumie prosta - mały Pete jedzie z rodzicami na wakacje gdzieś wśród lasów Pacific Northwest. Auto wpada w poślizg, rodzice giną w wypadku, Pete zostaje sam w wielkim, ciemnym lesie. Skradają się do niego wilki i wtedy zjawia się Elliot. Smok-legenda. Podobno go widziano w tej okolicy. Podobno. (Zresztą w tych okolicach podobno bywa też Saskquacz, Wielka Stopa, czyż nie?). Nie jest to pierwsza Disneyowska sierota (i na pewno nie ostatnia, skojarzenia z Mowglim jak najbardziej wskazane), której dane jest przeżyć Wielką Przygodę. W każdym razie chłopiec i smok żyją razem w lesie przez sześć lat, dopóki przypadkiem nie zostają zauważeni przez leśniczkę. Na horyzoncie pojawiają się dobrzy i źli ludzie. Źli to ci, którzy reprezentują współczesne, konsumpcyjne społeczeństwo - drwale chcący wyrąbać cały las i ci, którzy chcą zarobić na smoku. Bo jest. 
Świetne zdjęcia oddają całą magię lasu - drzewa szumią, trzeszcza, ptaki śpiewają, poświstuje w gałęziach wiatr. A kiedy pomiędzy choinkami pędzi smok i jego przyjaciel - wstrzymujemy oddech. Scena ze skokiem z klifu (z trailera, warto podejrzeć) jest wspaniała, pęd powietrza dudni w uszach. Siedmiolatka (zalewająca się w odpowiednich momentach łzami) i czterolatek dwie godziny przesiedzieli wpatrzeni w ekran jakby ich ktoś zaczarował.
Ale oprócz nuty ekologicznej, proprzyrodniczej, która jest bardzo ważna, jest to też ten film o rodzinie. I o dojrzewaniu. I o tym, że zmiany są konieczne. I - przede wszystkim - o pięknej przyjaźni. Brawa dla reżysera Davida Lowery'ego (którego to dopiero drugi film!), ale i ekipy przed kamerą - od wspomnianego Roberta Redforda, przez ciepłą Bryce Dallas Howard po Oonę Laurence. Wzruszające kino familijne.Warto zaopatrzyć się w chusteczki do nosa.

Zdj.movies.disney.com

No comments:

Post a Comment

Copyright © 2016 Brulion kulturalny , Blogger